25 lipca 2012

[Recenzja] Scorpions - "Lonesome Crow" (1972)



Niemiecka grupa Scorpions kojarzona jest dziś przede wszystkim jako twórcy kiczowatych ballad i sztampowego hard rocka. Jakież musi być zdziwienie osób znających tylko takie wcielenie zespołu, gdy po raz pierwszy sięgają po debiutancki "Lonesome Crow". Zespół wykonywał wówczas zdecydowanie ciekawszą i bardziej ambitną muzykę. Niektórzy nawet zaliczają ten longplay do krautrocka - specyficznej, eksperymentalnej odmiany rocka progresywnego, granej głównie przez Niemców. Sam zespół odcinał się jednak od sceny krautrockowej. I słusznie, gdyż zawartej tutaj muzyce zdecydowanie bliżej do tego, co proponowali wykonawcy brytyjscy i amerykańscy. Słychać nawiązania i do tzw. wielkiej trójki hard rocka (Led Zeppelin, Black Sabbath, Deep Purple), i do blues rocka z okolic Ten Years After, a także odrobinę psychodelii i rocka progresywnego w wydaniu Pink Floyd. Takie to były czasy - muzycy mieszali ze sobą różne rodzaje muzyki, próbując z nich stworzyć własny styl, dzięki czemu ówczesna muzyka jest tak różnorodna i wspaniała. Oczywiście, "Lonesome Crow" jest o kilka lat spóźniony względem wspomnianych wykonawców. Nie wnosi też żadnych nowych elementów do rocka. Ale wszystkie zapożyczenia zostały całkiem zgrabne wymieszane, rzadko powodując jednoznaczne skojarzenia z konkretnym wykonawcą.

W chwili nagrywania swojego pierwszego albumu, Scorpions był zupełnie innym zespołem. Także pod względem personalnym. W nagraniu udział wzięli: wokalista Klaus Meine, bracia Rudolf i Michael Schenker na gitarach, basista Lothar Heimberg, a także perkusista Wolfgang Dziony. Trzej ostatni odeszli z grupy niedługo później (choć Michael wrócił na chwilę pod koniec lat 70.), pozostała dwójka występuje w niej do dzisiaj. Skład ten prezentował w tamtym czasie zupełnie inne podejście do grania. Zamiast nieskomplikowanych piosenek o konwencjonalnych strukturach, grał muzykę bardziej swobodną, o jakby jamowym charakterze, a tym samym mniej przewidywalną. Tutaj nie chodzi o łatwo wpadające w ucho melodie i motywy. Można polemizować, na ile wynikało to z tego, że zespół po prostu nie umiał wtedy takich tworzyć. Faktem jest natomiast, że zespół nigdy później nie miał tak dobrego warsztatu instrumentalnego. Znamienne, że najmniej zwracają tutaj uwagę rytmiczne partie gitary Rudolfa Schenkera, często obecne gdzieś na dalszym planie. Za to solowe partie Michaela i gra sekcji rytmicznej są na naprawdę dobrym poziomie. Aż trudno uwierzyć, że młodszy z braci Schenkerów grał później sztampowy hard rock z UFO i różnymi własnymi zespołami, a Heimberg i Dziony całkowicie zniknęli ze sceny muzycznej.  W porównaniu z późniejszymi albumami Scorpions, zwraca uwagę mniejsza ilość partii wokalnych. Meine śpiewa zwykle po kilka wersów, a w jego głosie słychać brak pewności siebie, co było zapewne spowodowane słabą znajomością języka angielskiego (na szczęście, nie zdecydował się na teksty po niemiecku).

