3 października 2012

[Recenzja] Temple of the Dog - "Temple of the Dog" (1991)



Temple of the Dog to efemeryczny projekt, którego pomysłodawcą był Chris Cornell. Wokalista chciał w ten sposób uczcić pamięć o swoim niedawno zmarłym przyjacielu, Andym Woodzie. Do współpracy zaprosił perkusistę Matta Camerona, z którym grał w grupie Soundgarden, a także dwóch członków zespołu Wooda, Mother Love Bone - gitarzystę Stone'a Gossarda i basistę Jeffa Amenta. Składu dopełnił drugi gitarzysta, Mike McCready.

Początkowo Cornell planował jedynie nagranie singla (z utworami "Say Hello 2 Heaven" i "Reach Down"), jednak muzycy szybko podjęli decyzję o zarejestrowaniu całego albumu. Sesja trwała dwa tygodnie na przestrzeni listopada i grudnia 1990 roku. Oprócz wyżej wymienionych muzyków, w studiu pojawił się także Eddie Vedder - wokalista zaangażowany przez Gossarda, Amenta i McCready'ego do ich nowego zespołu, Mookie Blaylock, wkrótce przemianowanego na Pearl Jam. Vedder wsparł wokalnie Cornella w kilku nagraniach.

Na albumie dominują raczej stonowane, wolne utwory, jak bardzo ładne "Say Hello 2 Heaven", "Call Me a Dog" i "Wooden Jesus", fajnie wzbogacony harmonijką "Time of Trouble" (nagrany też przez Pearl Jam, z innym tekstem i pod tytułem "Footsteps"), lekko orientalizujący "Four Walled World", oraz oparty na brzmieniu organów "All Night Thing". Dla równowagi, "Pushin' Forward Back" i "Your Saviour" to bardziej żywiołowe granie. Wyjątkowym utworem jest 11-minutowy "Reach Down" - wolny, ale dość ciężki, z długimi solówkami gitarzystów, które dodają odrobinę klimatu koncertowych improwizacji z lat 70. Od ogólnego klimatu albumu odstaje natomiast singlowy "Hunger Strike" - bardziej pogodny, piosenkowy, z duetem obu wokalistów. Przyjemne nagranie, ale bardziej pasowałoby na któryś z późniejszych albumów Pearl Jam.

Album spotkał się początkowo z chłodnym przyjęciem. Dopiero po sukcesie komercyjnym albumów "Badmotorfinger" Soundgarden i "Ten" Pearl Jam, zaczął cieszyć się większym uznaniem. Zupełnie zasłużenie, bo choć zdecydowanie nie jest to jeden z najlepszych albumów grunge'owych, to miano najpiękniejszego byłoby całkiem adekwatne. Longplay mógłby jednak być trochę krótszy, bo pod koniec robi się nieco nużący. 

Ocena: 7/10



Temple of the Dog - "Temple of the Dog" (1991)

1. Say Hello 2 Heaven; 2. Reach Down; 3. Hunger Strike; 4. Pushin' Forward Back; 5. Call Me a Dog; 6. Time of Trouble; 7. Wooden Jesus; 8. Your Saviour; 9. Four Walled World; 10. All Night Thing

Skład: Chris Cornell - wokal, harmonijka (6), bandżo (7); Stone Gossard - gitara; Mike McCready - gitara; Jeff Ament - bass; Matt Cameron - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Eddie Vedder - wokal (3), dodatkowy wokal (4,8,9); Rick Parashar - instr. klawiszowe (1,5,6,10)
Producent: Rick Parashar i Temple of the Dog


15 komentarzy:

  1. A dla mnie "Reach Down" jest wyjątkowo nużący, pozostałe utwory na płycie są świetne, a "Say Hello 2 Heaven" jest moim ulubionym utworem grunge'owym. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Skoro dajesz mu 7, to zasunąłbyś jakimś konkretnym zarzutem, a nie tylko pochwały i eufemizm że "Hunger Strike" odstaje od reszty :P Bo zresztą moim zdaniem HS w kontekście całości jest zwyczajnie do dupy. Treść recenzji jest raczej ósemkowa, nie mówisz nic o słabszych momentach (tak jakby ich nie było?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwne, że się jeszcze nie zorientowałeś, że moje znaczenie ocen jest inne od Twojego. Odsyłam na stronę Skala ocen, gdzie można przeczytać: 7 - Albumy zawierające mocne punkty, które zachęcają do ponownych odsłuchów, ale niepozbawione mniej udanych elementów. Lub albumy z bardzo wyrównanym - choć nie bardzo wysokim - poziomem utworów, których po prostu dobrze się słucha. Ewentualnie albumy, które mnie osobiście nie przekonują, ale doceniam je z powodów obiektywnych.

      Równie dobrze ktoś mógłby zauważyć , że w recenzji nie ma żadnych wielkich pochwał, które uzasadniałyby tak wysoką ocenę.

      Usuń
    2. Zorientowałem się na tyle, że zauważyłem stawianie siódemki w przypadku - "nie jest to coś czemu można coś konkretnego zarzucić ale ponieważ mi się nie podoba, to więcej nie dam"

      Zresztą odnosząc się do tej noty - "doceniam je z powodów obiektywnych" - wyklucza szczerość takiej oceny. Stawiasz ją, gdy np jakiś album zainspirował masę gównianych kapel, jak np. Stooges - sam album jest w porywach przeciętny, tylko był prekursorski i mass media zrobiły z niego Bóg-wie-co, więc niepoważne byłoby gdybyś tu go zjechał. Podejrzewam, że wg oceniając własnego gustu Radiohead (poza Kid A, którym możliwe, że autentycznie się tak zachwyciłeś) też byś notował niżej.

      A że Temple of The Dog nie składa się cały z pioseneczek la-la-la, tylko próbuje uderzać w ambitniejsze, mniej przystępne nuty to dla mnie zaleta. Ciężko go wykuć na pamięć i przewidzieć co nastąpi po jakim dźwięku.

      Usuń
    3. Imputujesz mi coś, co w ogóle nie ma miejsca. Pomijasz fakty, które przeczą Twojej teorii. Gdybym robił tak, jak twierdzisz, to taki Ramones też miałby oceny w okolicach 7, bo to bardzo ceniony i ponoć wpływowy zespół. Tak samo nie krytykowałbym Marillion, czy nowych wydawnictw Rogera Watersa i Deep Purple, bo ci wykonawcy to w Polsce prawdziwa świętość.

      To, że jakiś wykonawca ma kiepskich naśladowców, nie umniejsza wartości jego twórczości. W przeciwnym razie gównianymi kapelami byłyby np. Black Sabbath i Genesis, bo pierwszy miał wpływ na powstanie tonącego w kiczu heavy metalu, a drugi był główną inspiracją nudnych neo-progowców. Nie mówiąc już o tym, jakim syfem byłby cały grunge, ze względu na przyczynienie się do powstania post-grunge'u.

      Twórczość The Stooges jest znacznie ciekawsza, bardziej różnorodna i mająca większe ambicje, niż dokonania ich naśladowców. Szczerze mówiąc, nie słyszę jakościowej różnicy między TS, a TotD. Jedno i drugie to po prostu fajny rock z jakimiś tam ambicjami, ale tak naprawdę - nic wybitnego.

      Docenianie wykonawcy, za to, że robił coś oryginalnego i/lub posiadał jakieś umiejętności, nie ma nic wspólnego z brakiem szczerości.

