28 czerwca 2012

[Recenzja] Pink Floyd - "The Wall" (1979)



Najbardziej znane dzieło Pink Floyd zaraz po "Dark Side of the Moon". Najsłynniejsza rock opera. Najlepiej sprzedający się dwupłytowy album w historii muzyki. "The Wall" jest bez wątpienia ważnym wydawnictwem. Ale też nieco przecenianym. Pod względem muzycznym jest to po prostu zbiór zwyczajnych rockowych piosenek. A warstwa tekstowa - często uznawana za główny atut tego wydawnictwa - to typowy przerost formy nad treścią. Poniekąd autobiograficzna historia napisana przez Rogera Watersa - opowiadająca o muzyku, który przez traumy z dzieciństwa i niepowodzenia w dorosłym życiu, zaczyna budować wokół siebie metaforyczny mur - to raczej temat na jeden utwór, niż cały dwupłytowy album. Waters nie byłby jednak sobą, gdyby przez kilka utworów nie wyżalał się na swoje dzieciństwo bez ojca (który zginął podczas II wojny światowej), a przez pozostałe nie krytykował przemysłu muzycznego i całego otaczającego go świata.

"The Wall" balansuje na granicy bycia albumem Pink Floyd, a solowym projektem Watersa. Nie tylko napisał on wszystkie teksty, ale także zdecydowaną większość muzyki (jedynie do "Comfortably Numb", "Run Like Hell" i "Young Lust" muzykę stworzył David Gilmour, a do "The Trial" - producent Bob Ezrin). Rola pozostałych członków zespołu właściwie sprowadza się do bycia muzykami sesyjnymi - do przyjścia do studia, zagrania przygotowanych partii i powrotu do innych zajęć. Jedynie Gilmour był na tyle uparty, że pozwolono mu czuwać nad ostatecznym kształtem albumu. Nalegał na to Ezrin, który także wpłynął na zmianę kilku koncepcji Rogera. Rick Wright dla odmiany w ogóle nie wykazywał zainteresowania, za co został usunięty z zespołu (na trasie występował jako gość). W nagraniach wzięło udział wielu dodatkowych muzyków, co tylko potęguje wrażenie, że Pink Floyd przestał być prawdziwym zespołem. Przykładowo w uroczej miniaturce "Is There Anybody There?" partie gitary wykonał Joe DiBlasi, a w "Mother" na perkusji zagrał Jeff Porcaro, ponieważ Gilmour i Nick Mason mieli problem z wykonaniem tych fragmentów.

Spójność albumu w warstwie muzycznej została osiągnięta na proste, lecz skuteczne sposoby - poprzez powtarzanie tych samych motywów w różnych utworach, a także dzięki umieszczeniu trzech różnych części utworu "Another Brick in the Wall" i dwóch nieznacznie się różniących wersji "In the Flesh". Pomimo tych zabiegów, "The Wall" przypomina raczej zwykły zbiór zróżnicowanych, ale zwykle piosenkowych utworów. I chyba byłoby jednak lepiej, gdyby zespół poszedł tu właśnie w takim kierunku - nagrał po prostu parę fajnych, melodyjnych kawałków, których nie łączyłaby pretensjonalna warstwa tekstowa. Zresztą większość utworów doskonale broni się poza kontekstem całości. Jak wręcz taneczne, oparte na funkowych rytmach "Run Like Hell" i "Another Brick in the Wall (Part II)" (ten drugi był pomyślany jako ballada, ale Ezrin zaproponował żywszą aranżację - wysłał nawet niechętnego Gilmoura do klubu disco, by nasiąknął tym klimatem). Albo przepiękne "Comfortably Numb" - z fantastyczną gitarową solówką na zakończenie - i przejmujące "Hey You". Dotyczy to także mniej znanych utworów, jak np. klimatyczny "Goodbye Blue Sky", minimalistyczny "Goodbye Cruel World", czy zwariowany "The Trial". Intrygująco wypełniają natomiast pełniące rolę interludiów "The Happiest Days of Our Lives" i "Empty Spaces". Niestety, są tu również mniej ciekawe fragmenty, jak np. nużące ballady "Mother" i "Nobody Home", czy sztampowy "Young Lust", nawiązujący do najbardziej komercyjnej odmiany hard rocka (Ezrin współpracował wcześniej z Alice'em Cooperem, może dlatego coś takiego się tu znalazło). Jest też okropna miniaturka "Bring the Boys Back Home".

