[Recenzja] Pearl Jam - "Ten" (1991)

"Ten", debiutancki album Pearl Jam, to jedna z najpopularniejszych i najbardziej cenionych płyt swojej dekady, niemal obowiązkowo pojawiająca się też na wszelkich listach płyt wszech czasów. Czy zasłużenie? Cóż, chyba jednak nie do końca. Nie jest to zbyt odkrywcze granie. Wprawdzie album wpisuje się w bardzo popularny wówczas grunge - a wręcz istotnie pomógł w ukształtowaniu oraz spopularyzowaniu tej rockowej sceny - jednak nawiązania do przeszłości są bardzo namacalne i oczywiste. Pearl Jam ze wszystkich grunge'owych kapel najbliżej było do klasycznego rocka z okolic Led Zeppelin, Neila Younga, Jimiego Hendrixa czy The Who. Przede wszystkim jednak "Ten" cierpi na przypadłość dotyczącą znacznej części popularnych płyt. Swój sukces zawdzięcza singlom, ale reszta repertuaru nie zawsze jest tak samo wyrazista.
Single są naprawdę mocarne. Energetyczny "Even Flow" to świetny riff i zapamiętywalny refren z natchnionym śpiewem Eddiego Veddera. Wolniejszy "Alive" ma jeszcze bardziej chwytliwy refren, dzięki któremu utwór stał się nieformalnym hymnem tamtej epoki; kawałek zawiera też dłuższą, bardzo klasyczną solówkę gitarową Mike'a McReady'ego. Najwięcej emocji wzbudził jednak "Jeremy", nie tylko za sprawą faktycznie emocjonalnego, zaangażowanego wykonania, ale przede wszystkim sugestywnego, kontrowersyjnego teledysku. Instrumentalnie wyróżnia się natomiast charakterystycznymi zagrywkami Jeffa Amenta na 12-strunowym basie. Czwartym singlem - który w przeciwieństwie do powyższych nie trafił do notowań na najważniejszych rynkach - był "Oceans", zgrabna piosenka pokazująca bardziej subtelne oblicze grupy, z brzmieniami akustycznymi i nieco onirycznym klimatem.
Z pozostałych utworów pozytywnie wyróżnia się przede wszystkim "Black" - choć formalnie nie był to singiel, chętnie sięgały po niego rozgłośnie radiowe i stał się jednym z najczęściej granych przez zespół kawałków na koncertach. Muzycznie to po prostu bardzo klasyczna, ale autentycznie ładna ballada rockowa, zgrabnie dopełniona oszczędnymi partiami pianina. Fajnie prezentują się też dwa zwarte i żwawe kawałki, "Once" i "Why Go" - pierwszy z jednym z najbardziej chwytliwych refrenów na płycie, drugi wyróżniający się bardziej wypukliną w miksie sekcją rytmiczną. Jako single oba sprawdziłyby się lepiej niż "Oceans". Za to wszystkie te utwory działają dobrze jako część albumu.
Niestety, po siedmiu utworach robi się już nieco nużąco. Na "Porch" wyraźnie zabrakło pomysłu, a zespół gra go w nienaturalnym pośpiechu, dość niechlujnie, zupełnie jakby muzycy chcieli go po prostu jak najszybciej odfajkować. Nienajgorzej zaczyna się "Deep", ale napięcie szybko spada, a kawałek trwa o wiele za długo w stosunku do jego muzycznej treści. Zupełnie niepotrzebne wydają się też dwie kolejne ballady, "Gardens" i "Release", które może nie są złe same w sobie, ale po prostu nic już nie wnoszą, a ich obecność nieco psuje dynamikę albumu. Ta byłaby może lepsza przy innej kolejności utworów, ale umieszczenie czterech mniej wyrazistych kawałków (właściwie pięciu, licząc ukryty "Master/Slave", będący rozciągniętym wstępem "Once") pod rząd, w dodatku na zakończenie albumu, zdecydowanie psuje moje końcowe wrażenia. Nawet w czasach, gdy "Ten" oceniałem wyżej i dołączałem do powszechnych zachwytów na jego temat, nie słuchałem tej płyty do końca.
