16 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "2112" (1976)



Po komercyjnej klapie "Caress of Steel" zespół tonął w długach i był na skraju rozpadu. Muzycy postanowili jednak zaryzykować nagranie jeszcze jednego albumu. Albumu, który miał zwieńczyć ich dyskografię lub przynieść od dawna wyczekiwany sukces. Wbrew sugestii przedstawicieli wytwórni, muzycy nie zdecydowali się na nagranie czegoś bardziej przystępnego, obliczonego na sukces komercyjny. Wręcz przeciwnie, "2112" to bezpośrednia kontynuacja poprzedniego albumu. Efekt jest jednak nieco bardziej udany. Longplay okazał się zresztą niespodziewanym sukcesem, który ocalił zespół przed zakończeniem kariery.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełnia tytułowe "2112". Wbrew temu, co zwykle można przeczytać, nie jest to żadna rockowa suita. Podobnie, jak "The Fountain of Lamneth" z "Caress of Steel", jest to cykl kilku osobnych kawałków o spójnej warstwie tekstowej (futurystycznej opowieści o świecie, w którym zakazana została muzyka), ale pod względem instrumentalnym stanowiących odrębne utwory, pomiędzy którymi pojawiają się nawet przerwy. Udany jest początek w postaci połączonych "Overture" / "The Temples of Syrinx". Syntezatorowe intro (to pierwszy album Rush, na którym pojawiają się brzmienia klawiszowe) przechodzi w złożony popis instrumentalistów, z którym kontrastuje druga część - prostsza, o zdecydowanie hardrockowym charakterze, z krzykliwą partią wokalną Geddy'ego Lee. W sumie niepełna siedem minut, które trzyma się kupy. Ale po krótkiej przerwie rozpoczyna się kolejna część ("Discovery"), oparta na smętnym pobrzękiwaniu, nie mającym żadnego muzycznego związku z wcześniejszymi. I tak jest już do końca - zespół bez umiaru wprowadza kolejne motywy, przez co całość staje się coraz bardziej bezsensowna. A żadna z kolejnych części (pomijając dwie pierwsze) nie jest sama w sobie zbyt interesująca, nie bronią się jako osobne utwory.

Ciekawiej prezentuje się druga strona winylowego wydania, którą wypełnia pięć bardziej konwencjonalnych utworów. Naprawdę świetny jest "A Passage to Bangkok" oparty na zadziornym riffowaniu i chwytliwej melodii, z powtarzającym się kilkakrotnie orientalnym motywem i z fantastyczną gitarową solówką Alexa Lifesona. To bez wątpienia najlepszy utwór, jaki zespół do tamtej pory stworzył. Wydany na pierwszym singlu "The Twilight Zone" mimo krótkiego czasu trwania, przynosi parę ciekawych zmian nastroju, zachowując spójność (w przeciwieństwie do tytułowego cyklu). Zdecydowanie słabszym momentem jest banalnie radosna pioseneczka "Lessons". Nie pomaga dobra gra sekcji rytmicznej. Zaś wyjątkowo wkurzająca jest partia wokalna. Od lepszej strony Lee pokazuje się w nastrojowej balladzie "Tears", w której śpiewa w zaskakująco subtelny sposób. To bardzo ładny utwór, oparty głównie na brzmieniu gitary akustycznej i melotronu (warto wspomnieć, że na klawiszach gra Hugh Syme - nadworny grafik Rush od czasu "Caress of Steel"). Bardzo udany jest także finał w postaci "Something for Nothing". Spokojny początek to tylko zmyłka - to jeden z najbardziej czadowych momentów albumu. A zarazem najbardziej chwytliwych. Tym razem wysoki głos Lee zupełnie nie przeszkadza, doskonale tutaj pasuje.

"2112" to kolejne potwierdzenie, że zespół w tamtym czasie zdecydowanie lepiej wypadał w krótszych formach, niż mierząc się z bardziej rozbudowanymi (które tak naprawdę były kilkoma krótszymi, nietworzącymi spójnej całości). Album broni się pojedynczymi utworami, wśród których zdarzają się prawdziwe perełki, ale jako całość zdecydowanie nie zasługuje na te wszystkie zachwyty, z którymi zwykle się spotyka.

Ocena: 7/10



Rush - "2112" (1976)

1. 2112 (Overture / The Temples of Syrinx / Discovery / Presentation / Oracle: The Dream / Soliloquy / Grand Finale); 2. A Passage to Bangkok; 3. The Twilight Zone; 4. Lessons; 5. Tears; 6. Something for Nothing

Skład: Geddy Lee - wokal i bass; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Hugh Syme - syntezator (1), melotron (5)
Producent: Rush i Terry Brown


12 komentarzy:

  1. Można powiedzieć wiele złego o wokalu Lee, ale uważam, że "Tears" nikt nie zaśpiewałby lepiej od niego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, mi się podoba jego wokal, zwłaszcza z lat 70/80.

      Usuń
    2. Dziś przypadkiem się dowiedziałem, że Alice in Chains nagrali przeróbkę "Tears": https://vimeo.com/228765321

      Strasznie to dziwne. W ogóle nie brzmi jak AiC, a od wersji Rush jest dużo słabsze przez wokal.

      Usuń
    3. O żesz Ty... ale i tak niewiele obniżyłeś mu ocenę - tak, Passage to Bangkok to jak dla mnie czołówka i to całego Rush, a te "suity" już od początku mi nie pasowały z powodu ich sklejkowatosci.

      Potem aż do momentu 'Moving Pictures' dalej rżnęli proga w takim neo wydaniu. Strzelam, że MP dostanie 8, bo jest solidne, ale nie odkrywcze :P

      Podobno i Steven Wilson i John Petrucci jako gitarzyści inspirowali się Aleksandarem Żivojnoviciem...

      Usuń
    4. Może jednak będziesz czymś zaskoczony przy następnych poprawkach.

      Wilson nie jest przynajmniej typem gitarzysty-onanisty, a czasem udawało mu się zagrać niezłe solo, ale raczej w stylu Gilmoura, niż Lifesona.

      Usuń
  2. Wokal Geddy'ego Lee to temat na osobny artykuł. Wiele lat właśnie ten element w muzyce Rush odrrzucał mnie od tego zespołu. Dziś już nie mam z tym problemu i Rush stanowi dla mnie kanon prog-hard rockowego grania. Wokal Geddy'ego bardziej lubię z lat 70 kiedy to ocierał się o krzyk. Płyta 2112 należy do moich ulubionych a szczególnie tytułowa suita. Zrsztą cały album jest bardzo równy i spójny co w przypadku Rush nie zawsze było normą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam nadzieję, że nie obrazisz się że wykopię tę recenzję ;) ale co tak naprawdę sądzisz o nazywaniu 1 utworem długiej kompozycji sklejonej z kilku krótszych fragmentów, czasem nawet niepowiązanych ze sobą przejściami? Zarówno Rush jak i zespoły prog trochę takich miały. Czy to nie jest sztuczne robienie hype'u?

    Odpowiedz bez zastanowienia: 2112 czy Moving Pictures? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Moving Pictures" - zdecydowanie!

      Po to są te wszystkie recenzje, żeby je wykopywać ;)
      Uważam, że jeśli zespół chce nagrać tego typu suitę, to powinna tworzyć zwartą, przemyślaną całość, w której poszczególne części płynnie między sobą przechodzą i dobrze, jeśli co jakiś czas pojawi się jakiś motyw przewodni (choćby w postaci klamry na otwarcie i zakończenie), albo w inny sposób była słyszalna spójność. W przypadku Rush lepiej moim zdaniem udała się suita "The Fountain of Lamneth" z "Caress of Steel", zbudowana na zasadzie, nazwijmy to, lustrzanego odbicia. Choć też nie jest doskonała, za mało spójna. Ale w "2112" w ogóle nie słyszę żadnej myśli przewodniej - to cykl różnych utworów, powiązanych ze sobą wyłącznie w warstwie tekstowej. M.in. dlatego wg mnie miejsce Rush jest w dziale "hard rock" (a później "pop rock" i "rock"), a nie "rock progresywny". W latach 70. to był zespół stricte hardrockowy, grający nieco bardziej skomplikowane rzeczy od większości hardrockowych grup, ale nie przekraczający ówczesnych (czyli szerszych niż w późniejszych dekadach) ram tego stylu.
      Które zespoły progresywne nagrywały takie cykle utworów "udające" suity? Bo, szczerze mówiąc, żaden nie przychodzi mi teraz do głowy.

      Usuń
  4. stary dobry Incognito4 czerwca 2017 14:55

    A ja 2112 - może nie zdecydowanie, ale nie mam wątpliwości, że bardziej od MP

    Oj, ja już uważam na to co wykopuję i co piszę, myślę, że niewielu masz tak irytujących czytelników ;)

    Jakie zespoły? To efekt późnej godziny czy mnie sprawdzasz?

    Soft Machine - Volume Two. Cała pierwsza strona składa się z czegoś, czego nienawidzę.

    Pawn Hearts - Van Der Graaf. W sumie te przejścia też są momentami naciągane, ale nie jest to taka kurwica jak na Soft Maszynie.

    Bo zrobić długi dźwięk który ma pseudo-łączyć dwa kawałki i nagle dodać do niego kolejny utwór to pójście na łatwiznę. Nie wiem, może ja nie jestem lepszy, ale się przekonamy, jak zakończę etap produkcji (kompozycje mam gotowe, to 6 utworów, łącznie trwających niespełna 39 minut, z siódmego zrezygnowałem bo nie ma sensu dodawać kawałków tylko po to, żeby były - czyż nie?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z "Volume Two" to trochę inna sprawa, bo tam rzeczywiście miały to być niepowiązane ze sobą utwory połączone w całość. Na podobnej zasadzie, jak tzw. "Abbey Road Suite" Beatlesów. W obu przypadkach na wydaniach CD każdy ich fragment ma własną ścieżkę.

      "Pawn Hearts" nie pamiętam zbyt dobrze.

      Na pewno lepiej zrezygnować z utworu, jeśli nie jest się pewnym jego jakości. Choć zdarzały się przypadki, że jeden z lepszych utworów nagranych podczas sesji lądował na stronie B singla, choć mógł być jednym z najlepszych momentów albumu.

      Usuń
  5. stary dobry Incognito4 czerwca 2017 16:32

    Jeżeli album był zbieraniną kawałków nagranych podczas cyklu jakichś tam sesji, ale nie tworzących logicznej całości to ok. Ale wyobrażasz sobie np. jakiś ekstra kawałek na Wish You Were Here? Czy pierwszym King Crimson? A to właśnie o to chodzi. Jak się zbierze kilka utworów - ten na dzień dobry, drugi o czymś, drugi łączy się tematycznie z 3, ten z 4, tamten z 5, a szósty to wielki finał, to gdzie i po co wrzucać jeszcze jeden utwór? Nawet bonus tracki to zło w niektórych wypadkach (albumy Doors, Superunknown)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bangkok miażdzy

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.