"The Wall" zdecydowanie nie jest arcydziełem, na jaki ten album jest często kreowany. To po prostu przyjemny zestaw utworów, z których spora część jest naprawdę wspaniała lub po prostu udana (włącznie z ogranym "Another Brick in the Wall (Part II)" - największym przebojem grupy), ale zdarzają się też zwykłe niewypały, czego nie sposób było uniknąć na tak długim albumie. 

Ocena: 8/10



Pink Floyd - "The Wall" (1979)

LP1: 1. In the Flesh?; 2. The Thin Ice; 3. Another Brick In the Wall (Part I); 4. The Happiest Days of Our Lives; 5. Another Brick In the Wall (Part II); 6. Mother; 7. Goodbye Blue Sky; 8. Empty Spaces; 9. Young Lust; 10. One of My Turns; 11. Don’t Leave Me Now, 12. Another Brick In the Wall (Part III); 13. Goodbye Cruel World
LP2: 1. Hey You; 2. Is There Anybody Out There?; 3. Nobody Home; 4. Vera; 5. Bring the Boys Back Home; 6. Comfortably Numb; 7. The Show Must Go On; 8. In the Flesh; 9. Run Like Hell; 10. Waiting for the Worms; 11. Stop; 12. The Trial; 13. Outside the Wall

Skład: Roger Waters - wokal, bass i gitara; David Gilmour - gitara, wokal, bass i syntezatory; Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Fred Mandel - organy (LP1: 1. LP2: 8); Bruce Johnston - dodatkowy wokal (LP1: 1, LP2: 7,8,10); James Guthrie - instr. perkusyjne (LP1: 4, LP2: 9), instr. klawiszowe (LP1: 8, LP2: 8); uczniowie Islington Green School - wokal (LP1: 5); Bob Ezrin - instr. klawiszowe (LP1: 6,10, LP2: 2,3,7,8,10); Jeff Porcaro - perkusja (LP1: 6), werbel (LP2: 5); Harry Waters - głos (LP1: 7); Lee Ritenour - gitara (LP1: 10, LP2: 6); Trudy Young - głos (LP1: 10); Joe DiBlasi - gitara (LP2: 2); Michael Kamen - aranżacja instr. smyczkowych (LP2: 2,6); New York Symphony Orchestra - instr. smyczkowe (LP2: 3-5,12); New York Opera - chór (LP2: 5); Bobbye Hall - instr. perkusyjne (LP2: 9); Frank Marrocco - koncertyna (LP2: 13); Larry Williams - klarnet (LP2: 13); Trevor Veitch - mandolina (LP2: 13)
Producent: Bob Ezrin, Roger Waters, David Gilmour, James Guthrie


19 komentarzy:

  1. No, 9 to była przesada ;)

    Jak dla mnie ten dziecięcy chór tylko upatetycznia Brick II, który i tak odrzuca mnie swoją łupaną rytmiką. Nie jestem w stanie słuchać tego kawałka.

    Czy ja wiem czy jest on mniej znany niż Dark Side of The Moon? Zdaje mi się, że że to ten drugi wymaga głębszego wniknięcia w dyskografię zespołu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dark Side" rozszedł się w znacznie większej ilości egzemplarzy - to drugi lub trzeci najlepiej sprzedający się album w ogóle, w całej historii fonografii ;)

      Usuń
    2. Drugim, po "Thrillerze" Jacksona ;)

      Usuń
    3. Podobno jednak trzecim - po "Thrillerze" i "Back in Black". Jak to śpiewał Niemen: dziwny jest ten świat ;)

      Usuń
    4. "Thriller" to Ty oceniłeś całkiem wysoko. Znowu mam wrażenie, że zaważyła na tym presja wynikająca z ogólnej opinii o tym albumie. Ale jak to jeszcze nikt nie śpiewał 'Niezbadane są wyroki pawle' ;)

      Usuń
    5. Bo to jest dobry album pop. Ale nie aż tak dobry, żebym rozumiał jego wielką popularność (choć ilość sprzedanych egzemplarzy "Back in Black" jeszcze bardziej mnie zdumiewa). Nie zmieściłby się w moim Top 1000. Cóż, siła marketingu...

      Jaka znów presja? Mam gdzieś opinie osób, dla których taki album jest arcydziełem ;)

      Usuń
    6. Thriller - z mojego punktu widzenia - to nagromadzenie i kulminacja kiczu z lat 80.