Otwierający album "I'm Goin' Mad" jest swego rodzaju przedstawieniem muzyków: najpierw sama perkusja, do której stopniowo dołączają kolejne instrumenty, zaś partia wokalna - częściowo mówiona, częściowo wykrzyczana - pojawia się dopiero w drugiej połowie (wcześniej są jeszcze staromodne chórki). Muzycznie kojarzy się z wczesnym hard rockiem o lekko psychodelicznym zabarwieniu, trochę w stylu Deep Purple z lat 60. Warstwa instrumentalna jest naprawdę przyzwoita, ale wokalna już niezbyt udana. W energetycznym "It All Depends" krótka, bardziej tradycyjna i nieco lepsza, partia wokalna pojawia się prawie na samym początku, zaś reszta kawałka to instrumentalny jam, oparty na nieco funkowej rytmice, lecz zdominowany przez zadziorna gitarę. Przyjemny kawałek ale nic więcej. Najsłabiej na tle całości prezentuje się balladowy "Leave Me", w którym niewiele się dzieje, a staromodne chórki dodatkowo obniżają poziom. A potem, z każdym kolejnym utworem, jest już coraz ciekawiej. "In Search of the Peace of Mind", łączący łagodniejsze momenty z bardziej żywiołowym graniem, charakteryzuje się zupełnie nieprzewidywalną strukturą. Choć może nawet odrobinę za bardzo, bo brakuje w nim spójności. W "Inheritance" również sporo się dzieje, a poukładane jest to w bardziej logiczną całość. W końcu od lepszej strony pokazuje się Meine, śpiewający dużo pewniej. W kolejnym energetycznym utworze, "Action", zespół zbliża się do jazz-rocka za sprawą swingującej gry sekcji rytmicznej. Świetne podsumowanie całości stanowi trzynastominutowa kompozycja tytułowa, składająca się z trzech części, połączonych efektami dźwiękowymi kojarzącymi się z wczesnym Pink Floyd i jego eksperymentami z muzyka konkretną. Muzycy wspinają się tu na wyżyny swoich umiejętności, choć z drugiej strony można zarzucić im braki w warsztacie kompozytorskim - poszczególne części utwory wydają się zespolone na siłę, jakby zabrakło pomysłu na bardziej płynne połączenie.

Świetna gra instrumentalistów i niepopadające w hardrockową sztampę kompozycję, czynią debiutancki album Scorpions jego najbardziej udanym wydawnictwem. Warto też pochwalić produkcję Conny'ego Planka - pod względem brzmienia również jest to najlepszy album zespołu. Szkoda, że po jego wydaniu grupa się rozpadła, a po powrocie w znacznie zmienionym składzie nie zmieniła nazwy. Dziś szyld Scorpions kojarzy się z niemal wszystkim, co najgorsze w muzyce, żeby wspomnieć tylko o banale, kiczu i wtórności. Opinia, jaką zespół wyrobił sobie przez kolejne dekady sprawia, że wielu słuchaczy obawia się sięgnąć po "Lonesome Crow". Z drugiej strony, można też zaobserwować, że wiele osób przecenia jego wartość, porównując go z późniejszą twórczością Scorpions. Przy przyjęciu szerszej perspektywy okazuje się jednak, że zawarta tu muzyka jest spóźniona o kilka lat względem anglosaskiej, nie przynosi niczego nowego, a umiejętności muzyków - zwłaszcza kompozytorskie - pozostawiają trochę do życzenia. To po prostu dobry album.

Ocena: 7/10



Scorpions - "Lonesome Crow" (1972)

1. I'm Goin' Mad; 2. It All Depends; 3. Leave Me; 4. In Search of the Peace of Mind; 5. Inheritance; 6. Action; 7. Lonesome Crow

Skład: Klaus Meine - wokal; Michael Schenker - gitara; Rudolf Schenker - gitara; Lothar Heimberg - bass; Wolfgang Dziony - perkusja
Producent: Conny Plank


Po prawej: okładka brytyjskiej reedycji z 1982 roku.