      Usuń
    4. Ramones było ogołoceniem proto-punku z tych nieco mniej prymitywnych elementów. Podobnie jak Stooges było zchamieniem psychodelii i hard rocka. Stopniowe schodzenie na psy. To że zespół miał wpływ na powstanie gównianych kapel to nic. Gorzej jak sam był czymś gorszym od jakiegoś archetypu. To jak rozwadnianie wina czy - dla zmotoryzowanych abstynentów - benzyny. Coś co ma określoną wartość coraz bardziej ją traci i zaczyna być bezbarwną cieczą, w której coraz trudniej dopatrzeć się walorów oryginału. I to w każdym stylu. Grunge? A co to jest grunge? To najbardziej kuriozalna szufladka jaką spotkałem w muzyce, pomijając wszelkie niszowe gatunki, których nawet nie chce mi się wymieniać.

      Marillion? Kiedyś określiłeś pierwszym neo-progowcem Camela, który też ma w Polsce niesamowicie dużo głuchawych często wielbicieli, zupełnie nieświadomych czym jest prawdziwy prog. I to tutaj proponowałbym zagłębić się w zasadność zachwytów. Marillion. Marillion to coś ze stajni Listy Przebojów Trójki, więc w ogóle rozpatruję to jako osobny gatunek.

      Usuń
    5. Nie ma tutaj teraz znaczenia, czy nazwa grunge jest zasadna, czy nie. Liczy się to, że kapele w rodzaju Nickelback, 3 Doors Down czy Creed są bezpośrednimi następcami Pearl Jamu, Soundgarden czy Alice in Chains. Nirvana zresztą też doczekała się okropnego naśladowcy w postaci Puddle of Mudd. No i nie zapominajmy, że każda z tych - dla ułatwienia będę wciąż je tak nazywał - grunge'owych kapel była już gorszą wersją jakiegoś archetypu. A jednak wciąż była to dobra muzyka. I tak samo jest, moim zdaniem, z The Stooges.

      "Głuchawość" wielbicieli, zasadność zachwytów - to kolejne rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia. Liczy się to, że w Polsce Marillion jest znacznie bardziej ceniony od praktycznie tutaj nieznanego The Stooges, więc krytykowanie go jest dużo bardziej ryzykowne (tzn. byłoby, gdybym na to w ogóle zwracał uwagę). A nawiasem mówiąc, Marillion był też bardzo popularny w innych europejskich krajach, o co trudno obwiniać Trójkę.

      Usuń
    6. Swoją drogą, większość psychodelii i hard rocka sprzed debiutu The Stooges wcale nie była bardziej wyrafinowana od niego.

      Usuń
    7. Bezpośrednim następcą Nirvany jest Bush. Ale nie jest okropny, przynajmniej pierwszy srążek (chociaż przez parę lat od uwielbienia wobec tej płyty zszedłem do uśmieszku politowania).

      Nagłówek o ludziach po czterdziestce z recenzji Dire Straits (jak dla mnie to kolejna poprawna politycznie siódemka) oddaje dobrze właśnie Marillion. A odwołuję się do Trójki bo jesteśmy w Polsce - całkiem możliwe że w innych krajach były stacje radiowe o podobnym formacie, do których wielu obecnych 40-50 latków ma podobny sentyment.

      Nie była wyrafinowana? Weź chociażby taki Cream czy Butterfielda albo Forever Changes by zasunąć psychodelią. Spójrz chociażby na instrumentarium na tym ostatnim albumie. Stooges to pierwszy etap wprowadzania do muzyki, cytując klasyka, "gówniarzy, którzy nigdy nie powinni dotknąć instrumentów". Stooges cieszy się dziś taką pozycją przez Iggy Popa, który jak wiadomo jest bardziej ikoną popkultury niż muzykiem.

      Usuń
    8. O właśnie, jeszcze Bush.

      I znów - grupa wiekowa nie ma znaczenia, tylko jej liczebność. Miałem do czynienia z wieloma wielbicielami Marillion. Za to nigdy nie natknąłem się na fana The Stooges - ani w rzeczywistości, ani na żadnym z licznych internetowych forów muzycznych, na których się udzielałem na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Pozwolę sobie w tym miejscu na małą dygresję. Ogólnie muzyka amerykańska sprzed lat 80. jest w Polsce traktowana bardzo po macoszemu. Z lat 60. popularnością cieszą się właściwie tylko The Doors i Hendrix (choć ten drugi raczej na zasadzie szanuję, ale znam tylko "Hey Joe" i "Little Wing"), a z następnej dekady - Kiss, Aerosmith, Ramones, Van Halen (czyli w sumie wszystko, co w niej najgorsze).