      Naprawdę mam często wrażenie, że albumy zaliczane do kanonu kultury masowej mają tu mimo wszystko jakąś taryfę ulgową - vide Stooges (7) czy Pet Sounds, który jak sam napisałeś - brzmi archaicznie po czym w komentarzu wykpiłeś odgłosy zwierząt jako jedyne novum w tej muzyce, ale 6 mu dałeś ;)

      Usuń
    7. Można też na to spojrzeć z drugiej strony: te albumy są zaliczane do kanonu, bo zupełnie obiektywnie (ale i subiektywnie w moim przypadku) zasługują na oceny powyżej 5.

      Usuń
  2. Masz jakiś swój ulubiony album popowy (oprócz Beatlesów, bo dla mnie ich najlepszy okres to jednak rock)? Zaskoczyłeś mnie całkiem wysoką oceną dla "21" Adele. Podoba mi się nawet jej głos i komercja jest mniej natarczywa od niesławnej "twórczości" Biebera.
    A co do "Thrillera", to niewiele rzeczy irytuje tak, jak te dziecinne zaśpiewy z łapaniem się za krocze, nie wspominając nawet o mdłych brzmieniach syntezatora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam w swojej kolekcji żadnego albumu pop, ani nie chciałbym mieć. To chyba wystarczająca odpowiedź.

      Usuń
  3. "...to raczej temat na jeden utwór, niż cały dwupłytowy album." A możesz wyjaśnić dlaczego? Moim zdaniem to całkiem ciekawy koncept na całą płytę, który może wybrzmieć w kilkunastu lub więcej kompozycjach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to przerost formy nad treścią. Zbyt pretensjonalna oprawa na tak banalny temat i prostą historię. To samo mogę powiedzieć o innych operach rockowych, choć na wielu z nich trudno znaleźć coś równie nadętego, jak "Bring the Boys Back Home".

      Ten materiał broniłby się o wiele lepiej, jako pojedynczy album z niepowiązanymi między sobą utworami, lub coś w stylu "Dark Side of the Moon" - spójna tematyka tekstów, ale bez żadnej przewijającej się przez nie historii.

      Usuń
  4. Nie rozumiem zachwytu The Wall. Przecież to pop. Te jęki w Thin Ice "o babe" albo te keyboardy w Comfortably Numb które brzmią jak w popwej pioseneczce radia zet puszczanej w święta. I te ogólne ckliwe jęki na całym The Wall. Jednak Wish You Were Here i Animals wymiatają. Dark Side już bardziej komercyjny ale ok no i te dwie suity Atom i Echoes.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czemu słowem nie wspomniałeś, że "Is Anybody Out There" to prostu motyw zerżniety z "House of The Rising Sun"?

    Pytanie bonusowe - co jest w nim uroczego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo nie jest zerżnięty. Zaczyna się od tego samego akordu i tyle, kolejne się nie zgadzają. Sam sposób grania jest zupełnie inny, tempo też, itd. Próbujesz się zbyt wiele dosłuchać.

      Partia gitary, ale nie pytaj dlaczego tak uważam, bo to po prostu mój subiektywny odbiór.

      Usuń
    2. Od razu mi się skojarzyło, a znałem ten utwór wcześniej nie wiedząc nawet że to PF (był jako "wprawka" w guitar pro)

      Usuń
    3. W sumie nie jest to Pink Floyd, bo partię gitary gra człowiek spoza zespołu, a bez niej niewiele tu zostaje ;)

      Usuń
  6. Tak jak płyta Meddle otworzyła dojrzałe oblicze zespołu i serię arcydzieł tak płyta The Wall ją zamknęła i otworzyła nowy rozdział, prawdziwie wojenny jeśli chodzi o sądowe batalie do praw nazwy "Pink Floyd". Tak jak pierwsza płyta była dziełem Syda Barrett'a tak The Wall to dzieło Waters'a. Owszem zachłysnąłem się tą płytą pewnego czasu, bardzo mi się podobał ten rozmach rockowej opery... Ale dopiero później doszło do mnie że to tylko zbiór dobrych piosenek a nie Arcydzieło coś jak biały album Bitelsów daje dobre 8/10 chociaż ograny do granic "Another Brick In the Wall (Part II)" dał jeszcze większy rozgłos zespołowi to pomijam go tak jak "Smells Like Teen Spirit" Nirvany równie obrzydliwie ograny.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.