31 komentarzy:

  1. Miło choć raz poczytać na tym blogu pochwały dla Michaela :) A tak bardziej serio, to rzeczywiście bardzo udana płyta -szczególnie jak na debiut. Pełna porywającego grania, różnorodna, świetnie wyprodukowana (uwypuklony bas) i zagrana. Solówki w "Leave Me", "I'm Goin' Mad" czy "Inheritance" to mistrzostwo świata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze powtarzałem, że na "Lonesome Crow" są najlepsze rzeczy, jakie zagrał Michael ;) A szczególnie w utworze tytułowym - pod koniec wygrywa najpiękniejsze dźwięki w swojej karierze.

      Paradoksalnie, o ile Scorpionsi dużo stracili na odejściu młodszego Schenkera, tak UFO chyba jeszcze więcej straciło na jego dołączeniu. "Flying" to przecież niesamowity album, prawdę mówiąc znacznie lepszy od "Lonesome Crow". Cholera, co tam się wyrabia - niekończące się psychodeliczno-bluesowe jamy o "kosmicznym" klimacie. Nie znam niczego podobnego, a sporo albumów przesłuchałem. A przecież ówczesny gitarzysta nawet nie umiał grać! Nadrabiał za to ogromną kreatywnością. Michael na pewno technicznie jest lepszy, choć na "Lonesome..." jego gra nie jest przecież doskonała. Ale też nadrabiał pomysłowością. Mogłoby się więc wydawać, że po połączeniu sił z gośćmi, którzy nagrali "Flying", stworzy coś równie niesamowitego. A tymczasem zaczęli grać najzwyklejszy, sztampowy hard rock. Nie mówię, że wszystko, co nagrali, jest słabe, bo nie jest. Taki "Strangers in the Night" to jedna z najlepszych rockowych koncertówek. Na studyjnych też są świetne momenty, jak np. mój ulubiony "Doctor Doctor". Ale nie ma w tym już magii, jaką mają "Flying" i "Lonesome Crow".

      Usuń
    2. Po znikomym sukcesie "Lonesome Crow" i "Flying" muzycy po prostu doszli do wniosku, że taka prostsza odmiana rocka lepiej trafi w gusta słuchaczy - czysto komercyjnie mieli rację (choć "Phenomenon" cenię nieco bardziej od "Flying", przepraszam :) ). To prawda, że na LC Schenker gra życiowe partie, ale w UFO też miał świetne popisy.

      A z UFO dużo bardziej niż "Doctor Doctor" lubię "Rock Bottom" w wersji studyjnej.

      Usuń
  2. Podobno Schenker spytany w wywiadzie o Lonesome Crow nie pamiętał że w ogóle Scorpions nagrał taką płytę albo przynajmniej się zgrywał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałem inną wersję. Podczas sesji zdjęciowej, bodajże w okresie "Eye II Eye", fotograf włączył ten album, a Schenker stwierdził, że fajna muzyka, tylko co to za zespół?

      Może muzycy powinni byli jednak więcej go słuchać, żeby nie zapomnieć, jak grać dobrą muzykę.

      Usuń
    2. Muzycy często w ogóle nie słuchają swoich płyt. Często nawet muzycy nie słuchają w ogóle muzyki ze swojego gatunku.

      Usuń
    3. Nie sądzę, żeby akurat Scorpionsi słuchali czegokolwiek spoza hard & heavy. Może współczesnego popu, sądząc po ich ostatnich dokonaniach.

      Usuń
    4. Chyba niniejszym (po poprawce In Rock) zaden album Deep Purple wydany przed Lonesome Crow nie jest lepszy od tego albumu.

      Usuń
    5. "In Rock" jest lepszy. "Fireball" i eponimiczny chyba też są lepsze. Problemem "Lonesome Crow" jest to, że niby fajnie tu grają, ale nie ma tu niczego oryginalnego, a przede wszystkim brakuje wyrazistości. Kompozycje są ledwo zarysowane, całość jest raczej spontaniczna, ale muzycy nie byli wystarczająco kreatywni na taki rodzaj grania. Dlatego też na kolejnych albumach Meine i Schenkerowie poszli w proste piosenki (skrót myślowy - chodzi nie tylko o późniejsze dokonania Scorpions ale też młodszego S.). Dlatego ocena "LC" jest jednak wciąż zawyżona.

