4 października 2012

[Recenzja] Pearl Jam - "Ten" (1991)



Pearl Jam był z grunge'owej "wielkiej czwórki" tym zespołem, któremu najbliżej było do klasycznego rocka z okolic Led Zeppelin, Neila Younga, Jimiego Hendrixa i The Who. Wpływy te słychać przede wszystkim na wczesnych albumach, jak debiutancki "Ten", powszechnie uznawany za jedno z najważniejszych wydawnictw lat 90. Już pierwszy album przyniósł grupie ogromną popularność. W znacznej mierze była to zasługa świetnie wybranych singli: przebojowych "Even Flow" (z niezłym riffem) i "Alive" (ze świetną, bardzo klasyczną solówką), zgrabnej ballady "Black" (wzbogaconej subtelnym pianinem), oraz "Jeremy" (nieco mniej ciekawego pod względem muzycznym, ale promowanego kontrowersyjnym, bardzo sugestywnym teledyskiem).

Jednak błędem - często popełnianym w przypadku tak słynnych albumów - jest ocenianie go przez pryzmat singli, nie zwracając uwagi na resztę repertuaru. A ta w przypadku "Ten" nie jest szczególnie porywająca. Już otwierający całość "Once", po intrygującym wstępie (rozwiniętym na koniec albumu, w postaci ukrytego nagrania "Master/Slave"), zmienia się w dość rozlazły i bezbarwny kawałek. Warto w tym miejscu wspomnieć o mocno przymulonym brzmieniu całego albumu, które pozbawia go dynamiki. Choć już samo wykonanie często jest zbyt anemiczne, jak we wspomnianym "Once" czy "Porch". Nawet w bardzie żywiołowym "Deep" w pewnym momencie siada napięcie - kawałek jest przede wszystkim zbyt długi. Dużo lepiej prezentuje się bardziej zwarty i energetyczny "Why Go", z wysuniętą na pierwszy plan sekcją rytmiczną. Całości dopełnia kilka smętnych ballad, z których najlepsze wrażenie sprawia "Oceans", kojarząca się z akustycznym wcieleniem Led Zeppelin.

"Ten" zdecydowanie nie jest albumem na 10/10, choć często bywa oceniany maksymalnie. Kilka dobrych kawałków (w większości singli) nie czyni go wielkim albumem. Zespół dopiero się wtedy rozkręcał, choć już na tym etapie miał wypracowane rozpoznawalny styl, którego najważniejszym elementem był charakterystyczny wokal Eddiego Veddera (za którym można nie przepadać - mi osobiście nie przeszkadza, ani nie zachwyca - ale nie można mu odmówić rozpoznawalności).

Ocena: 7/10



Pearl Jam - "Ten" (1991)

1. Once; 2. Even Flow; 3. Alive; 4. Why Go; 5. Black; 6. Jeremy; 7. Oceans; 8. Porch; 9. Garden; 10. Deep; 11. Release

Skład: Eddie Vedder - wokal; Mike McCready - gitara; Stone Gossard - gitara; Jeff Ament - bass; Dave Krusen - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Rick Parashar - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Walter Gray - wiolonczela
Producent: Rick Parashar i Pearl Jam


Po prawej: okładka wydania winylowego


25 komentarzy:

  1. Mówiąc krótko nie podzielam Twojego entuzjazmu

    a) Vedder bełkocze, jego wokal może podrobić każdy, zdarza się, że w radio lecą zespoły które przez wokal mylę z PJ

    b)PJ to epigoni Led Zeppelin i reszty hard/classic rockowej śmietanki przełomu lat 60. i 70.

    c)Chyba przesadziłeś z zachwytem wywołanym Alive, w 2012 recenzowałeś raczej mainstreamową muzykę i Pearl Jam blednie w porównaniu z tym co opisujesz od mniej więcej półtora roku.

    Oceny się niestety dewaluują, więc ja z powodu braku mocnego zaplecza i podstaw w postaci progresji zawiesiłem swoje pisanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałem tutaj odpisać.
      a) To raczej kwestia gustu. Mnie odpowiada jego barwa głosu i nigdy nie odniosłem wrażenia, żeby bełkotał. W przeciwieństwie do wokalisty innej popularnej grunge'owej grupy.
      b) Nie ma nic złego w nawiązaniu do najlepszego okresu takiej muzyki. Poza "Given to Fly", będącym plagiatem "Going to California", nie słyszę kopiowania Led Zeppelin. Już prędzej można zarzucić Soundgarden i Alice in Chains, że zrzynali od Black Sabbath.
      c) Oczywiście, że blednie. Wciąż jednak jest to bardzo dobry album, jak na lata 90. i mainstream. No właśnie - bardzo dobry, czyli 8/10. Dziewiątka to rzeczywiście trochę przesada.

      Usuń
  2. a) nie bądź taki enigmatyczny, kto to taki? :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A wracając do Ten i gadek o grunge - gdzie się da wyżywasz się na Nirvanie i Kurcie. A tego nie łapię, akurat. Możesz woleć inne zespoły, ale afiszowanie się z niechęcią do N to przesada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bowiem ta niechęć nie jest poparta niczym nowym, ani niczym odnoszącym się do muzyki jako takiej - tutaj zestawiasz ze sobą tak różne kawałki jak SLTS i Alive. Jeden to riffowy kawałek z wyraźnie zaznaczonym przejściem verse-chorus-bridge, drugi cechuje rozmach i struktura bliższa właśnie klasycznym rockowym zespołom.

      Mam wrażenie, że Ciebie wkurza przede wszystkim fenomen tej grupy (wg mnie nie do końca niezrozumiały) i jego miejsce w popkulturze.

      Teraz nawiązując do Twojej recenzji Nevermind:

      "słuchają ich chyba tylko ludzie, którzy zaczynali interesować się muzyką w pierwszej połowie lat 90., oraz gimnazjaliści"

      czyli odzierając z eufemizmów - muzyka dla dzieciaków lub tych, którzy mentalnie tkwią 25 lat do tyłu.

      Zaczynamy:

      " Nevermind" to album którego rola w historii muzyki jest zdecydowanie przeceniana"

      pierwsza "wada" opiera się na tym jak ten album jest odbierany przez innych

      "Nirvana wypada przy nich jak garażowy zespół, nie do końca wiedzący jak korzystać z instrumentów"

      środki są nieważne. liczy się efekt. Spójrz na Bitlesów czy Stonsów.

      O SLTS:

      "Paradoksalnie, wypada dość blado na tle pozostałych kawałków" - ale dlaczego? Czy gdyby nie zrobiono z niego Utworu Definiującego Lata 90. (tm) to byś powiedział to samo?

      "oparty na pomysłowym riffie (cóż z tego, że zerżniętym z "Eighties" Killing Joke?)" - czy nawias nie jest tylko po to żeby wbić szpilę? Nirvana zrobiła im wg mnie przysługę, bo hardcore punkowi skostnialcy lata świetności już dawno mieli za sobą. A tu proszę.

      piosenkowa "Polly" - ten epitet to chyba zarzut?

      Tak naprawdę poza ciągłym sypaniem 4 akordami niczego tej płycie nie można zarzucić. Kawałki są cholernie chwytliwe? Są. Płyta się nie dłuży? Nie napisałeś nic o tym.

      "po prostu prosta rockowa płyta, pełna świetnych melodii"

      zrobić płytę "pełną świetnych melodii" jest ciężej niż rozbudowane kompozycje gdzie muzycy pokazują swój kunszt i umiejętność tworzenia rozbudowanych kawałków. Spójrz na Bitlesów - oni opierali się przede wszystkim na świetnych melodiach. A że byli 25 lat przed Nirvaną to wszystko można było jeszcze podeprzeć argumentami "nowatorskie, pionierskie"

      "Szkoda tylko, że zdobi go tak okropna, pedofilska okładka." to było naprawdę niepotrzebne. Dlaczego "pedofilska"?

      Nirvana to bardzo elastyczny i ciężki do zaklasyfikowania zespół. Grunge to śmieszne określenie i staram się go unikać. Rock - to z kolei ogromny wór. Próbujemy zatem: Ale ładne melodie.. Nirvana chyba gra pop. Nie, to jest zbyt brudne i szorstkie. No to gra punk - nie, z kolei to jest zbyt złożone jak na punk. Itd.

      Bleach wywindowano po Nevermind - więc znowu, efekt mainstreamu. In Utero - ciężej jest obronić, są tam echa i Nv i Bl, ale za nim przemawia szorstkość (i jak to ująłeś 'niechlujność', "mniej przystepne") chyba to zaleta, bo nie lubisz gdy wszystko jest wyłożone jak na talerzu, tylko jak trzeba się trochę wysilić. Unplugged Ci nie proponuję bo jest tam za dużo coverów.

      Jeżeli byłbyś zainteresowany, to mogę dać Ci link do mojej recenzji Nvm, która ma już blisko rok. Ciekawe czy z takim ujęciem się zgodzisz. Ponoć literacko trzymało to wszystko poziom.