A przecież zespół dysponował wówczas lepszym materiałem niż ta końcówka albumu. Niezrozumiały wydaje się brak na albumie "Yellow Ledbetter", zmarnowanego na stronie B singla "Jeremy". To kolejna ballada, ale jedna z najzgrabniejszych w całym dorobku Pearl Jam, wyraźnie nawiązująca do spokojniejszych kawałków Hendrixa. Kilka innych propozycji można znaleźć na reedycjach. Europejskie wydania kompaktowe, poza koncertową wersją "Alive" i akurat dość bezbarwnym, łagodnym "Wash", zawierają też humorystyczny "Dirty Frank", gdzie zespół bawi się w Red Hot Chili Peppers, z nieco pokręconą, wyraźnie funkową rytmiką oraz quasi-rapowaną warstwą wokalną. Byłoby to nawet fajne urozmaicenie podstawowego repertuaru "Ten", gdzie bardzo przydałoby się trochę takiego luzu i więcej różnorodności.
Sześć innych, premierowych bonusów zawiera natomiast edycja z 2009 roku, a wśród nich chociażby wczesne wersje "Breath" i "State of Love and Trust", nagranych potem ponownie na ścieżkę dźwiękową "Singles". Ten drugi to jeden z najlepszych kawałków Pearl Jam w ogóle, bardzo chwytliwy i energetyczny, ekspresyjnie zaśpiewany przez Veddera. A jest tam jeszcze wolniejszy, ale dość zadziorny i przebojowy "Brother" (wcześniej znany tylko w wersji instrumentalnej z kompilacji odrzutów "Lost Dogs") czy bluesowy "2,000 Mile Blues", który również mógłby fajnie urozmaicić oryginalny album. Większego dopracowania wymagałby natomiast "Just a Girl", a "Evil Little Goat" to tylko półtora minuty wygłupów ze studia. Było jednak z czego wybierać, a "Ten" mógł być dużo lepszym albumem.
Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć, że oryginalne wydanie albumu ma przymulone, przesadnie spogłosowane brzmienie, co również może - jak w moim przypadku - pogarszać odbiór. Sam zespół był tego świadomy i po latach zlecił naprawę tego materiału Brendanowi O'Brien, swojemu stałemu producentowi oraz inżynierowi dźwięku od czasu drugiego albumu, "Vs.". O'Brien już w 2004 roku przygotował nowe miksy "Once", "Alive" i "Black" na potrzeby kompilacji "Rearviewmirror (Greatest Hits 1991-2003)" (trafiła tam też albumowa wersja "Jeremy" oraz singlowy miks "Even Flow"), a następnie poprawił cały materiał na wspomnianą wyżej edycję z 2009 roku, znaną jako "Ten Redux". I właśnie w takiej wersji najlepiej tego albumu słuchać.
"Ten", wbrew swojemu tytułowi, nie jest albumem na 10, ale też nie jest jakimś kompletnie nieudanym wydawnictwem. Wszystkie single, wraz z kilkoma innymi fragmentami, wypadają świetnie, a dopiero w drugiej połowie robi się nieco nużąco. No i brzmienie oryginalnej edycji pozostawia sporo do życzenia, choć to akurat naprawia najnowsze wznowienie. Co jednak istotne, Pearl Jam już na tamtym etapie wypracował sobie rozpoznawalny styl, w czym niewątpliwie pomogł charyzmatyczny wokalista oraz sprawni instrumentaliści.
Ocena: 7/10
Zaktualizowano: 3.2025
Pearl Jam - "Ten" (1991)
1. Once; 2. Even Flow; 3. Alive; 4. Why Go; 5. Black; 6. Jeremy; 7. Oceans; 8. Porch; 9. Garden; 10. Deep; 11. Release
Skład: Eddie Vedder - wokal; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - gitara basowa; Dave Krusen - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Rick Parashar - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Walter Gray - wiolonczela; Tim Palmer - efekty (7)
Gościnnie: Rick Parashar - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Walter Gray - wiolonczela; Tim Palmer - efekty (7)
Producent: Rick Parashar i Pearl Jam
Po prawej: okładka wydania winylowego
Po prawej: okładka wydania winylowego

Uwielbiam pierwszą połowę tej płyty - do "Jeremy" włącznie. Ale nawet w czasach mojego największego uwielbienia do Pearl Jam niezbyt lubiłem drugą połowę, jest po prostu nijaka. Poza tym "ukrytym utworem", zresztą nie wiedziałem nawet, że to osobny utwór.:D
OdpowiedzUsuńTak więc faktycznie, jako całość, nie jest to klasyczna płyta - niestety..
Nirvany nie słuchałem nigdy znałem jak chyba każdy. A Ten słucham już blisko 30 lat nie padam na kolana ale lubię i tę płytę słuchałem wiele wiele razy i pewnie będę słuchał do końca dni swych. To tak jak z różnymi jedzeniami niby bez szału ale smakują każdy ma coś takiego. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuń