[Recenzja] Pink Floyd - "The Wall" (1979)
Najbardziej znane dzieło Pink Floyd zaraz po "Dark Side of the Moon". Najsłynniejsza rock opera. Najlepiej sprzedający się dwupłytowy album w historii muzyki. "The Wall" jest bez wątpienia ważnym wydawnictwem. Ale też nieco przecenianym. Pod względem muzycznym jest to po prostu zbiór zwyczajnych rockowych piosenek. A warstwa tekstowa - często uznawana za główny atut tego wydawnictwa - to typowy przerost formy nad treścią. Poniekąd autobiograficzna historia napisana przez Rogera Watersa - opowiadająca o muzyku, który przez traumy z dzieciństwa i niepowodzenia w dorosłym życiu, zaczyna budować wokół siebie metaforyczny mur - to raczej temat na jeden utwór, niż cały dwupłytowy album. Waters nie byłby jednak sobą, gdyby przez kilka utworów nie wyżalał się na swoje dzieciństwo bez ojca (który zginął podczas II wojny światowej), a przez pozostałe nie krytykował przemysłu muzycznego i całego otaczającego go świata.
"The Wall" balansuje na granicy bycia albumem Pink Floyd, a solowym projektem Watersa. Nie tylko napisał on wszystkie teksty, ale także zdecydowaną większość muzyki (jedynie do "Comfortably Numb", "Run Like Hell" i "Young Lust" muzykę stworzył David Gilmour, a do "The Trial" - producent Bob Ezrin). Rola pozostałych członków zespołu właściwie sprowadza się do bycia muzykami sesyjnymi - do przyjścia do studia, zagrania przygotowanych partii i powrotu do innych zajęć. Jedynie Gilmour był na tyle uparty, że pozwolono mu czuwać nad ostatecznym kształtem albumu. Nalegał na to Ezrin, który także wpłynął na zmianę kilku koncepcji Rogera. Rick Wright dla odmiany w ogóle nie wykazywał zainteresowania, za co został usunięty z zespołu (na trasie występował jako gość). W nagraniach wzięło udział wielu dodatkowych muzyków, co tylko potęguje wrażenie, że Pink Floyd przestał być prawdziwym zespołem. Przykładowo w uroczej miniaturce "Is There Anybody There?" partie gitary wykonał Joe DiBlasi, a w "Mother" na perkusji zagrał Jeff Porcaro, ponieważ Gilmour i Nick Mason mieli problem z wykonaniem tych fragmentów. Udział Wrighta ograniczył się z kolei tylko do kilku utworów.
Spójność albumu w warstwie muzycznej została osiągnięta na proste, lecz skuteczne sposoby - poprzez powtarzanie tych samych motywów w różnych utworach, a także dzięki umieszczeniu trzech różnych części utworu "Another Brick in the Wall" i dwóch nieznacznie się różniących wersji "In the Flesh". Pomimo tych zabiegów, "The Wall" przypomina raczej zwykły zbiór zróżnicowanych, ale zwykle piosenkowych utworów. I chyba byłoby jednak lepiej, gdyby zespół poszedł tu właśnie w takim kierunku - nagrał po prostu parę fajnych, melodyjnych kawałków, których nie łączyłaby pretensjonalna warstwa tekstowa. Zresztą większość utworów doskonale broni się poza kontekstem całości. Jak wręcz taneczne, oparte na funkowych rytmach "Run Like Hell" i "Another Brick in the Wall (Part II)" (ten drugi był pomyślany jako ballada, ale Ezrin zaproponował żywszą aranżację - wysłał nawet niechętnego Gilmoura do klubu disco, by nasiąknął tym klimatem). Albo przepiękne "Comfortably Numb" - z fantastyczną gitarową solówką na zakończenie - i przejmujące "Hey You". Dotyczy to także mniej znanych utworów, jak np. klimatyczny "Goodbye Blue Sky", minimalistyczny "Goodbye Cruel World", czy zwariowany "The Trial". Intrygująco wypełniają natomiast pełniące rolę interludiów "The Happiest Days of Our Lives" i "Empty Spaces". Niestety, są tu również mniej ciekawe fragmenty, jak np. nużące ballady "Mother" i "Nobody Home", czy sztampowy "Young Lust", nawiązujący do najbardziej komercyjnej odmiany hard rocka (Ezrin współpracował wcześniej z Alice'em Cooperem, może dlatego coś takiego się tu znalazło). Jest też okropna miniaturka "Bring the Boys Back Home".
"The Wall" zdecydowanie nie jest arcydziełem, na jaki ten album jest często kreowany. To po prostu przyjemny zestaw utworów, z których spora część jest naprawdę wspaniała lub po prostu udana (włącznie z ogranym "Another Brick in the Wall (Part II)" - największym przebojem grupy), ale zdarzają się też zwykłe niewypały, czego nie sposób było uniknąć na tak długim albumie.
"The Wall" balansuje na granicy bycia albumem Pink Floyd, a solowym projektem Watersa. Nie tylko napisał on wszystkie teksty, ale także zdecydowaną większość muzyki (jedynie do "Comfortably Numb", "Run Like Hell" i "Young Lust" muzykę stworzył David Gilmour, a do "The Trial" - producent Bob Ezrin). Rola pozostałych członków zespołu właściwie sprowadza się do bycia muzykami sesyjnymi - do przyjścia do studia, zagrania przygotowanych partii i powrotu do innych zajęć. Jedynie Gilmour był na tyle uparty, że pozwolono mu czuwać nad ostatecznym kształtem albumu. Nalegał na to Ezrin, który także wpłynął na zmianę kilku koncepcji Rogera. Rick Wright dla odmiany w ogóle nie wykazywał zainteresowania, za co został usunięty z zespołu (na trasie występował jako gość). W nagraniach wzięło udział wielu dodatkowych muzyków, co tylko potęguje wrażenie, że Pink Floyd przestał być prawdziwym zespołem. Przykładowo w uroczej miniaturce "Is There Anybody There?" partie gitary wykonał Joe DiBlasi, a w "Mother" na perkusji zagrał Jeff Porcaro, ponieważ Gilmour i Nick Mason mieli problem z wykonaniem tych fragmentów. Udział Wrighta ograniczył się z kolei tylko do kilku utworów.
Spójność albumu w warstwie muzycznej została osiągnięta na proste, lecz skuteczne sposoby - poprzez powtarzanie tych samych motywów w różnych utworach, a także dzięki umieszczeniu trzech różnych części utworu "Another Brick in the Wall" i dwóch nieznacznie się różniących wersji "In the Flesh". Pomimo tych zabiegów, "The Wall" przypomina raczej zwykły zbiór zróżnicowanych, ale zwykle piosenkowych utworów. I chyba byłoby jednak lepiej, gdyby zespół poszedł tu właśnie w takim kierunku - nagrał po prostu parę fajnych, melodyjnych kawałków, których nie łączyłaby pretensjonalna warstwa tekstowa. Zresztą większość utworów doskonale broni się poza kontekstem całości. Jak wręcz taneczne, oparte na funkowych rytmach "Run Like Hell" i "Another Brick in the Wall (Part II)" (ten drugi był pomyślany jako ballada, ale Ezrin zaproponował żywszą aranżację - wysłał nawet niechętnego Gilmoura do klubu disco, by nasiąknął tym klimatem). Albo przepiękne "Comfortably Numb" - z fantastyczną gitarową solówką na zakończenie - i przejmujące "Hey You". Dotyczy to także mniej znanych utworów, jak np. klimatyczny "Goodbye Blue Sky", minimalistyczny "Goodbye Cruel World", czy zwariowany "The Trial". Intrygująco wypełniają natomiast pełniące rolę interludiów "The Happiest Days of Our Lives" i "Empty Spaces". Niestety, są tu również mniej ciekawe fragmenty, jak np. nużące ballady "Mother" i "Nobody Home", czy sztampowy "Young Lust", nawiązujący do najbardziej komercyjnej odmiany hard rocka (Ezrin współpracował wcześniej z Alice'em Cooperem, może dlatego coś takiego się tu znalazło). Jest też okropna miniaturka "Bring the Boys Back Home".
"The Wall" zdecydowanie nie jest arcydziełem, na jaki ten album jest często kreowany. To po prostu przyjemny zestaw utworów, z których spora część jest naprawdę wspaniała lub po prostu udana (włącznie z ogranym "Another Brick in the Wall (Part II)" - największym przebojem grupy), ale zdarzają się też zwykłe niewypały, czego nie sposób było uniknąć na tak długim albumie.
Ocena: 8/10
Pink Floyd - "The Wall" (1979)
LP1: 1. In the Flesh?; 2. The Thin Ice; 3. Another Brick In the Wall (Part I); 4. The Happiest Days of Our Lives; 5. Another Brick In the Wall (Part II); 6. Mother; 7. Goodbye Blue Sky; 8. Empty Spaces; 9. Young Lust; 10. One of My Turns; 11. Don’t Leave Me Now, 12. Another Brick In the Wall (Part III); 13. Goodbye Cruel World
LP2: 1. Hey You; 2. Is There Anybody Out There?; 3. Nobody Home; 4. Vera; 5. Bring the Boys Back Home; 6. Comfortably Numb; 7. The Show Must Go On; 8. In the Flesh; 9. Run Like Hell; 10. Waiting for the Worms; 11. Stop; 12. The Trial; 13. Outside the Wall
Skład: Roger Waters - wokal, gitara basowa, gitara; David Gilmour - gitara, gitara basowa, syntezatory, wokal; Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Fred Mandel - organy (LP1: 1. LP2: 8); Bruce Johnston - dodatkowy wokal (LP1: 1, LP2: 7,8,10); James Guthrie - instr. perkusyjne (LP1: 4, LP2: 9), instr. klawiszowe (LP1: 8, LP2: 8); uczniowie Islington Green School - wokal (LP1: 5); Bob Ezrin - instr. klawiszowe (LP1: 6,10, LP2: 2,3,7,8,10); Jeff Porcaro - perkusja (LP1: 6), werbel (LP2: 5); Harry Waters - głos (LP1: 7); Lee Ritenour - gitara (LP1: 10, LP2: 6); Trudy Young - głos (LP1: 10); Joe DiBlasi - gitara (LP2: 2); Michael Kamen - aranżacja instr. smyczkowych (LP2: 2,6); New York Symphony Orchestra - instr. smyczkowe (LP2: 3-5,12); New York Opera - chór (LP2: 5); Bobbye Hall - instr. perkusyjne (LP2: 9); Frank Marrocco - koncertyna (LP2: 13); Larry Williams - klarnet (LP2: 13); Trevor Veitch - mandolina (LP2: 13)
Producent: Bob Ezrin, Roger Waters, David Gilmour, James Guthrie


"...to raczej temat na jeden utwór, niż cały dwupłytowy album." A możesz wyjaśnić dlaczego? Moim zdaniem to całkiem ciekawy koncept na całą płytę, który może wybrzmieć w kilkunastu lub więcej kompozycjach.
OdpowiedzUsuńBo to przerost formy nad treścią. Zbyt pretensjonalna oprawa na tak banalny temat i prostą historię. To samo mogę powiedzieć o innych operach rockowych, choć na wielu z nich trudno znaleźć coś równie nadętego, jak "Bring the Boys Back Home".
UsuńTen materiał broniłby się o wiele lepiej, jako pojedynczy album z niepowiązanymi między sobą utworami, lub coś w stylu "Dark Side of the Moon" - spójna tematyka tekstów, ale bez żadnej przewijającej się przez nie historii.
Nie rozumiem zachwytu The Wall. Przecież to pop. Te jęki w Thin Ice "o babe" albo te keyboardy w Comfortably Numb które brzmią jak w popwej pioseneczce radia zet puszczanej w święta. I te ogólne ckliwe jęki na całym The Wall. Jednak Wish You Were Here i Animals wymiatają. Dark Side już bardziej komercyjny ale ok no i te dwie suity Atom i Echoes.
OdpowiedzUsuńZgadza się - rock to odmiana muzyki popularnej.
UsuńTak jak płyta Meddle otworzyła dojrzałe oblicze zespołu i serię arcydzieł tak płyta The Wall ją zamknęła i otworzyła nowy rozdział, prawdziwie wojenny jeśli chodzi o sądowe batalie do praw nazwy "Pink Floyd". Tak jak pierwsza płyta była dziełem Syda Barrett'a tak The Wall to dzieło Waters'a. Owszem zachłysnąłem się tą płytą pewnego czasu, bardzo mi się podobał ten rozmach rockowej opery... Ale dopiero później doszło do mnie że to tylko zbiór dobrych piosenek a nie Arcydzieło coś jak biały album Bitelsów daje dobre 8/10 chociaż ograny do granic "Another Brick In the Wall (Part II)" dał jeszcze większy rozgłos zespołowi to pomijam go tak jak "Smells Like Teen Spirit" Nirvany równie obrzydliwie ograny.
OdpowiedzUsuńA ja mimo że kiedyś nie lubiłem The Wall to jednak się przekonałem. Co prawda wśród 6 płyt od Atom do Wall to The Wall uważam za najsłabszą ale bardzo lubie jej atmosferę. Muzycznie rzeczywiście nie wymiata ale jak mam zły humor to własnie często słucham The Wall która ma takie delikatne, eleganckie, spokojne i kojące brzmienie. Same kompozycje są rzeczywiście słabsze niż na 5 poprzednich płytach.
OdpowiedzUsuńHmm..... cała ta historia o Pinku pogrążonym we własnym wewnętrznym świecie a gluchym i ślepym na świat realny. I jeszcze próba samobójczą. Porównanie frontmana rockowego do hitlera- to o Bowiem i jego Ziggym i całej histerii ktoś napisał "to jest cholerny Hitler!". Pierwsza i trzecią część muzycznie dobre- jeśli dzielić album na strony płyt analogowych. Trzecia chyba najbardziej pinkfloydowa choc nagle od czapy pojawia się Vera Lynn. Zakończenie z operetkowym The Trial jeszcze bardziej od czapy i pretensjonalne. Natomiast bardzo trafny acz zaskakujący klimat disco utworu Another Brick part 2 z jedną z najlepszych solówek Gilmoura. Całość jest ciężka i smutna bez zadumy czy melancholii jak na Dark Side czy Wish. Tamte dwie oceniam znacznie wyżej.
OdpowiedzUsuńDla mnie arcydzieło, poruszające, wstrząsajace w moim odbiorze niezmiennie od lat dzieciństwa lat 80., gdy tę płytę słuchałem. Dzieło z tego zadziwiajacego tchnienia twórczego, które kazało zespołowi i Watersowi od "Dark Side..." przez "Wish You..." po właśnie "The Wall", że się tak wyrażę "stawiać nuty dokładnie tam, gdzie powinny być". Ten zespół, instrumentalnie nie tak błyskotliwy jak np. Mahavishnu Orchestra potrafił jednak sięgnąć do samego serca sluchacza, odrzucając przy tym wszelkie zbędne dźwięki i odsuwając nawet problem nieposiadania przez PF dobrego wokalisty. Trzeba dodac też istotną rolę studia nagraniowego, producenta, to tam była pracownia odrzucania zbędnych nut lub celowania nimi, niby rzutkami, w samo centrum tarczy, w tym też chyba PF wyprzedził epokę.
