15 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "Caress of Steel" (1975)



Jeszcze w tym samym roku, gdy ukazał się drugi album Rush, "Fly by Night", muzycy zdążyli nagrać i wydać swoje kolejne dzieło. "Caress of Steel" stanowi kolejny wyraźny krok w stronę ambitniejszego grania i dłuższych, bardziej złożonych form muzycznych. Zarazem uświadamia jednak, że zespół jeszcze nie był gotowy całkowicie zerwać ze swoimi hardrockowymi korzeniami. Energetyczny otwieracz "Bastille Day", z agresywnie wykrzyczanym przez Geddy'ego Lee tekstem, pokazuje jak silny był wciąż wpływ na Kanadyjczyków zespołów pokroju Led Zeppelin. To jednak jeden z lepszych kawałków w ich wczesnym dorobku. Zdecydowanie nie mogę tego powiedzieć o do bólu sztampowym "I Think I'm Going Bald", zainspirowanym twórczością... Kiss (sam tytuł jest nawiązaniem do ich kawałka "Goin' Blind", zresztą dużo lepszego). "Lakeside Park" to powrót do zeppelinowania - kawałek brzmi jak skrzyżowanie "The Lemon Song" i "Ramble On", ale efekt jest dość przeciętny.

O ile żaden z tych trzech pierwszych utworów nie przekracza długości pięciu minut, tak dwa pozostałe są już znacznie dłuższe. Dwunastominutowy "The Necromancer" i dwudziestominutowy "The Fountain of Lamneth" składają się jednak z kilku wyraźnie odrębnych części (odpowiednio trzech i sześciu), które spokojnie można by wziąć za odrębne kawałki, gdyby nie warstwa tekstowa. Muzycznie nie mają ze sobą wiele wspólnego. Z jednym wyjątkiem - "In the Valley" i "The Fountain", czyli pierwsza i ostatnia część "The Fountain of Lamneth", stanowią swoje lustrzane odbicie, tzn. składają się z tych samych motywów, granych w odwrotnej kolejności. W obu suitach pojawiają się ciekawe momenty (szczególnie te instrumentalne, w których muzycy mogą pokazać swój talent i umiejętność zespołowej interakcji), ale brakuje im spójności. Brzmią tak, jakby zespół na siłę powrzucał jak najwięcej motywów i solówek, nie potrafiąc stworzyć stopniowo i logicznie rozwijających się kompozycji. A szkoda, bo w ten sposób zmarnowało się parę fajnych pomysłów, które można było zaprezentować w mniej pretensjonalnej i chaotycznej formie. Najgorsze, że takie podejście zostało później podchwycone przez różne okropne zespoły w rodzaju Dream Theater, a nieznający się na muzyce dziennikarze muzyczni wmówili słuchaczom, że na tym właśnie polega rock progresywny. W rzeczywistości nie chodziło w nim przecież ani o techniczne popisy, ani o granie długich, przeładowanych tymi popisami utworów, w których nic nie trzyma się kupy. Chodziło o twórcze poszerzenie granic rocka. A tego ani w twórczości Rush, ani tym bardziej jego naśladowców, zwyczajnie brak.

"Caress of Steel" to oznaka zagubienia zespołu, który z jednej strony nie potrafił odciąć się od swoich korzeni, a z drugiej - kompletnie nie miał pojęcia, jak grać bardziej ambitną muzykę. Muzykom nie można odmówić sporych (zwłaszcza jak na zespół hardrockowy) umiejętności technicznych, ale na tym albumie tak bardzo nie potrafią wykorzystać ich we właściwy sposób, że stają się wadą. Tylko pogłębiają ogólny chaos, szczególnie w "The Fountain of Lamneth", gdzie kolejne motywy są wprowadzane z taką intensywnością i kompletnie z dupy, że za cholerę nie mam pojęcia dokąd zespół tu zmierza i co chciał osiągnąć. I, jak podejrzewam, sami muzycy tego nie wiedzieli. Longplay zupełnie zasłużenie okazał się komercyjną klapą. Szkoda tylko "Bastille Day", który jest całkiem fajnym kawałkiem i nie zasłużył sobie na takie towarzystwo.

