27 września 2012

[Recenzja] Led Zeppelin - "Physical Graffiti" (1975)



Zespół nie planował wydania dwupłytowego albumu. Gdy jednak zakończyły się prace nad materiałem, okazało się, że jego długość przekracza optymalną pojemność płyty winylowej. Zamiast zrezygnować z części utworów lub nieco je skrócić, zdecydowano się na bardziej kontrowersyjne posunięcie - rozszerzenie "Physical Graffiti" do dwóch płyt i zapełnienie miejsca odrzutami z poprzednich longplayów. O ile część z nich faktycznie zasłużyła na lepszy los, niż gnicie w archiwach, tak inne zdecydowanie nie powinny ich opuszczać. Powstał bardzo nierówny album. Często można spotkać się z opiniami, że pierwsza płyta jest zdecydowanie bardziej udana od drugiej i gdyby zespół ograniczył się tylko do niej, "Physical Graffiti" byłby kolejnym wielkim dziełem. W rzeczywistości nie jest to takie proste.

Biorąc pod uwagę ogólny poziom, pierwsza płyta faktycznie wypada znacznie lepiej, ale nie jest pozbawiona wad. Już na otwarcie pojawia się całkiem bezbarwny "Custard Pie". Zaraz potem rozbrzmiewa jednak porywający "The Rover" - niesamowicie chwytliwy, pełen świetnych zagrywek Page'a. Aż trudno uwierzyć, że to jeden z odrzutów - napisany został już podczas prac nad "Led Zeppelin III", tutaj jednak zamieszczono wersję nagraną podczas sesji "Houses of the Holy" (na którym byłby drugim najlepszym - po "No Quarter" utworem). Wysoki poziom utrzymuje jedenastominutowy blues " In My Time of Dying", oparty na tradycyjnej pieśni, ale podpisany jako autorska kompozycja - jak zwykle muzycy nadali zupełnie nowej jakości, co nieco ich usprawiedliwia. "Houses of the Holy", kolejny odrzut z tego albumu, to niestety tylko prosta, banalna piosenka. Zaraz potem rozbrzmiewa jednak świetny "Trampled Under Foot", inspirowany twórczością Steviego Wondera. To przede wszystkim popis Johna Paula Jonesa, odpowiadającego za fantastyczną partię basu i klawisze, dodające funkowego charakteru. Pierwszą płytę kończy słynny "Kashmir" - oparty na mocarnym, orientalizującym riffie, ale niepotrzebnie wzbogacony pretensjonalną orkiestracją.

Druga płyta, faktycznie jest dużo słabsza. W nowych utworach brakuje dobrych pomysłów. W hardrockowym "In the Light" nic nie wnoszą długie popisy Jonesa na syntezatorze. "Ten Years Gone" brzmi jak nowa, słabsza wersja "The Rain Song". Zupełnie nijaki jest natomiast "Sick Again", który dodatkowo pod koniec robi się mocno chaotyczny. W "The Wanton Song" pojawia się za to całkiem fajny riff i sporo energii, lecz ogólnie utwór wypada dość przeciętnie (choć moim zdaniem sprawdziłby się w roli otwieracza dużo lepiej od "Custard Pie"). Ze starszych kawałków najlepsze wrażenie sprawiają dwa utwory napisane w czasie pobytu Page'a i Planta w chacie na walijskiej wsi, gdzie tworzyli materiał na trzeci album. Instrumentalny "Bron-Yr-Aur" to fantastyczny popis umiejętności gitarzysty, nagrany podczas sesji "Trójki". Przyjemnie wypada także lekko ocierający się o stylistykę country, melodyjny "Down by the Seaside" - odrzut z "Czwórki". Ale są też ewidentne gnioty, jak "Night Flight", "Boogie with Stu" i "Black Country Woman", słusznie pominięte na wcześniejszych albumach (dwa pierwsze zostały zarejestrowane podczas sesji "IV", ostatni powstał w trakcie nagrywania "Houses of the Holy").

Skrócenie "Physical Graffiti" do jednej płyty winylowej byłoby najlepszym rozwiązaniem. Jednak wtedy znów najprawdopodobniej zostałyby pominięte tak dobre utwory, jak "The Rover" i "Bron-Yr-Aur". Zatem ostatecznie dobrze się stało, że album ukazał się w takiej formie, nawet jeśli jest bardzo nierówny i obok rewelacyjnych momentów zawiera kompletne niewypały.

Ocena: 7/10



Led Zeppelin - "Physical Graffiti" (1975)

LP1: 1. Custard Pie; 2. The Rover; 3. In My Time of Dying; 4. Houses of the Holy; 5. Trampled Under Foot; 6. Kashmir
LP2: 1. In the Light; 2. Bron-Yr-Aur; 3. Down by the Seaside; 4. Ten Years Gone; 5. Night Flight; 6. The Wanton Song; 7. Boogie with Stu; 8. Black Country Woman; 9. Sick Again

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka, gitara (LP2:7); Jimmy Page - gitara, mandolina, sitar; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe, mandolina, gitara; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Iman Karniparinpil - drumla (LP1:6); Ian Stewart - pianino (LP2:7)
Producent: Jimmy Page


8 komentarzy:

  1. Ode mnie za pierwszy krążek 8, za drugi 4. W sumie album minimalnie tylko przekroczył pojemność jednego krążka CD, więc jakby zrezygnowali na tym wydaniu z 2-3 utworów (najlepiej czegoś z płyty numer 2, ale braku takiego 'trampled under foot' też bym nie opłakiwał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Druga płyta jest jakieś 3-4 minuty dłuższa od pierwszej, więc w wersji oryginalnej spokojnie można było zrezygnować z "Bogie with Stu" lub "Black Country Woman", dzięki czemu obie płyty winylowe miałyby mniej więcej taką samą długość, a po latach album mógłby być wydany na jednej płycie kompaktowej (tylko kto w 1975 roku mógł wiedzieć, że za kilka lat zostanie wymyślony taki nośnik i że będzie miał ściśle ograniczoną maksymalną pojemność?).

      Ale pominięcie jakiegoś utworu na reedycji, żeby zmieścić całość na jednym dysku, to beznadziejny pomysł. Równy czy nierówny, album to całość, która nie powinna być zmieniana. I nie ważne czy ta zmiana to dodawanie lub odejmowanie utworów, mieszanie w ich kolejności, czy inna okładka - to jak przysłowiowe domalowywanie Monie Lisie wąsów.

      Usuń
  2. Powiem tak: z drobnymi wyjątkami pierwsza płyta jest świetna natomiast z drobnymi wyjątkami druga płyta jest kiepska. Custard Pie- świetne energetyczne otwarcie z hard rockową werwą. The Rover- genialny numer z rewelacyjną melodią i fajną grą Page'a. Jeden z moich ulubinych kawałków grupy.
    In My Time of Dying - moim zdaniem nieco za długi. Houses of the Holy - przyjemny kawałek nie psujący całości. Trampled Under Foot- tak śpiewającego Planta uwielbiam. Energetycznie, zadziornie i z chrypką. Ogólnie to kolejny genialny numer należący do moich ulubinych. Kashmir - przy całym geniuszu tego utworu uważam, że mógłby być o 2 min. krótszy. Z drugiej płyty niestety tylko mocny hard rockowy Sick Again jest według mnie godny uwagi.

    OdpowiedzUsuń
  3. W ocenie tej płyty zgadzam się z Michałem B.Pierwsza płyta to rewelacja i w tej formie powinna zostać wydana.Druga to dla mnie chłam na poziomie "Cody" utwory dobrane bez ładu i składu a "Boogie with Stu" i "Black Country Woman" to kompletne dno

    OdpowiedzUsuń
  4. Mimo że od tamtego czasu jej nie słuchałem to wrócę do tematu - może nie tyle tego krążka, co podwójnych LP - dla mnie to wyraz najzwyklejszej sodówy, kiedy zespół ma o sobie już takie mniemanie, że decyduje się na wydanie dwóch płyt (czy to cd czy winyli). W wypadku niektórych kapel jest to jeszcze możliwe do zrozumienia (Tommy - to ma być przecież jakaś historia czy Mellon Collie and The Infinite Sadness, który też ma być czymś niby-koncepcyjnym), czasem jest to zupełna bezmyślność, biorąc pod uwagę jaką muzykę gra jakaś kapela (taki album mają na koncie np.Foo Fighters). A wydawanie kobył tylko dlatego, że miało się za dużo materiału (zwykle nierównego) to najgorsze co można zrobić. Dobrze że Metallica nie chciała/wydawca nie zgodził się zrobić z ReLoad jednej płyty, albo że Use Your Illusion nie zostało wydane jako 2płytowiec (chociaż jak z 8-9 lat temu szukałem tego drugiego w sklepie to byłem przekonany że to jest własnie taki dwupak)

    Fajnie że obniżasz oceny LZ, chociaż szkoda że tak zachowawczo (Święte Domki wg mnie są lepsze od czwórki, która chyba ustępuje nawet Led Zeppelin III, nie licząc Immiggrrantt Songg który wkurza mnie nawet bardziej niż jakikolwiek moment In Through The Out Door)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież każda część "UYI" osobno jest prawie tak samo długa, jak cały "PG". W dodatku obie części wydano tego samego dnia, więc ten podział został zrobiony tylko po to, żeby więcej zarobić - z dwóch jednopłytowych albumów jest większy zysk, niż z jednego dwupłytowego. I to dopiero było uderzenie "sodówy", przekonanie o swojej wspaniałości. A na każdej części są może ze 2-3 słuchalne kawałki i kupa pretensjonalnego gówna.

      Mimo że niektóre oceny są teraz niższe, to ogólnie zespół cenię bardziej, niż kiedyś. Patrząc na muzykę hardrockową z szerszej perspektywy, niż słuchacz tylko rocka, widzę ogrom przepaści między Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple, a innymi przedstawicielami tego stylu.

      Usuń
    2. No przecież sam Slash mówił, cytuję: "Podwójny album kosztowałby 25-30 dolarów, młody dzieciak nie mógłby sobie na to pozwolić, dlatego on i jego kumpel mogą kupić po jednej płycie, i odegrać od siebie nawzajem." Choć takich przypadków byłoby pewnie niewiele, bo każdy oddany fan chciał mieć w kolekcji oba Iluzjony ;)

      A jeśli o ogrom przepaści, to przecież również Budgie przez przynajmniej pierwszą połowę lat 70. trzymali wysoki poziom. Na początku kariery grali chyba nawet bardziej rozbudowaną muzę od tych trzech kapel. Oczywiście bardziej rozbudowaną nie oznacza automatycznie lepszą.

      Usuń
    3. Problem z pozostałymi zespołami hardrockowymi polega na tym, że ich twórczość to czerpanie w różnych proporcjach od BS, LZ i DP, bez jakiegoś istotnego własnego wkładu. I nawet Budgie jest takim epigonem. Niby wczesne albumy są w porządku, ale w sumie nie wnoszą już nic nowego. No i pod względem kompozytorskim są daleko w tyle.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.