      Usuń
    6. Właśnie puściłem kawałek tytułowy mojej Mamie, była zachwycona. Zespołu oczywiście nie odgadła. Potem jeszcze kawałek tytułowy z następnej płyty, też jej się podobał, ale już mniej.

      Jak przed chwilą powiedziała, nie wie dlaczego najbardziej podoba jej się muzyka z przełomu 60/70 i początków 70 skoro wtedy była małym dzieckiem.

      Usuń
    7. Po prostu powstało wtedy mnóstwo dobrej muzyki, która w znacznej części broni się do dziś.

      Usuń
    8. Zarazem mój ojciec określa wiele numerów z tamtych czasów jako "trącące myszką". I nie ma nic przeciwko eurodance. Ale z drugiej strony taki starszy rock i jazz leciał w domu gdzie wychowywała się moja Mama (patrz - winyle które kiedyś Ci wysłałem). Tylko tę całą muzykę narzucali dorośli oczywiście.

      Ale mam jeszcze jedną uwagę co do Lonesome Crow - przecież i Black Sabbath i Purple znałeś zanim napisałeś tę recenzje po raz pierwszy - czemu wtedy nie odniosłeś się do tego, że jest to album zapóźniony w stosunku do zachodu?

      Jakie płyty powinienem jeszcze poznać, żeby mieć bardziej wyważony stosunek do Lonesome Crow, bo póki co jest dla mnie lepszy i od In Rock i od całego Black Sabbath. Myślę, o początkach Wishbone Ash (nie słuchałem ich) i Lucifer's Freund.

      A co do In Rock - dużo bardziej podoba mi się Fireball, bo kiepski tam jest tylko jeden kawałek (w żadnym wypadku ten w stylu country, tylko ten ostatni, takie nie wiadomo co). Reszta jest ok - bez szaleństw, ale po prostu ok. A In Rock to tylko dwa utwory dobre, dwa czy jeden niezły i reszta do kasacji.

      Na Lonesome Crow sam utwór tytułowy sprawia, że "wielka trójka hard rocka" się chowa.

      Usuń
    9. Widocznie pisząc tę recenzję nie przeszkadzało mi jeszcze epigoństwo. W zeszłym roku, gdy poprawiałem teksty Scorpions, ten zostawiłem w praktycznie niezmienionej formie (choć chyba wtedy dodałem wzmianki o swingującym basie i muzyce konkretnej), ale widzę, że jednak przydałaby się tu nowa recenzja.

      Sądzę, że opinie o tym albumie często są zawyżane ze względu na to, co zespół robił później. Bo na tym tle faktycznie wypada bardzo dobrze. A i wydaje się lepszy, niż w rzeczywistości.

      BS, DP i LZ to punkt odniesienia do całego hard rocka. Inni wykonawcy po prostu czerpią z tej trójki w różnych proporcjach. Tak jest na "Lonesome Crow", na "Lucifer's Friend" i na tysiącach innych albumów (u Wishbone Ash niekoniecznie, bo ich muzyka znacznie wykracza poza hard rock, którego u nich jest niewiele). Więc nie wiem jak poznanie innych albumów miałoby zmienić stosunek. Ale i nie zamierzam Cię przekonywać na siłę, że "Lonesome Crow" nie jest najlepszym hard rockiem. Raczej ciekawi mnie, co takiego wyjątkowego tam słyszysz.

      Usuń
  3. Nie, kolejność jest odwrotna - nie tyle słyszę tutaj coś wyjątkowego, co w tamtych zespołach nie słyszę nic do zachwytu. Z tej całej hardrockowej hałastry sprzed Lonesome Crow największe wrażenie zrobił na mnie Fireball.

    a co słyszę w "Lonesome Crow":

    Wokalista wie kiedy przestać drzeć się jak zwierz, on w ogóle jak dla mnie bazuje bardziej na głosie niż na wrzasku. Podczas gdy nawet w spokojniejszych fragmentach tamci trzej mają problemy z powstrzymaniem się od darcia ryja.