OdpowiedzUsuńTak jak jest tajemnica Marka Grechuty, ktory nie epatował całą gamą srodkow wokalnych, a wciągał w swój swiat i oczarowywał swoim "minimalizmem wokalnym", tak jest tajemnica np.solowek czy akompaniamentów gitary Gilmoura, ktory nie byl Satrianim czy St.Ray Vaughanem, a jednak jego sola pozostawiają słuchaczy bez tchu.
Wg mnie Pink Floyd także tym z trzech wymienionych albumów poruszył serca melomanów rocka i nawet innych gatunków wyjątkowo głęboko. Bylem na koncercie Gilmoura w Stoczni Gdanskiej w 2006 i na własne oczy widziałem, jak niby ta mocno studyjna muzyka działa w realu JACY LUDZIE jej sluchają a także w jaki sposób. Mialem wrażenie, że jestem w filharmonii rockowej, tak inteligentne twarze zwrocone tam były ku scenie, doswiadczyłem też jak niby tak mocno wsparta na studiu muzyka obezwladnia swoim pieknem na wielkich przestrzeniach Stoczni, bez cyzelowania mikserami.
Płyta z pomnikowymi utworami, bez ktorych nie rozumie się rocka, z może czasem zbyt afektowanymi tekstami, ale pozostającymi z dala od tematu d..y Maryni czy d..y diabła, ulubionego tematu różnych mniej utalentowanych zespołów, epatujących perwersyjną ikonografią i tematyką.
Tak szczerze, to strasznie emfatycznie brzmią choćby te fragmenty o „poruszaniu serc”. W ten sposób można dowodzić wielkości każdej muzyki, która jest popularna, tylko że to zupełnie niemerytoryczna i niewymierna argumentacja. No i naprawdę nie ma co robić inteligencji z całej publiczności Gilmoura w Stoczni Gdańskiej, gdzie już ze względu na charakter wydarzenia publiczność była bardzo różnorodna i w dużej cześci przypadkowa. Nie mówiąc już o tym, że atutem Pink Floyd jest właśnie to, iż trafia do bardzo różnych słuchaczy: i do dzieciaków dopiero zaczynających słuchać muzyki (np. ja wtedy), jak i tych już zdecydowanie bardziej zaawansowanych. Nie ma to nic wspólnego z inteligencją odbiorcy, a wiele z uniwersalnym charakterem muzyki.
UsuńW takim skrotowym tekście trudno szerzej pisać, operuje się pewnymi symbolami. Opiszę inaczej publiczność: ona ZACHOWYWAŁA się inteligentnie, bo taka była muzyka. Niestety, muzyka rockowa potrafi doprowadzac do czegos w rodzaju transu, agresji, zapomnienia, widywalem to na pewnych koncertach - ta, ze Stoczni, w ponad połowie z repertuaru PF mimo uniesień emocjonalnych publiczności sprowadzała nad zebranymi jakby kopułę skupienia, trochę to widać na rejestracji DVD, schodziła w rejon mniej emocjonalny umysłu, bardziej rozumowy, świadomy. Przy okazji przypomnę, są co najmniej dwie definicje inteligencji, z grubsza biorąc: amerykańska i europejska; przestrzegam przed wybieraniem tej pojmowanej liczbowo, jako umiejetność dokonywania kombinacji, przeszukiwania szuflad z wiedzą. Podsumowując: publiczność wyglądała i zachowywała się inteligentnie, bo te cechy mądrości, analizy, myślenia wywoływała z niej muzyka Gilmoura i PF.
Usuń● Po drugie, mogę opisywać tę muzykę z wspomnianych doskonałych 3 płyt inaczej: czerpie ona z szerokiej fali wrażliwości, z różnych gatunków, dzis w "Us and them" usłyszałem strukturę gitarowo-perkusyjno-basowo-klawiszową jakby jazzową, to wraca w utworach PF, pojawia sie pewien rozkołys, quasi swing, pewnie to też wpływ bluesa, są improwizacje gitarowe, to także dlatego ta muzyka od 50 lat nie nuży; dalej: jej brzmienie, poza wyjątkami, ocalało mimo upływu czasu, odbierane jest jako nowoczesne, to też zasługa fenomenalnej produkcji studyjnej, jest uniwersalne, nie kojarzy się ściśle z zamkniętym okresem rozwoju rocka jak np.glam rock, punk rock, a wyjątek od tej reguły, jak zbyt "techniczne" brzmienie elektronicznych instrumentów Wrighta używanych barwowo, jako jednolite "płaszczyzny dźwięku" na płycie "Wish You Were Here" paradoksalnie potwierdzają genialnośc muzyki, bo to tak jak w malarstwie, bywają fragmenty wykonane przez ucznia mistrza, niedorobione lub z błędem, ale są częścią arcydzieła.
●Arcydzielność? Ktoś mnie dociśnie: no dobrze, ale gdzie dowody na nią? Trochę ich wyliczałem, spróbuję i tak: kilka ich płyt urwało się czasowi, są nadal kupowane; ta muzyka porusza głębsze sfery w człowieku, nie krąży wokół zabawy, wywołuje "złożone stany psychiczne odbiorcy,", że tak się wyrażę, podobne to do SBB, zawsze ta grupa mi się z PF kojarzy; dalej: wspomniane płyty to nieustanny wyścig świeżych, kreatywnych pomysłów harmonicznych, melodycznych, brzmieniowych, aranżacyjnych (piszę to jako słuchacz muzyki współczesnej poważnej, np. sonorystycznej Pendereckiego z lat 60.), rzadko cokolwiek ociera się o banał, a banał zdarza się np. jako 6-dźwiękowe, jakby hymniczne podsumowanie frazy w utworze "Shine o.y.c.d.1", ono jest przewidywalne i zbyt proste, ale ileż innych pomysłów z tych 3 płyt i iluś utworow z pozostałych albumów Pink Floyd jest nieoczywistych, do dziś nie nuży mimo uplywu czasu i kopiowań dokonań Pink Floyd w mnóstwie płyt innych wykonawców.
●Trudno zrobic wiwisekcję arcydzieł, ostatecznie to wpływ tej muzyki na innych i jej żywotność dowodzi jej genialności. Poprzednio pisałem: "odrzucili zbędne nuty" - to nieustanne moje odczucie przy słuchaniu kilku płyt PF, że nie ma tam waty muzycznej i banału, jest efekt perfekcyjnej selekcji. Niestety na późniejszych płytach, np.w "Final Cut" pojawia się coś nieświeżego, powtarzanie własnej (Watersa raczej) maniery...
Jeżeli zachowywanie się publiczności adekwatnie do charakteru muzyki, czyli np. słuchanie w skupieniu Gilmoura, ma świadczyć o jej inteligencji - w jakimś stopniu tak na pewno jest - no to coś w rodzaju transu, agresji, zapomnienia na koncertach z inną muzyką, w przypadku której takie akurat zachowania są adekwatne, też świadczą o inteligencji.
Usuńpubliczność wyglądała i zachowywała się inteligentnie, bo te cechy mądrości, analizy, myślenia wywoływała z niej muzyka Gilmoura i PF.
O, nawet byłeś w głowach innych uczestników, że wiesz jakie to głębokie procesy myślowe zachodziły w ich umysłach. Kto wie, może nawet ktoś wymyślił szczepionkę na raka podczas solówki "Comfortably Numb".
Nie no, strasznie nadęte są te twierdzenia - i sposób ich przedstawiania - o pobudzającym do myślenia charakterze muzyki Pink Floyd. To po prostu bardzo przystępne granie, które jest w stanie silnie oddziaływać emocjonalnie na stosunkowo dużej grupie.
