3 lutego 2013

[Recenzja] Wishbone Ash - "Argus" (1972)



"Argus", trzeci album Wishbone Ash, to najsłynniejsze wydawnictwo zespołu. Longplay doszedł aż do trzeciego miejsca brytyjskiego notowania, wyprzedzając o jedno miejsce "Machine Head" Deep Purple, a przegrywając jedynie z mocno mainstreamowymi T.Rex i Simon and Garfunkel. Skąd ta nagła popularność? Być może to zasługa przyciągającej uwagę okładki, zaprojektowanej przez firmę Hipgnosis, znaną przede wszystkim ze współpracy z Pink Floyd. Bo na pewno nie zupełnie bezbarwnego, banalnego (i jak zwykle nienotowanego na listach) singla "Blowin' Free", będącego najsłabszym momentem całości.

Album rozpoczyna się nietypowo, bo od delikatnych, folkowych dźwięków gitar akustycznych i pastoralnej, wielogłosowej partii wokalnej. Po trzech minutach utwór, zatytułowany "Time Was", nabiera jednak rockowej dynamiki. Popisy gitarzystów jak zwykle zachwycają, w tle przyjemnie pulsuje bas, ale nieco razi banalna melodia. Zdecydowanie nie jest to dobry utwór na otwarcie, zarówno ze względu na wspomniany wstęp, jak i prawie dziesięciominutowy czas trwania. Na podobnej zasadzie został zbudowany kolejny utwór, "Sometime World" - najpierw ładna, balladowa część, a potem mocniejsze przyśpieszenie. Tym razem całość jest bardziej zwarta, a gitarowo-basowe popisy należą do najlepszych w dorobki grupy. Gdyby tylko nie te idiotyczne wokalizy Martina Turnera, byłby to naprawdę świetny kawałek.

Po kompletnie nijakim "Blowin' Free" rozbrzmiewa nieco ciekawszy "The King Will Come". Instrumentaliści znów odwalają kawał dobrej roboty, szczególnie fajny jest główny riff, ale melodycznie jest nieco zbyt banalnie i jakoś tak zbyt grzecznie w fragmentach wokalnych, co nie pasuje do ostrych gitar w instrumentalnych częściach. Za to najłagodniejszy w zestawie "Leaf and Stream" ma przynajmniej ciekawy, oniryczny klimat, który prawie skutecznie ukrywa miałkość partii wokalnej. Dobre wrażenie pryska jednak wraz z pierwszymi dźwiękami "Warrior". Kawałek łączy hardrockowy banał z nadętym patosem, co nie mogło się dobrze skończyć. Na zakończenie rozbrzmiewa podniosła ballada "Throw Down the Sword", zakończona kolejnym świetnym gitarowym popisem (tym razem, wyjątkowo, obie ścieżki gitar zostały zagrane przez Andy'ego Powella), ale wcześniej dość nużąca.

Trudno powiedzieć, dlaczego akurat ten album Wishbone Ash cieszy się takim uznaniem. W porównaniu z poprzednimi nastąpił tu wyraźny spadek jakości. Instrumentaliści wciąż grają wspaniale, ale nie na wiele się to zdaje przy tak przeciętnych kompozycjach. A całość dodatkowo pogrążają słabe wokale, które nadają całości bardzo smętnego charakteru. Jest tutaj kilka naprawdę dobrych, wręcz porywających fragmentów instrumentalnych, ale żaden utwór nie jest pozbawiony wad.

Ocena: 6/10



Wishbone Ash - "Argus" (1972)

1. Time Was; 2. Sometime World; 3. Blowin' Free; 4. The King Will Come; 5. Leaf and Stream; 6. Warrior; 7. Throw Down the Sword

Skład: Martin Turner - wokal i bass; Andy Powell - gitara i wokal; Ted Turner - gitara i wokal; Steve Upton - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: John Tout - organy (7)
Producent: Derek Lawrence


3 komentarze:

  1. Ksiądz Piotruś11 września 2013 01:37

    Bardzo lubię, ale nie mogę ukryć, że wokale wraz z nadętymi tekstami o rycerzach i cierpieniu brzmią trochę pretensjonalnie. Jednak jest to problem raczej lekkiej nieudolności wokalnej. Niepotrzebnie wokalista sili się na jakieś, np. w przypadku "Sometime World". Lepiej by wyszło, gdyby zaśpiewał bardziej beznamiętnie i pozwolił gitarom robić swoje. ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Niekiedy wokal barwą przypomina mi Johna Wettona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie miałem takich skojarzeń ;) Co ciekawe, Wetton przewinął się przez skład Wishbone Ash, ale tylko jako basista (na albumie "Number the Brave").

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.