    Ok, może ta płyta jest pewnym kolażem, ale jest to bardziej różnorodny kolaż niż tylko przeszczepienie hard rocka. Słychać tam i psychodelię (otwierający numer skojarzył mi się swoją drogą z The Doors) i próby grania progresywnego (nie widzę tam rozszerzenia granic rocka, ale nie są to chamskie riffowce). Plus nikt inny z trójki która była wzorcem nie nagrał czegoś takiego jak utwór tytułowy.

    Sekcja rytmiczna. Ma przestrzeń, słychać ich zdolności, robią coś więcej niż tylko bycie żywym metronomem.

    Nie zachwycam się tą płytą bezkrytycznie, w trakcie "Leave Me", w pewnym momencie miałem ochotę przełączyć dalej, ale 99% płyt które słucham cierpi na taką przypadłość.

    Plus ta płyta się wcale nie zestarzała. Nic nie brzmi tu pociesznie jak taśma znaleziona u dziadka na strychu, nie charcze jak Black Sabbath czy Purple z okresu przed Machine Head. No i właśnie wspomniany bas i perkusja. W Led Zeppelin był to dla mnie karton. Tu nie.

    Ode mnie w skali od 2 do 9 daję 7 (1 i 10 wystawiam na RYM tylko w skrajnych wypadkach)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem wygląda to tak, jakbyś po prostu tamtych niedostatecznie uważnie przesłuchał (na podstawie tego, co piszesz o wokalu czy grze sekcji rytmicznej). I jakbyś ich słuchał z jakiś kiepskich remasterów albo wykastrowanych plików cyfrowych. Nie mówię, że tego, za co chwalisz "Lonesome Crow" tam nie ma, ale ja to wszystko słyszałem w lepszym wydaniu u innych, na wcześniejszych wydawnictwach. Ale miałem Cię do niczego nie przekonywać. Ty mnie też nie przekonasz.

      Usuń
    2. Nie próbuję przekonywać. Co do tamtych płyt o których wspomniałem (poza Fireball) nie mam ochoty wracać - do tej jak najbardziej. Przesłuchałem wszystko na podstawie mp3 192 do 320 ale z głośników Creative Gigaworks T80, więc nie taka chujnia.

      Plantu i Gillianu cięzko trzymać głos na wodzy - Meineu nie.

      Usuń
    3. Odnoszę wrażenie, że on tu po prostu niezbyt pewnie śpiewa. Chyba nawet kiedyś czytałem, że nie znał wtedy za dobrze angielskiego i dlatego śpiewał w taki sposób, trzymając się na uboczu.

      Usuń
    4. a) w związku z tym chyba wszystkie inne albumy Scorpions zasługują na obniżkę oceny (chyba, że Taken by Force jest Twoim zdaniem albumem porównywalnym jakościowo do tego, ale ok, widzę że ma już 6)

      b) mogłem się nie wychylać z tyloma przemyśleniami na temat tego albumu, zostawiłbyś tamtą recenzję w spokoju, tutaj jakbyś starał się na siłę dodać łyżkę dziegciu do każdej pochwały ;)

      Usuń
    5. a) Sam już sobie odpowiedziałeś. Dałeś mi też do myślenia, czy "Love at First Sting" nie powinien mieć niższej oceny. Ale wtedy już rzeczywiście musiałby spaść też oceny pozostałych od "Lovedrive" w górę.

      b) To dobrze, że się wychyliłeś. Teraz recenzja jest pełniejsza, bardziej wyważona.