      A teraz po raz kolejny wybierasz wisienki. Myślisz, że ilu było w tamtym czasie wykonawców grających taką muzykę - 20, 50? Nie, można ich liczyć w setkach. Poznałem jakąś część z nich, dość sporą, ale nie wiem czy to choćby połowa (wiele pobieżnie, bo nie było sensu brnąć dalej) i większość naprawdę nie była pod żadnym względem lepsza od The Stooges. Za to często miała znacznie mniej rozpoznawalny styl. Iggy i spółka nie musieli niczego "zchamiać", bo w muzyce rockowej zawsze przeważała prostota i prostactwo, nierzadko większe niż u The Stooges. Po prostu pamięta się głównie o tych wykonawcach, którzy wyróżniali się z tłumu, przez co ogół muzyki, zwłaszcza tej starszej, wydaje się lepszy.

      Kurcze, postaraj się bardziej z argumentami, bo jak dotąd, nie odnoszą się one do niczego konkretnego. Nawet już nie wiem, do czego zmierzasz.

      Usuń
    9. "Następcami" Alice in Chains byli Godsmack i Days of the New. :) Naśladowców Soundgarden akurat sobie nie przypominam, może Shinedown? Cornell był aż zbyt dobry, żeby ktoś był w stanie go podrobić, heh.

      Zdecydowanie za dużo słucham post-grunge'u. :)

      Usuń
    10. Zmierzam do tego, że z siódemki zrobiłeś ocenę-wykręt "mnie się ten album nie podoba, ale nie umiem mu zarzucić nic konkretnego - a ponieważ jest uznany i nie chcę sobie popsuć krytyką publicity i narazić się na śmieszność, to dam mu chłodniejszą, ale cały czas pozytywną siódemkę". Albo na odwrót - "mnie się ten album podoba, nie mam pomysłu co mu zarzucić ale ponieważ to bardzo chamskie granie, które nie sposób postawić w jednym rzędzie z... to będę chłodny w pochwałach i dam siódemkę". Zrobiłeś z tej oceny wór albumów które trzeba przesłuchać samemu bo Ty nic konkretnego na ich temat nie napisałeś.

      Debiuty Van Halen czy G'N'R dopóki nie zacząłeś chyłkiem i nie do końca w przemyślany sposób obniżać oceny (bo treść czasem mocno rozjeżdżała się z notą) otrzymały właśnie taką ocenę. "Ten" Pearl Jamu, mimo ze jedzie tylko na singlach, też ma 7. To z nowszych. Siedem to taka bezpieczna ocena, którą można dać każdemu albumowi i nawet nie trzeba pisać o nim konkretnych peanów/pomyj.

      Usuń
    11. Cóż, to tylko Twoja opinia, którą już wcześniej podważyłem kontrprzykładami (które z kolei nieudolnie próbowałeś zbanalizować za pomocą odnoszących się do nie wiadomo czego, ale na pewno nie do meritum, argumentów). Nie widzę żadnego powodu ani sensu, by tłumaczyć każdą swoją ocenę. To nie matematyka, by wszystko wynikało z jakiś obliczeń.

      Ocena 7 sama w sobie ma mówić, że jest to album, który mi się podoba, ale nie mam ochoty do niego wracać. Bez powtarzania tego tysiąc razy, przy każdym takim albumie.

      Usuń
  3. czy doczekamy się recenzji albumu Mother Love Bone ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę mówiąc, nie przypominam sobie czy w ogóle go kiedyś słuchałem. A tym samym nie mogę wykluczyć ani obiecać, że będzie recenzja.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.