12 września 2012

[Recenzja] AC/DC - "Back in Black" (1980)



Album "Back in Black" odniósł niewyobrażalny sukces. Do dziś sprzedało się ponad 50 milionów egzemplarzy tego wydawnictwa, co plasuje go na drugim miejscu najlepiej sprzedających się albumów wszech czasów i wszech gatunków. Jak to w ogóle możliwe w przypadku tak zwyczajnego albumu hardrockowego, który nawet w swoim gatunku jest dość przeciętny? W znacznym stopniu jest to z pewnością efekt niespodziewanej śmierci Bona Scotta, zaledwie pięć miesięcy przed premierą "Back in Black" (który zarejestrowano już bez jego udziału). Reszty dopełnił cholernie dobry marketing. To jedyne racjonalne wytłumaczenie.

Album cierpi na przypadłość wielu powszechnie uznawanych za klasyczne wydawnictw, które nie mają do zaoferowania wiele/nic (niepotrzebne skreślić), oprócz paru przebojów. Tytułowy "Back in Black" i łagodniejszy "You Shook Me All Night Long" wciąż są katowane do porzygu przez stacje radiowe, a wraz z "Shoot to Thrill" i "Hells Bells" stanowią stały punkt koncertów. To dobre utwory, choć nie ma w nich absolutnie niczego wyjątkowego, co wyróżniałoby je spośród setek innych prostych, rockowych przebojów. Podobny poziom prezentuje jeszcze "Let Me Put My Loving Into You" i ewentualnie "Have a Drink on Me". Reszta nagrań jest już zupełnie przeciętna, a szczyt kompletniej nijakości zostaje osiągnięty w finałowym "Rock 'n' Roll Ain't Noise Pollution".

W sumie pod względem muzycznym album prezentuje podobny poziom do "Let There Be Rock" i "Highway to Hell". co najwyżej brakuje jakiegoś urozmaicenia w postaci wolniejszego kawałka w bluesowym klimacie. Znacznie słabiej wypada jednak warstwa wokalna. O ile wysoki, skrzeczący głos Bona Scotta był naturalny, tak u jego następcy, Brian Johnson, śpiewanie w ten sposób jest wymuszone, a efekt brzmi bardzo infantylnie i irytująco, wręcz żałośnie. O ile w swojej poprzedniej grupie, Geordie, Johnson starał się zróżnicować swoje partie, tak w AC/DC śpiewa cały czas dokładnie tak samo, co na dłuższą metę jest bardzo męczące, zwłaszcza że w warstwie muzycznej też niewiele się dzieje.

Popularność "Back in Black" zdecydowanie wyprzedza jakość zawartej tutaj muzyki, wciąż jednak jest to jedno z bardziej udanych wydawnictw zespołu.

Ocena: 6/10



AC/DC - "Back in Black" (1980)

1. Hells Bells; 2. Shoot to Thrill; 3. What Do You Do for Money Honey; 4. Given the Dog a Bone; 5. Let Me Put My Loving Into You; 6. Back in Black; 7. You Shook Me All Night Long; 8. Have a Drink on Me; 9. Shake a Leg; 10. Rock 'n' Roll Ain't Noise Pollution

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara; Malcolm Young - gitara; Cliff Williams - bass; Phil Rudd - perkusja
Producent: Robert John "Mutt" Lange


17 komentarzy:

  1. Ta płyta to mój hymn piątkowych wypadów do pubu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zmienił się pan wokalista, ale większych zmian w muzyce nie ma. Otrzymujemy prostą kontynuację glamowo-stadionowego kierunku obranego na Highway to Hell, z jeszcze potężniejszym i niezwykle klarownym brzmieniem całości. Czyli znów jest niezwykle nośnie, ale i siarczyście. Daje się zauważyć jeszcze większą redukcję elementów blues-rockowych; jakieś resztki takiego stylu dostajemy w szybszym Shake a Leg i wolniejszym Rock'n Roll Ain't Noise Pollution. Poza tym mamy porywający hard rock, zarażający chwytilwą melodyką oraz riffowym uderzeniem. Shoot to Thrill to chyba kawałek najpełniej oddający to, czym wówczas był zespół. Zwraca uwagę zwolnienie i charakterystyczny motyw grany kciukiem przez Angusa, po czym doprowadza on do szalonego finału. You Shook Me All Night Long to chyba najbardziej przebojowy kawałek grupy w ogóle, a refren buja bardzo glamowo. Ostry hard rock nie dający się zaklasyfikować inaczej jako "typowy styl AC/DC" to What Do You Do for Money Honey i majestatycznie kroczący, oparty na genialnym w swej prostocie riffie Malcolma utwór tytułowy. Nieco uspokojenia (choć to nie ballada) przynosi Let Me Put My Love into You i wspomniany już, brzmiący nieco uroczyście Rock'n Roll Ain't Noise Pollution. Bez dwóch zdań - genialna płyta. 10/10

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Glamowy to był bardziej Led Zeppelin. ACDC to raczej hard rock/boogie/blues.