Ocena: 5/10



Rush - "Caress of Steel" (1975)

1. Bastille Day; 2. I Think I'm Going Bald; 3. Lakeside Park; 4. The Necromancer; 5. The Fountain of Lamneth

Skład: Geddy Lee - wokal i bass; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Terry Brown - recytacja (4)
Producent: Rush i Terry Brown


25 komentarzy:

  1. Zaciekawiło mnie, co kryje się pod "nieznający się na muzyce dziennikarze". Mógłbyś to rozwinąć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic się nie kryje, mam na myśli dokładnie to, co napisałem ;) Dziennikarze piszący/mówiący profesjonalnie o muzyce często nie mają o niej pojęcia, opierają się na swoich subiektywnych odczuciach i zajmują wyłącznie pewną wąską niszą (np. jednym podgatunkiem rocka), a w rezultacie promują absolutnie wtórnych i bezwartościowych wykonawców, bo innych nie znają lub świadomie ignorują. Częsty przypadek wśród redaktorów Teraz Rocka. Nie można też zapomnieć o niespełnionych muzykach, którzy ostatecznie zostali dziennikarzami. Tacy piszą głównie w prasie o instrumentach i skupiają na technicznych zagadnieniach, a zwykle też mają ograniczone horyzonty muzyczne. Podejrzewam, że to właśnie oni wypromowali Dream Theater, zachwyceni technicznymi możliwościami muzyków (kiedyś też tak chcieli grać), a przez słabe osłuchanie nie dostrzegający, że ich kompozycje to chaotyczne zlepki mnóstwa motywów i solówek, o szczątkowych i słabych melodiach, będące wyłącznie pretekstem do popisywania się umiejętnościami.

      Usuń
    2. Są też oczywiście dziennikarze, których rola ogranicza się do pisania ulotek reklamowych dla firm fonograficznych (czyt. pozytywnych recenzji słabych nowości). Po co mają się w ogóle znać na muzyce?

      Usuń
  2. Tacy dziennikarze zostali wspomniani w utworze "12 Groszy" i to bez opierniczania się, po nazwiskach ;) jeden z nich zresztą zasłynął stwierdzeniem "najlepsze albumy to są składanki"

    Co do recenzji - "nie chcem ale muszem" się zgodzić, granie progresywnych numerów Rush zupełnie nie wychodziło, swojego czasu byłem oczarowany ich technicznymi zdolnościami, stąd broniłem tej kapeli rękami i nogami, ale widziałem, że te 15 minutowe kawałki się nie trzymają kupy.

    Albumy DT są przede wszystkim napchane dźwiękami - brak tam jakiejkolwiek przestrzeni, perkusja łomocze, Piertucci gra arpeggia z których nic nie wynika, a słuchanie całej płyty (tej z 1992, nie pamiętam tytułu) było dla mnie czymś co najmniej męczącym, pamiętam tylko, że do pewnego momentu podobał mi się "Pull Me Under" i "Metropolis". Ale loudness war aż boli

    Myśle, że w Rush cięcia będą spore, właśnie z powodu ich neo-progresowania, które paradoksalnie skończyło się w latach 80. które uważałeś kiedyś za słabszy okres. Ale dziwię się, ze w ulubionych perkusistach (FAQ) nie masz Neila Pearta. Jak dla mnie pałeczki mu chodzą aż miło, i w stylistyce hardrockowej jest jednym z lepszych.

    Nie myślałeś, żeby jednak wyłączyć możliwość komentowania anonimom? Bo teraz to autentycznie mam wrażenie, że komuś się nudzi i pisze bez sensu złośliwości. Chociaz nie wiem czy wtedy nie namnożyłoby się "dziwnych" kont google.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam się nie spodziewałem, że w przypadku tego albumu ocena pójdzie aż tak bardzo w dół. Ale należy im się ta czwórka za to, jak bardzo skrzywdzili muzykę i słuchaczy, dając inspirację dla DT i innych potwornych grup.

      Peart? No dobry perkusista, myślałem, że mam go na tej liście.

      Jeśli anonimy staną się zbyt uciążliwe, wyłączę im (znów) opcję komentowania.

      Usuń
    2. No, Rush pre-syntezatorowy nie schodził poniżej 8, podczas gdy był niepokojąco neo-progresywny ;) może nie niedługo uznasz, że właśnie taki gatunek oni reprezentują i dodasz im ten nieszczęsny tag :D

      hard-classic-blues rock to formuła która bardzo szybko się wyczerpuje i jeżeli naprawdę się tego nie poszerzy o nowe rozwiązania i instrumentarium to rozpaczliwe komplikowanie metrum, wprowadzanie coraz większej technicznej woltyżerki i 50 motywów nieporadnie albo wcale je ze sobą wiążąc nic nie pomoże.

      Usuń
  3. ps. Dream Theater wykonywał na koncertach "Passage to Bangkok" (z jakimś okazyjnym wokalistą)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To musiało być straszne. A to jeden z moich ulubionych kawałków Rush.

      Usuń
    2. To jeszcze nic - Dream Theater wykonywało na żywo W CAŁOŚCI albumy "Master Of Puppets", "The Number Of The Beast" i uwaga, uwaga... "The Dark Side Of The Moon" :D. Każde z tych wykonań doczekało się dokumentacji w postaci oficjalnego bootlegu.

      Usuń
    3. A, bym zapomniał

      @Filip M, to nie jest jakiś "okazyjny wokalista", tylko James La Brie, nadworny wyjec Teatru Marzeń od czasów drugiego ich albumu. Choć jego śpiew jest na tyle zły i generyczny, że w sumie można go uznać i za okazyjny ;)

      Usuń
    4. Chcieli pokazać jakimi to są super muzykami, że potrafią odegrać nuta w nutę te niezmiernie skomplikowane albumy ;)

      Usuń
  4. Kurde, nie sądziłem, że Kiss będzie tu kiedyś w jakimś aspekcie "królował" nad Rushem. Żeby nie było - uważam Rush za sporo lepszy zespół. Ale jednak... :)

    A co do albumu, to nie wydaje mi się jakiś słabszy od poprzednich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na poprzednich nie ma udawania, że kilka różnych utworów to jeden, ani wprowadzania tak wielu motywów jak się da tylko po to, żeby były, a nie miały żadnego celu ani sensu.

      Usuń
    2. Dla mnie w takim "The Fountain of Lamneth" tylko solówka Pearta nie pasuje. Nie mówię, że całość jest mega spójna (również przez te długie pauzy między poszczególnymi częściami), ale niesamowicie podoba mi się jego zawartość ("No One at the Bridge" wręcz uwielbiam).

      Usuń
    3. A dla mnie to kompletny chaos.

      Usuń
  5. Ja mam nadzieję, że przestój w poprawach Rush jest chwilowy ... Chociaż dziś zostałem zmotywowany do sięgnięcia po Wishbone Ash (jakbyś przetłumaczył tę nazwę?)

    W Lizard w najnowszym numerze jest napisane coś o Riverside... czy jest sens tak się zniżać pod masowego czytelnika?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do Rush wkrótce wrócę ;) A Wishbone Ash przetłumaczyłbym dosłownie - popiół z kości życzeń. Dokładnie to widać na okładce debiutu. Jest to nawiązanie do tego zwyczaju. Także można interpretować tę nazwę jako zaprzepaszczone nadzieje, czy coś w tym stylu, skoro symbol spełnienia życzeń został spalony.

      Sens jest, bo wpływa to na sprzedaż. A może jacyś fani Riverside kupią dla tego artykułu ten numer, przeczytają inne teksty (popatrzmy... jest coś o King Crimson, Yes, wczesnym Genesis, a nawet o Tomaszu Stańce) i zainteresują się bardziej sensowną muzyką. A jak już jej trochę posłuchają, to powinni dojść do wniosku, że ten cały Riverside to są nudne smęty i popłuczyny.