      Mam nadzieję, że nie uraziłem? To tylko i aż muzyka ;)

      Usuń
    2. To przecież oczywiste, że krytykuje się popularne zespoły, których fenomenu się nie rozumie. Wygrzebywanie jakiejś nieznanej kapeli w celu zgnojenia jej to jak kopanie leżącego. Coś kompletnie bezcelowego. Na pewno więcej sensu ma gnojenie czegoś powszechnie lubianego. Przynajmniej w przypadku przedstawienia argumentów.

      Moja niechęć nie wynika jednak z tego, że zespół jest popularny. Jak sam wiesz, lubię wiele popularnych zespołów. Problemem jest dla mnie sama muzyka, która prosta(cka) i niedbale wykonana, choć czasem nawet przyjemna. Dlatego nie uważam Nirvany za najgorszy z popularnych zespołów, ale za bardzo przeciętny i nie zasługujący na kult, jakim jest otaczany.

      Nie wiem czy wiesz, ale kiedyś naprawdę lubiłem Nirvanę. Jako gimnazjalista zasłuchiwałem się w tym zespole, Metallice, Ironach, Floydach, Black Sabbath, ale też w jakiś popularnych wtedy (i niestety chyba nadal) gównianych kapelach dla dzieciaków, które zresztą z Nirvaną mają wiele wspólnego (chociażby łączenie prostych, łatwo wpadających w ucho melodii z agresywnością), choć są oczywiście znacznie gorsze.

      Usuń
  4. A czy poza wykonaniem, prostotą/skomplikowaniem i oryginalnością nie odczuwasz w muzyce czegoś takiego jak klimat, atmosfera czy emocje?

    Nie mam nic przeciwko gnojeniu,ale dużo zależy od tego jakie są argumenty. Ja tam Nirvany nie zgnoiłem (przynajmnej w wypadku Nevermind, ale i się bezmyślnie nią nie zachwyciłem - dostałeś na maila zaproszenie na blog to możesz spojrzeć ;) )

    Ja Nirvanę poznałem mając 15 lat, i to była taka sinusoida. najpierw: super zespół, nevermind najlepsza płyta świata, Rape Me. Takie neofickie zachłyśnięcie. Potem - stwierdziłem, że to właśnie takie prostackie granie i nic specjalnego. A teraz wszystko jest wyważone - szanuję ale nie wielbię.

    Nie pytam o te kapele... chyba nawet wolałbym nie wiedzieć od czego zaczynałeś. Chociaż mam podejrzenia... ale nie, wolę nie. Ja jeszcze 3 lata temu byłem wyznawcą Oasis, na których szał zaczął się u mnie niecały rok po Nirvanie. A teraz? Trochę mi wstyd, że stoją u mnie na półce z płytami ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że te rzeczy też się liczą ;) Ale klimatu/atmosfery za dużo w przypadku "Nevermind" nie zauważam (poza "Something in the Way", rzecz jasna), a emocji jest tam mnóstwo, tyle że do mnie nie trafia sposób, w jaki zostały wyrażone.

      Jeszcze wcześniej, na początku gimnazjum, słuchałem Depeche Mode i Scorpions ;) Do tego pierwszego zespołu wciąż lubię czasem wrócić (przynajmniej do albumów ze środkowego okresu), a z drugiego to już chyba tylko do debiutu, późniejsze dokonania uważam za coraz bardziej żenujące. Ogólnie słuchałem tego, o czego istnieniu wiedziałem. A najłatwiej dowiedzieć się o istnieniu tych kilku(nastu) rockowych klasyków i o tym popularnym badziewiu, z którego szybko się wyrasta.

      Usuń
    2. Jeszcze taka ciekawostka - nie wiem czemu, ale w czasach gimnazjum ciągle myliły mi się nazwy Deep Purple i Pearl Jam :D Nie znałem żadnego utworu tych kapel.

      A jeszcze wcześniej myślałem, że "Stairway to Heaven" wykonują Stonesi...

      Usuń
    3. Ja zaczynałem od "radiowego badziewia" w którym - przypadkowo - trafiła się Nirvana. I wtedy ruszyła rock maszyna... Ja za to myślałem ze Knockin on the heavens door to kawałek Doors. Pewnie przez tytuł. Jak słuchasz muzyki przez słuchawki, to używasz "nauszników" czy takich wsadzanych?

      Usuń
    4. Wiele osób jest pewnie przekonanych, że "Knockin'" to autorski utwór GN'R...

      Do komputera mam podłączone nauszniki, a do empetrójki wsadzane.

      Usuń
  5. Co tu dużo mówić, wreszcie zauważyłeś to, co mnie tak drażniło, przymulony, rozwodniony album, który jechał albo na singlach, albo na teledyskach do nich. Vedder nie ma rozpoznawalnego głosu. Sorry, może był pierwszy z tą bułą w gardle ale: Scott Stapp (Creed) i Myles Kennedy (kawałek "Wonderful cośtam" zespołu Alter Bridge) naprawdę chwilami brzmią identycznie jak on. Głos bełkoczacego żula spod budki z piwem, który łatwo można podrobić. Ten mógłby się kończyć na Oceans, bo potem na serio jest już muł (pierwsza połowa jest 'niezła' - czyt przeciętna+)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez problemu można odróżnić tych wokalistów. Nie sądzę, żeby ktoś po usłyszeniu Creed wziął go za Pearl Jam (musiałby być mocno przygłuchy), choć Stapp, z tego co pamiętam (na szczęście ledwo) faktycznie próbował imitować Veddera. Alter Bridge na szczęście nie słyszałem, ale miałem nieprzyjemność słyszeć "popisy" Kennedy'ego u Slasha i gość brzmi zupełnie niepodobnie.

      Usuń
  6. Nie chcę się bronić, ani wycofywać z tego co powiedziałem, ale może rzeczywiście Stapp za bardzo 'przerysowuje' śpiew Veddera. Niemniej podrabia go umiejętnie. Ale w drugim wypadku zostanę przy swoim - tak usłyszałem ten kawałek AB to na serio myslałem, że to Vedder.

    To z Ten powinno się zrobić, to co chciałeś zrobić z Superunknown - wyciąć drugą połowę albumu. Tyle że wtedy byłaby to ledwie niezła epka.

    Album Svvamp nie pojawił się na liście z prawej strony blogu 'ostatnio poprawione'

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z każdego albumu trwającego powyżej 40 minut powinno się coś wyciąć. A "Ten" wcale nie musiałby być EPką, bo zespół miał w zanadrzu parę fajnych kawałków, jak "State of Love and Trust" i "Yellow Ledbetter", w sumie lepszych od większości utworów z debiutu.

      Wiem. Poprawki są tam tak małe, że nie ma sensu informować o tym na pasku bocznym.

      Usuń
    2. *Pierwsze zdanie nie dotyczy albumów jazzowych ;)

      Usuń
    3. Jeszcze z tego co pamiętam to Footsteps było fajne, ale ten z kolei trafił na album Temple of The Dog, pod zmienionym tytułem "Footsteps"

      Niemniej "Ten" jest dla mnie drugim najsłabszym albumem PJ wydanym w latach 90. (po Yield).

      Usuń
    4. Tytuł zmienili na "Times of Trouble" ;) Muzyka jest ta sama, teksty zupełnie inne - "Footsteps" napisał Vedder, a "ToT" Cornell. Wersja z tekstem pierwszego trafiła na singiel "Jeremy".

      Usuń
    5. Znaczy, tak, "Times of Trouble" zupełnie bez sensu zdanie mi wyszło.

      Kiedyś na avatarze miałeś logo Pearl Jam. Aż tak ich lubiłeś?

      Usuń
    6. Tak. W czasie, gdy wydali "Backspacer", był to mój ulubiony zespół. Byłem nawet na koncercie. Zresztą widziałeś mój profil na Last.fm, są na czwartym miejscu w rankingu, a byli na pierwszym.

      Usuń
    7. Widziałem profil, ale nie pamiętam takich szczegółów, zaciekawiło mnie jednak że miałeś tam opis "Analog Kid", chodziło o Twoje zamiłowanie do winyli czy do średniej piosenki ze średniego albumu Rush?

      Usuń
    8. To by było dziwne, gdybyś pamiętał. Raczej miała to być sugestia, że możesz tam ponownie zajrzeć, by przekonać się na własne oczy.

      To był nie tyle opis, co rubryka "imię". Wziąłem to oczywiście od Rush, nawiązując do swojego zamiłowania dla winyli. A utwór lubiłem (lubię?), jest tam świetna linia basu.

      Usuń
  7. Uwielbiam pierwszą połowę tej płyty - do "Jeremy" włącznie. Ale nawet w czasach mojego największego uwielbienia do Pearl Jam niezbyt lubiłem drugą połowę, jest po prostu nijaka. Poza tym "ukrytym utworem", zresztą nie wiedziałem nawet, że to osobny utwór.:D
    Tak więc faktycznie, jako całość, nie jest to klasyczna płyta - niestety..

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.