      Usuń
    2. Glamowy to był np. David Bowie w okresie Ziggy'ego Stardusta. Led Zeppelin z taką stylistyką nie ma absolutnie nic wspólnego.

      Usuń
    3. Na pewno bardziej niż ACDC, chociażby przez zniewieściały śpiew i wizerunek Roberta Planta.

      Usuń
    4. Mhm, w takim razie AC/DC gra pop punk, bo Brian Johnson ma dziecinny głos, a Angus Young infantylny image. Nie. Ani barwa głosu wokalisty (Plant był zresztą bardzo elastycznym wokalistą, śpiewającym w zróżnicowany sposób), ani tym bardziej image muzyków, nie odnoszą się do samej muzyki. Nie są to kryteria na podstawie których ustala się rodzaj wykonywanej muzyki.

      Usuń
    5. Zróżnicowany ale te jego piski oprócz samego piszczenia kończyły się tymi jego wzdychaniami tymu ał oł jakby ktoś go zapinał. Albo w Achilles aaa aaa jak urażona panienka a właśnie takie śpiewanie było potem w glamie. W tych czasach wielu śpiewało jak panienki chociażby Anderson z Yes ale bez tych pedalskich ohów i achów. Oczywiście stwierdzam tylko fakt bo sam lubię Zeppelin zwłaszcza jedynkę ale właśnie na niej nie ma jeszcze tych westchnień.

      Usuń
    6. A wizerunek w pewnych typach muzyki też ma znaczenie jak właśnie w glamie gdzie goście wyglądają i ubierają się jak kobiety a tak właśnie wyglądał ubierał się Plant. Na koncercie poświęconym Fredy Mercury już jako stary chłop miał na sobie damską bluzkę i damską apaszkę. Czyli styl glam rocka.

      Usuń
    7. Może i tak się ubierał, ale nie wpłynęło to na samą muzykę, która cały czas była typowym hard rockiem, początkowo z bluesowym zabarwieniem, później z elementami innych stylów, ale akurat nie glamu.

      Usuń
    8. Osoba z którą piszesz, jest zapewne fanką/eksfanką KISSu, więc sądzę, że dyskusja nie będzie miała merytorycznego charakteru.

      Usuń
  3. Świetna płyta, moim zdaniem najlepsza z dyskografii zespołu. Jednak cały czas zastanawia mnie jedna rzecz - czemu akurat ta płyta z całej historii rocka odniosła tak duży sukces komercyjny? Jasne, jest przebojowa i wpada w ucho, ale jednak ok. 50 mln egzemplarzy nie chodzi piechotą :) Być może to z powodu zainteresowania zespołem po śmierci Scotta. Masz jakieś pomysły?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, że to z powodu śmierci Scotta. O zespole zrobiło się wtedy bardzo głośno, wszystkie media zajmujące się muzyką zaczęły śledzić ich dalszą karierę i strach było otworzyć lodówkę, by nie zobaczyć reklam "Back in Black" ;) To bardzo przykre, że zespół zrobił karierę na śmierci jednego z muzyków. I cholernie niesprawiedliwe, że właśnie album z nowym wokalistą stał się takim hitem, a nie np. "Highway to Hell".

      Usuń
    2. W ogóle to AC/DC, mimo że popularne, to strasznie pechowy zespół. Bardziej chodzi mi o ostatnie lata i wszelkie tragedie i zdarzenia (jak choroba Malcolma czy problemy ze słuchem Briana), które spowodowały, że ze składu choćby "Back in Black" w zespole gra już tylko Angus. Choć Axl moim zdaniem nieźle sprawdził się w repertuarze AC/DC - nie jest to pierwszy lepszy wokalista :)

      Usuń
  4. :( no cóż smuteczek, ale raczej to kwestia gustu, bo dla mnie Brian jest numerem jeden z wokalistów ACDC (poszperaj to znajdziesz pierwsze nagranie "Can I sit next to You girl" z niejakim Dave Evansem na wokalu - ich pierwszym wokalistą, to jedyny utwór w jakim zaśpiewał)

    Infantylnie? Eee tam, gość się świetnie bawi i tyle. Wg mnie Bon Scott miał rozdeptany, trochę czarny głos i stosunkowo szybko mnie męczył. Kiedyś zdarzyło mi się nawet przesłuchać Back in Black 2 razy pod rząd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Evans zaśpiewał też w kawałku "Rockin' in the Parlour" - oba wydano na jednym singlu. Kiedyś je słyszałem, już nie pamiętam.

      Usuń
    2. No właśnie Scott miał w głosie zadzior. Johnson to darcie ryja.

      Usuń
  5. Nie zgodzę się z tą recenzją. ,,Back in Black'' to absolutny klasyk i najlepsza płyta w dorobku AC/DC. ( zaraz później jest Fly On The Wall). Gust gustami, ale uważam, że Brian Johnson ma o wiele bardziej charakterystyczny i lepszy, niepowtarzalny głos niż Bon Scott. A gitary Younga w Back in Black i Shake A Leg to arcydzieło. Miłego dnia :)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.