      Swoją drogą, masz dziwny zwyczaj pisania na raz na kilka tematów, o różnych wykonawcach. Bardziej by to pasowało na stronę "Q & A", niż pod recenzjami ;)

      Usuń
    2. Fani Riverside są pewnie tak wygładzeni, że odrzucą cały wczesny prog zachwycając się góra Porcupine Tree. Niestety obawiam się że przyzwyczajenie do gładszej produkcji może zrobić swoje (mi to zrobiło krzywdę, przyznaję).

      Piszę na wiele tematów bo myślę o wielu rzeczach na raz, słucham wielu wykonawców i staram się wypowiadać na tyle na ile mogę pod recenzjami ich dotyczącymi ;)

      Usuń
    3. Dla obecnych 40-, 50-latków, od dawna zasłuchanych w różnych marillionach, wilsonach, "The Division Bell" i innych okropnych neo-progesach, uważających Riverside za największe objawienie polskiej muzyki XXI wieku, faktycznie nie ma już ratunku. Tym bardziej, że oni zwykle znają jakąś lepszą muzykę, ale ich zupełnie ona nie interesuje. Ale ja mówię o młodych ludziach, którzy dopiero poszukują odpowiedniej dla siebie muzyki. Dla nich jest nadzieja, że jak usłyszą, powiedzmy, "Larks' Tongues in Aspic", to im się wszystko odmieni o 180 stopni. Mnie przecież też na początku muzycznej drogi Trójka i Teraz Rock krzywdzili różnymi linkinparkami i dringejami, ale jak usłyszałem King Crimson (i The Doors), to całkiem odechciało mi się tamtego gówna.

      Usuń
    4. Nigdy bym nie pomyślał, że powiesz o "The Division Bell" coś takiego i postawisz w jednym rzędzie z takimi zespołami. Myślałem, że kiepskiego PF tu nie recenzujesz. co do Marillion - bardzo długi czas myślałem, że "Kayleigh" to utwór solowego Phila Collinsa.

      ps. masz maila.

      Usuń
    5. Pink Floyd zrecenzowałem w całości. "The Division Bell" to album bardzo lubiany przez słuchaczy neo-progowego smęcenia, często wręcz uznawany przez nich za największe dzieło zespołu(!). Nic w sumie dziwnego, bo jego zawartość to miałkie poprockowe piosenki (np. "Take It Back", brzmiący jak U2), rozwleczone do takich długości, żeby wydawały się ambitne. A to takie zupełnie bezbarwne, bezpłciowe granie. Gdyby nie finałowy "High Hopes", to bym bardziej pojechał w recenzji po tym albumie.

      Spoko, ja myślałem, że "Wind of Change" i "Stairway to Heaven" grają Stonesi, których znałem tylko z "Angie" ;) A Marillion na potęgę zżynał z Genesis i faktycznie można się pomylić. Sam brałem "Kayleigh" za kawałek tej grupy. Najbardziej zabawne jest jednak to, że niektórzy z wyżej opisanych słuchaczy, uznają tylko progresywny Genesis, temu z lat 80. zarzucając zbytnią komercyjność, a jednocześnie za wybitne progresywne dzieło uznają "Misplaced Childhood" ;)

      Usuń
    6. a) zrecenzowałeś całe-niecałe, bo nie działają odnośniki do livów Pink Floyd (np. Pulse). Plus zdaje mi się, że dość długo były zdjęte recenzje płyt Pink Floyda z lat 80.

      b) czy to możliwe, żebym naturalnie, samoczynnie nie słuchając nic wprowadzającego dorósł do pojebanego (czyt awangardowo fusionowo nadprogresywnego) grania? Bo może niepotrzebnie katuję się tymi rockowymi całymi latami 66-75, skoro te bardziej konwencjonalne numery mi nie leżą.

      c) kiedy dalsze poprawki Rush?

      d) myślę, o zabraniu się za płytę "Beat Goes On" Vanilla Fudge, bowiem ponoć ta płyta jest awangardowo-niepiosenkowa. Niby wszyscy trąbią że to gówno, ale lubię sam weryfikować takie radykalne opinie ;) ale debiut mnie momentami męczył, a słuchając kawałka bodajże 2 lub 3 czułem się jak w kościele :D zjebali te covery, nie?

