18 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "The Razors Edge" (1990)



Album "The Razors Edge" uznawany jest za powrót AC/DC do formy. Coś w tym jest, bo po serii kompletnie nijakich albumów z lat 80., niespodziewanie wróciła dawna energia i radość z grania. Być może była to zasługa kolejnej zmiany perkusisty (Chris Slade zastąpił Simona Wrighta, który kilka lat wcześniej zajął miejsce Phila Rudda). A może nowego producenta, Bruce'a Fairbairna, który zapewnił solidne, odpowiednio ciężkie brzmienie (będące miłą odmianą po amatorskiej produkcji samych muzyków na "Flick of the Switch" i "Fly on the Wall"). 

Na "The Razors Edge" znalazła się najlepsza kompozycja, jaką kiedykolwiek nagrał zespół - utwór tytułowy, który za sprawą wolniejszego tempa, dość posępnego nastroju, a nawet swego rodzaju powagi, bardzo mocno wyróżnia się na tle reszty repertuaru AC/DC. Album przyniósł też kilka popularnych singli. "Thunderstruck" to w ogóle jeden z najbardziej znanych kawałków grupy. Pierwszy, jaki poznałem. I raczej mnie zniechęcił, niż zachęcił do dalszego zagłębiania się w twórczość Australijczyków. Tak, jak wtedy, tak i teraz strasznie denerwuje mnie warstwa wokalna. A muzycznie, cóż, po prostu bardzo typowo dla tego zespołu. Niemal równie irytuje mnie kolejny z singli "Are You Ready". Natomiast kiedyś przeze mnie lubiany "Moneytalks" (ostatni z singli), teraz okazuje się strasznie banalny. O reszcie albumu w sumie nawet nie warto wspominać - to po prostu cholernie typowe dla grupy kawałki, które absolutnie niczym się nie wyróżniają. Choć jedne drażnią nieco mniej (np. "Fire Your Guns") od innych (np. "Mistress for Christmas", "Let's Make It").

Najlepszy album AC/DC od dekady, od czasu "Back in Black", i tak jest tylko kolejnym rzemieślniczym produktem, przygotowanym ze sprawdzonych, ogranych patentów. Choć utwór tytułowy pokazuje, że muzycy są w stanie stworzyć coś odbiegającego od schematu. Zabrakło tylko odwagi. A może po prostu są najbardziej leniwym i najnudniejszym zespołem na świecie.

Ocena: 5/10



AC/DC - "The Razors Edge" (1990)

1. Thunderstruck; 2. Fire Your Guns; 3. Moneytalks; 4. The Razors Edge; 5. Mistress for Christmas; 6. Rock Your Heart Out; 7. Are You Ready; 8. Got You by the Balls; 9. Shot of Love; 10. Let's Make It; 11. Goodbye & Good Riddance to Bad Luck; 12. If You Dare

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Chris Slade - perkusja
Producent: Bruce Fairbairn


17 komentarzy:

  1. The Razor's Edge to dla mnie najlepszy utwór jaki ACDC kiedykolwiek nagrali - daleko przed różnymi For Thosami, Bellsami, Blackam i i Thunderami.

    A fenomenu "Thunder's Truck" nie jestem w stanie pojąć. Ale fakt - wśród mocno przysypanego kurzem trójakordowego rock n rolla całego acdc na pewno się wyróżnia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tytułowy utwór z tego albumu to zdecydowanie najlepszy utwór AC/DC z czasów Johnsona. Ale czy najlepszy w ogóle? W czasach Bona Scotta zespół nagrał kilka ciekawych, też mniej konwencjonalnych (przynajmniej jak na nich) kompozycji, więc nie jest to dla mnie takie oczywiste ;)

      Usuń
    2. Z lat Scotta lubię powolny blues "Little Lover" oraz "Baby Please don't Go" (ale to cover)i ewentualnie "Touch Too Much" z Highway To Hell. Na dłuższą metę jego głos mnie męczył i płyty musiałem dzielić na 2-3 posiedzenia.

      a, i jest jeszcze jeden utwór nagrany przed Bonem Scottem, wokalista nazywał się Dan Evans i nagrał z nimi pierwotną wersję utworu "Can i Sit next To You girl", znacznie lepszą od wersji albumowej.

      Usuń
    3. Mnie z kolei drażni dziecinny głos Johnsona, który w dodatku w (niemal) każdym utworze brzmi tak samo. Scott był jednak trochę bardziej wszechstronny, bardziej naturalny i wg mnie miał całkiem ciekawą barwę.

      Usuń
  2. The Razor's Edge to płyta zbudowana wg podobnej receptury co poprzednie, a jednak mająca w sobie jakąś świeżość. No i chyba ten czynnik zadziałał, bo właśnie tą płytą Australijczycy powrócili do rockowej ekstraklasy po smucie z ostatnich 7 lat. Zmienił się także producent; tym razem braciszkowie zatrudnili znanego z Aerosmith i Bon Jovi - Bruce'a Fairbairna i był to strzał w dziesiątkę. Fairbairn wyostrzył brzmienie, a przy tym niczego w muzyce naszych bohaterów nie zmienił, choć być może zachęcił jedynie do większego wyeksponowania chóralnych refrenów, bowiem chórki na tej płycie są naprawdę perfekcyjne. Podobnie jak za kadencji Mutta, panowie oprócz ostrości zadbali też o przebojowość, to dlatego takie numery jak Thunderstruck, Moneytalks czy Are You Ready powalają siłą uderzenia i genialnymi melodiami. A i jeszcze jedno. Simona Wrighta zastąpił Chris Slade. Zmiany od razu są słyszalne. Słychać, że gra profesjonalista pełną gębą. Na żadnej innej płycie AC/DC nie ma tylu smaczków perkusyjnych co tutaj. Jest też kilka nowinek. Ot, na przykład niezwykły monumentalizm i ponury klimat kompozycji tytułowej, o jaki nie posądzalibyśmy ekipy braci Young. Czy melodeklamacja z Mistress for Christmas, a także narastający pomruk i charakterystyczny riff otwierający Thunderstruck. Czegoś takiego jeszcze w muzyce AC/DC nie mieliśmy. Reszta utworów to klasyczne, choć podrasowane brzmieniowo AC/DC. Ba, takie utwory jak rozpędzony Fire Your Guns czy Rock Your Heart Out grupa po raz kolejny sentymentalnie spogląda w swoją własną przeszłość. Pomimo swojej długości (wszak to już era CD), ciężko znaleźć na tej płycie jakiś ewidentny niewypał. Może jedynie glamowy Let's Make It trochę mniej przekonuje, ale oczywiście nie na tyle, żeby popsuć bardzo pozytywne wrażenie jakie Brzytwa robi na słuchaczu. Czytałem kiedyś recenzję płyty Ballbreaker w pewnym poczytnym czasopiśmie poświęconym muzyce rockowej, gdzie Autor określił ją mianem "Back in Black lat 90-tych". Moim zdaniem spóźnił się z tą opinią o 5 lat - ten tytuł, jeżeli już, należy się bardziej The Razor's Edge. Ocena: 9/10

    OdpowiedzUsuń
  3. No, i wreszcie zgadzamy się w czymś w 100% (utwór tytułowy - nie tylko najlepszy w erze Johnsona ale i Scotta). Ballbreaker też poprawisz? Bo w sumie wiele gorsza ta płyta nie jest, jest tam też utwór w podobnym nastroju co tutejszy tytułowy i w ogóle. A że ominąłeś całe lata 80. rozumiem, poza Two's up nie kojarzę żadnego utworu z tamtych czasów i bynajmniej nie dlatego, że nigdy nie słyszałem żadnej z tych płyt.

    Tutaj wyróżnia się też chyba "If you dare"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "If You Dare" już nie dałem nawet rady przesłuchać do końca, tak mnie ten album wymęczył... A nad "Ballbreakerem" się zastanowię.

      Usuń
  4. Przykłady utworów "The Razor's Edge" AC/DC, "Beyond The Realms of Death" Judas Priest czy "Kings and Queens" Aerosmith pokazują, że wcale nie są to słabe zespoły, tylko niezbyt odważne by wyjść częściej poza pewien schemat. Zgodzisz się z tym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Judas Priest w latach 70. nie był ani słaby, ani nie bał się wychodzić poza schemat. Tylko potem, nie wiedzieć czemu, strasznie się ograniczył.

      A co do Twojej tezy - z samego rachunku prawdopodobieństwa wynika, że jeśli jakiś zespół nagrał kilkadziesiąt utworów, to któreś muszą być dobre... No chyba, że wszystkie są utrzymane w tym samym, beznadziejnym stylu. Ale styl AC/DC i Aerosmith nie jest przecież najgorszy, tylko kompozycje rzadko kiedy oferowały coś ciekawego.

      Usuń
    2. No nie znalazłem jeszcze zespołu rockowego, w którym każdy utwór by mi się nie podobał.

      A co do ostatniego zdania recenzji - to już nie uważasz za taki zespół Ramones czy inny punkrockowy? :)

      Usuń
    3. Ramones i im podobni to kompletni amatorzy, których nie ma nawet sensu porównywać z zespołami w rodzaju AC/DC, które grać niby potrafią, ale są zbyt leniwe, żeby to dobrze wykorzystać.

      Usuń
    4. No po prostu w tak ujętym zdaniu wydawało mi się, że objąłeś wszystkie zespoły na świecie, stąd zdziwienie :) No chyba, że chodziło o te, w których muzycy "potrafią" Twoim zdaniem grać.

      Usuń
    5. Wracając jeszcze do tej płyty, to utwór tytułowy rzeczywiście wyróżnia się na tle dyskografii, ale przecież nie był to pierwszy tego typu utwór, bo już 2 lata wcześniej grupa nagrała nie mniej poważny i "dramatyczny" "Two's Up", jak dla mnie niemalże dorównujący dziełu z 1990 r. Jakie masz obecnie odczucia względem "Two's Up" (jako że nie ma recenzji albumu)?

      Swoją drogą, "Are You Ready", nie wiadomo dlaczego, od niepamiętnych czasów kojarzył mi się z podkładem muzycznym do kina sportowego, typu "Rocky". Nadal uważam, że to niezła propozycja na puszczenie sobie do ćwiczeń.

      Usuń
    6. Obecnie nie mam żadnych, bo zwyczajnie go nie pamiętam. Ale nawet te 6+ lat temu nie robił na mnie wrażenia.

      Usuń
    7. Kiedyś był chyba chwalony w recenzji, więc myślałem, że sobie go przypomniałeś :)

      Usuń
    8. Napisałem w niej: Pod względem muzycznym znacznie ciekawsze są jednak dwa inne utwory: "Ruff Stuff" i "Two's Up". W pierwszym zaskakuje spokojny wstęp, po którym jednak wszystko wraca do ejsidisowej normy - jest zatem bardzo dynamicznie i przebojowo. Bardziej nietypowy jest drugi z nich, utrzymany w wolnym tempie i wyróżniający się wyjątkowo ciężkim, jak na ten zespół, riffem.

      W ogóle nie wracałem do tego albumu po napisaniu recenzji, a poznałem tuż przed tym. No i już nie zamierzam słuchać AC/DC, bo ta muzyka nie ma mi już nic do zaoferowania.

      Usuń
  5. Totalny chłam. ACDC to tylko z Bonem Scotem. Johnson śpiewa strasznie tandetnym głosem. Scott miał klimat a i sama muzyka mimo że była lżejsza to jednak miała pazura. Czasy z Johnsonem są już takie plastikowe.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.