      Usuń
    6. Tylko czekać na jedynki dla 90% płyt Scorpions :)

      Usuń
  4. a) tak to nigdy się nie uwolnisz od tych Scorpionsów, ale jakościowe różnice między dwoma szóstkowymi albumami a tym są spore. Tam to de facto jest jeszcze więcej epigoństwa (zasługa psychofana Hendrixa) a granie jeszcze prostsze.

    b)teraz jeszcze bardziej się z nią nie zgadzam ;)
    Od momentu kiedy zacząłeś wytykać temu albumowi że jest to spóźniony kolaż anglosaskiego hardrocka, to mina mi coraz bardziej rzedła .

    co do a) - żeby moja opinia była tu pełniejsza muszę się bardziej zapoznać z Wishbone Ash, ale nawet po pierwszym z brzegu (a zarazem w kolejności) albumie słyszę podobieństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wpływ Wishone Ash jest słyszalny tylko na "Fly to the Rainbow", w tytułowym i "This Is My Song". Hendrixa słychać w każdej kompozycji Rotha.

      Usuń
  5. Prawdopodobnie gdyby nie późniejsze płyty, to w ogóle tego zespołu nikt by nie znał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ktoś by znał. W końcu jest wiele kultowych w pewnych kręgach zespołów jednej płyty, które w ogóle nie zaistniały w mainstreamie. Przykładowo Nosferatu lub Night Sun, jeśli chodzi o podobną muzykę nagraną w tamtym okresie przez Niemców.

      Usuń
    2. Ja to widzę tak - Lonesome Crow dla przeciętnego fana Scorpiasów może być za trudny, a ktoś szukający muzyki z wyższej półki nie sądzę by chciał się przekopywać do początków grupy która potem zleciała na psy.

      Usuń
    3. Pamiętam, że przez długi czas - liczony w latach - w ogóle nie chciałem nawet poznać tego albumu. A poznałem już wszystko późniejsze, od "Fly to the Rainbow" do "Unbreakable" lub nawet "Humanity: Hour I". Z debiutu znałem tylko pierwszy utwór, bo miałem go na składance. W końcu się zmusiłem, żeby go posłuchać i już przy pierwszym odsłuchu uznałem za najlepszy w dyskografii ;)

      Usuń
    4. A za to w moim wypadku jest to jedyny album Sc który słuchałem więcej niż raz. Chociaż w całości i tak słuchałem (czy raczej "słyszałem") oprócz tego tylko jeden.

      A I'm going Mad brzmi jak połączenie Break on Through i Whole Lotta Love (od tego drugiego jest wg mnie lepszy, bo nie ma tam sapania udającego orgazmy Planta)

      Usuń
    5. "I'm Goin' Mad" przez te chórki brzmi jakby był starzy od tamtych dwóch kawałków (odpowiednio z 1967 i 1969 roku). Zdecydowanie bardziej mi to przeszkadza, niż sapanie Planta. No i nie ma takiego czadu, ani tak charakterystycznego motywu.

      Swoją drogą ten kawałek Scorpions był przez długi czas najstarszym znanym mi nagraniem w ogóle (nie licząc jakiś przypadkiem usłyszanych w radiu). Zmieniło się to gdzieś po roku, gdy odkryłem Black Sabbath.

      Usuń
    6. W temacie wtórności "Lonesome Crow" warto jeszcze przywołać utwór "It's Happened Before, It'll Happen Again" grupy Taste (tej, w której grał Rory Gallagher) z 1970 roku. Gitara, sekcja rytmiczna - zupełnie jak później u Scorpionsów. Tylko ogólnie lepiej.

      Usuń
  6. Rozumiem, że ze Scorpionsów zostawiasz ten jeden album a reszta zlatuje? Ja ze Scorpionsów zostawiłbym właśnie ten album i może jeszcze "Virgin Killer", "Taken By Force" i "Lovedrive" jako zaczątki heavy metalu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zostaje wszystko, co aktualnie jest na stronie. Pozostałe recenzje były poprawiane w zeszłym roku.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.