      Usuń
    7. a) Kiedyś zrecenzowałem całą podstawową dyskografię, ale koncertówki czekają na poprawkę.

      b) Może i tak.

      c) Wkrótce.

      d) Ale to jest naprawdę straszne gówno. Jeden z dziesięciu najgorszych albumów lat 60., jakie słyszałem, a słyszałem dobrze ponad 700 z tej dekady. Żadna to awangarda, przyrównałbym raczej do Kansas - pioseneczki w pretensjonalnych aranżacjach. A debiut to z kolei straszne nudy. Wzięli parę przebojów, obdarli ze wszystkiego, co było charakterystyczne w wersjach oryginalnych, przerabiając na jakieś prawie nierozróżnialne między sobą popłuczyny po "Whiter Shade of Pale". Nie wiem, czy to przypadkiem nie najgorszy z tych wszystkich popularnych zespołów z drugiej połowy lat 60. Bo jeśli nie on, to Creedence Clearwater Revival, który jednak nigdy nie nagrał czegoś aż tak okropnego, jak "Beat Goes On".

      Usuń
  6. a) w porządku
    b), c) - jesteś bardzo enigmatyczny

    d) "Whiter Shade of Pale" jest przykładem kawałka który zniechęcił mnie do poznania czegokolwiek innego od tego zespołu. Moim zdaniem CCR jest całkiem fajny, zresztą i on i niektóre krążki VF mają u Ciebie całkiem niezłe oceny (3 gwiazdki). Już bardziej bym się po Tobie spodziewał, że najgorszym zespołem 2 połowy lat 60. nazwiesz Omegę, która chyba nie jest anonimowym gniotem z Węgier (z węgierskich to Lokomotiv GT jest jeszcze znany). Ale też wg mnie nie są tacy kiepscy - jak usłyszałem pierwsze wersy w "Petroleum Lampa" to poczułem się bardzo swojsko ;)

    była kiedyś (2010-11) lista w internecie, jakiś czas temu jej szukałem, ale nie znalazłem "40 best psychedelic albums" - były tam wydawnictwa Creamu, Jeffersona, Love, Pink Floyda ( wszystkie były z 1967), coś Iron Butterfly Strange Days Doorsów i właśnie debiut Vanilla Fudge (był tam na 100% bo dopiero wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z tą nazwą, podobnie jak z Iron Butterfly)... ciekawe czemu tam to dali skoro to nawet nie są ich utwory.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na temat b) trudno mi się wypowiedzieć, bo to raczej kwestia indywidualna. Co do c) - właśnie chcę się za to brać ;)

      d) Vanilla Fudge jest praktycznie zawsze na takich listach, bo to bardzo ceniony i lubiany zespół. Chyba dlatego, że dzięki nim Amerykanie mogli posłuchać na żywo kawałków Beatlesów (którzy wtedy jeszcze istnieli, ale już nie koncertowali). Bo przed-gillanowski Deep Purple też cieszył się w Stanach dużą popularnością, właśnie dlatego, że odgrywał cudze przeboje (m.in. "Help", który grali w balladowej wersji - tak samo, jak VF). W każdym razie, to jeden z najbardziej przereklamowanych zespołów z tamtych czasów, podobnie jak Iron Butterfly (poza "In-a-Gadda-Da-Vida", który i tak jest zbyt długi, nic dobrego nie nagrali) i Procol Harum (ostatni utwór z debiutu to fajny proto-prog, ale poza tym grali głównie pretensjonalnie zaaranżowane piosenki). O Omedze też pomyślałem, ale to w sumie nie był aż tak znany zespół, co najwyżej po tej stronie żelaznej kurtyny robił za gwiazdę. Zresztą słyszałem tylko jeden ich album, który skutecznie zniechęcił mnie do poznawania reszty, a może są lepsze. Więc może nie powinienem go tak kategorycznie osądzać ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.