● Świadomośc tego, co tam się działo wspiera się na rozleglejszym doświadczeniu. Rozmawiałem ze słuchaczami na koncercie, WIDZIAŁEM, jak reagują i jak słuchają. Wielu artystów rozpoznaje słuchaczy po sposobie zachowania, słuchania, aplauzie lub jego braku w określonych momentach (por. zawarta w którymś filmie o nim irytacja Ph.Collinsa na koncercie przy jego wymagającej uwagi piosence "If leaving me is easy", gdy hałasowano), po mowie ciała, po tym co robią i tym, czego nie robią. Czytałem wywiady, np.Kaczkowskiego, gdzie można znaleźć opowieści o tym wybitnych artystów. Przyjechałem z mojego odległego miasta na koncert w Stoczni z młodszymi ode mnie o ok.15 lat dwudziestolatkami poznanymi niewiele wcześniej, przed wyjazdem, myślałem, że trudno będzie nam się porozumieć i okazało się, że połączyła nas ta platforma Pink Floyd, a materią dyskusji nie było, ile dali czadu, nie perwersyjne treści piosenek (u PF raczej takich nie ma) i nie gesty, nie subkultura, nie rogi zrobione z palców i alkohol pity po koncercie (tego nie było), lecz teksty (lekko kontestowałem protest-song o szkole, oni bronili, mądrze to robili), lecz omawianie emocji, objawianych w znaczących momentach... były żywe u moich kolegów, gdy np. zaczęto grać "Astronomy Domine" i "Echoes" - utwory wymagające INTELIGENCJI, muzycznej wrażliwości i szukania tego, czego nie ma w "fizjologicznym" pobudzaniu właściwym prostym odmianom muzyki popularnej. Pamiętam, że wyraziłem wątpliwości wobec tekstu "Comfortably Numb", ale doszliśmy do wniosku, że trzeba rozumieć pochwałę uspokojenia po zastrzyku nie w stylu typowych dla muzyki rockowej kontekstów (dziś raczej dla hip-hopowej, gdzie jawnie się mówi o luzowaniu się pewnymi środkami), lecz w konteście losów Pinka. W ogóle byłem zaskoczony "wyskalowaniem" wrażliwości ludzi nie na "łupu-łupu", lecz na barwy dźwięku, spowolnienia, wyciszenia (brak oznak zniecierpliwienia), na skomplikowane przebiegi gry gitarowej Gilmoure'a (jego solowy repertuar dawał mu do tego większe możliwości). Phil Collins orzekłby, widząc taki odbiór, że zaprasza te 50 czy 100 tys. słuchaczy na jego "If leaving me is easy"! Wołał we wspomnianym filmie cos w rodzaju (cytuję sens jego słów, niedokładnie): "Poczekajcie, czy przyszliście posłuchać tego, co mam zagrać, czy tylko by tu być?"
UsuńOto dlaczego chwaliłem odbior słuchaczy tej muzyki i dlaczego samą muzykę chwaliłem, bo muzyka przyciąga takich słuchaczy, na jakich zasługuje.
● Podsumowanie "The Wall": dużo muzyki jakby ilustracyjnej, ale kumulującej uwagę, by za chwilę, bez poczucia PAUZOWOŚCI, tylko klimatycznego przerywnika, przejśc do przejmujących, mających pewien patos, rockowych i nie pretensjonalnych utworów-gigantów słuchanych nie dla czystej, płytkiej rozrywki od 45 lat, czyli chyba odlanych w (nierdzewiejącym) złocie, jak "Hey You", "Comfortably Numb", "Another Brick...2". Zawsze zadziwiała mnie "matematyka" ich muzyki z płyt koncepcyjnych: gdy przychodził utwór jakby wprowadzający czy przeprowadzający do skonstruowanego jak typowa piosenka utworu, to nie był odbierany jak przerywnik, zbyt lekka struktura - kocha się "Dark Side...", "Wish You..." i "The Wall" jak żonę, w całości, nierozerwalnie, bo też ma odpowiednio wyliczoną wagę, znaczenie elementów, nasycona jest treścią muzyczną tak, że raczej nie ma sie chęci przesunięcia muzyki szybciej, do utworu-gigantu, wszystko tam ma swoje miejsce i sens, a i mniej znaczące utwory są ciekawe (np.wg mnie "Mother").
Ostatnia część poprzedniego tekstu - już na tym kończę recenzowanie:
Usuń● Kolejna ważna cecha "The Wall" - pozostawanie jakby w strefie pewnego pastiszu czy nawet delikatnej parodii, w obrębie jakby cudzysłowu (lubiłem za to Maanam, Kora by była koszmarna w odbiorze, gdyby śpiewała poważnie, z dramatycznym patosem np."Kreona"). Waters nawet w pewnym momencie, chyba w "Don't leave me now" śpiewa fałszując, ale ma to wyrażać emocje, nie jest to wg mnie błąd; wchodząca też przy końcu jakby klasyczna operowość jest dla mnie puszczeniem oka i pastiszem, broniącym się na tej płycie. Kolejna ważna cecha The Wall i kilku innych ich płyt: powaga tekstów, poważne tematy (czasem, owszem, można dyskutować czy wszystko dobrze jest napisane), teksty te z talentem zespolono z muzyką, potrafili muzycy uczynić z warstw muzycznej, aranżacyjnej i tekstowej spójne piosenki a nawet ...pieśni. Korzystnie tym się wyróżniali na zbyt gęstym i trwałym tle banału muzyki popularnej.
Niestety, im większy wpływ Watersa kosztem reszty zespołu, tym bardziej cierpi muzyka. Co udało się na Animals, na Ścianie już nie wyszło. Efektem jest bombastyczność, przerost formy nad treścią i wiele zwyczajnie nijakich albo tandetnych piosenkach. Pamiętam, że gdy lata temu usłyszałem ten album po raz pierwszy to już wtedy zdziwiły mnie jęki Watersa na "The Thin Ice" - gdzie ten majestatyczny wokal Gilmoura? Oczywiście są mocne momenty, jak "Comfortably Numb", "Run Like Hell", wszystkie części "Another Brick in the Wall", obie części "In The Flesh", "Hey You", "Waiting for the Worms", "The Trial", "Young Lust" i może jeszcze dwa, trzy utwory. Myślę, że spokojnie dało się z tego wykroić jednopłytowy album.
OdpowiedzUsuńTak, bardzo mało jest albumów, do których tak dobrze pasuje zarzut o przeroście formy (monumentalna, dwupłytowa rock opera) nad treścią (proste, konwencjonalne piosenki). Z tego materiału dałoby się zrobić świetną płytę w stylu "Obscured by Clouds", czyli po prostu zbiór niepowiązanych ze sobą piosenek. Miałbym tylko nieco inne typy utworów do zostawienia.
UsuńA tak swoją drogą, to zawsze było mi trudno zrozumieć, dlaczego przy takim nadmiarze materiału, w wersji płytowej pominięto obecny w filmie "What Shall We Do Now" (nie przekonuje mnie argument wyrównania długości stron płyt winylowych). Cała sekwencja "Goodbye Blue Sky" - "Empty Spaces" - "What Shall We Do Now" to jeden z kulminacyjnych momentów filmu. Natomiast na płycie napięcie budowane w "Empty Spaces" zamiast wybuchnąć w "What Shall We Do Now", kompletnie siada w sztampowym hard rocku "Young Lust". I ten ostatni akurat chętnie bym odrzucił.
Nie mogę słuchać od dekad tego albumu. Co dziwne, w liceum to była moja ulubiona płyta PF. Ale potem posłuchałem tego i owego i The Wall pokazał się w innym świetle: jako przegadana (szkolnymi tekstami), długaśna papka w okropnym zimnym sosie orkiestrowym i ze śmiesznym patosem, który tą właśnie licealną płytę spowija
OdpowiedzUsuń