[Recenzja] Pink Floyd - "The Final Cut" (1983)

Po trudach związanych z nagrywaniem albumu "The Wall", promującą go trasą i pracą nad tak samo zatytułowanym filmem, muzycy Pink Floyd postanowili zrobić sobie nieokreślonej długości przerwę. Zespół praktycznie i tak już nie istniał. W planach było wprawdzie opublikowanie nowego wydawnictwa, ale "Spare Bricks" miał składać się wyłącznie z pozostałości po poprzednim albumie. W tym alternatywnych wersji już opublikowanych utworów, ale też obecnych wyłącznie w filmie kompozycji "What Shall We Do Now?" i "When the Tigers Broke Free".
Koncept zmienił się jednak całkowicie, gdy w kwietniu 1982 roku argentyńskie wojska zaatakowały należące do Wielkiej Brytanii Falklandy. Roger Waters postanowił poświecić temu konfliktowi nowy album Pink Floyd, przy czym jego oburzenie wywołał nie tyle sam atak, co wysłanie przez Margaret Tatcher żołnierzy do obrony wysp. Muzyk, cierpiący na traumę z powodu śmierci ojca podczas II wojny światowej, uznał to za niepotrzebny przejaw nacjonalizmu i zdradę wobec tych, którzy zginęli w walce z faszyzmem. Stąd też mocno emocjonalny, przygnębiający, ale też agresywny charakter albumu, który ostatecznie zatytułowano "The Final Cut" - bo mial to być definitywny koniec Pink Floyd.
Na longplay złożyły się zarówno zupełnie nowe kompozycje, jak i opracowania odrzutów z "The Wall" w postaci utworów "Your Possible Pasts", "One of the Few", "Teacher, Teacher" (tu jako "The Hero's Return") i "The Final Cut". Aby usprawiedliwić wydanie tego materiału pod szyldem zespołu, Waters zaangażował do nagrań Dave'a Gilmoura i Nicka Masona - ale już nie Ricka Wrighta - jednak ich rola nie różniła się od innych obecnych w studiu muzyków sesyjnych. Podczas prac nad albumem dochodziło do licznych spięć na linii Waters-Gilmour. Ten drugi twierdził, że kompozycje nie są wystarczająco dobre, ale na propozycje podzielenia się własnymi nie potrafił odpowiedzieć żadnym pomysłem. W rzeczywistości mógł chować je na solowy album, wydany rok później "About Face", zresztą wypełniony znacznie mniej charakterystycznym materiałem.
Muzyka zawarta na "The Final Cut" ma bardziej stonowany i posępny nastrój niż większość wcześniejszych dokonań grupy. Jednocześnie przynosi potężną dawkę emocji, przede wszystkim w ekspresyjnych partiach wokalnych Watersa w takich utworach, jak "The Post War Dream", "Your Possible Pasts", "The Gunner's Dream" czy tytułowy. Floydowy klimat jest tu obecny głównie dzięki charakterystycznym solówkom Gilmoura, choć te pojawiają się tylko w "Your Possible Pasts", "The Fletcher Memorial Home" oraz "The Final Cut". To zresztą jedne z najlepszych momentów albumu, obok przepięknych "Paranoid Eyes" i "Two Suns in the Sunset". Ten ostatni wyróżnia się nieco bardziej pogodnym nastrojem, z którym kontrastuje tekst o zagładzie nuklearnej. Jest w nim coś ostatecznego, dzięki czemu trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie albumu, który - jak wszystko wówczas wskazywało - miał być ostatnim w dyskografii zespołu. Świetnym urozmaiceniem longplaya jest natomiast dynamiczny "Not Now John" z ostrymi partiami Gilmoura - zarówno gitarowymi, jak i wokalnymi. Wygładzona wersja utworu, bez pojawiającego się wielokrotnie w tekście wersji albumowej słowa fuck, została wydana na singlu.
Niektóre kompaktowe reedycje dodatkowo zawierają wspomniany "When the Tigers Broke Free", zamieszczony jako czwarty utwór. Jednak ten patetyczny utwór jedynie zaniża poziom i nieco obniźa spójność tego albumu.
"The Final Cut" zdecydowanie nie może się równać z największymi dziełami Pink Floyd, ale poza tym jest to naprawdę bardzo fajny longplay. Na ogół nie jest on zbyt dobrze oceniany, ale tak już bywa z albumami, które nie przypominają wcześniejszych dokonań danego wykonawcy. Wydany pod nazwiskiem Rogera Watersa byłby z pewnością bardziej ceniony. Zwłaszcza, że Waters jako solista nigdy nie nagrał niczego równie dobrego. Ale też pozostali muzycy - solo lub pod szyldem zespołu - nie zbliżyli się już do tego poziomu.
Ocena: 7/10
Zaktualizowano: 3.2026
Pink Floyd - "The Final Cut" (1983)
1. The Post War Dream; 2. Your Possible Pasts; 3. One of the Few; 4. The Hero's Return; 5. The Gunner's Dream; 6. Paranoid Eyes; 7. Get Your Filthy Hands Off My Desert; 8. The Fletcher Memorial Home; 9. Southampton Dock; 10. The Final Cut; 11. Not Now John; 12. Two Suns in the Sunset
Skład: Roger Waters - wokal, gitara basowa, gitara, syntezatory; David Gilmour - gitara, gitara basowa, wokal (11); Nick Mason - perkusja (1,2,4,5,8,10,11)
Gościnnie: Andy Bown - instr. klawiszowe; Michael Kamen - pianino; Raphael Ravenscroft - saksofon tenorowy (5,12); Andy Newmark - perkusja (12)
Producent: Roger Waters, James Guthrie i Michael Kamen
Piękna nie kochana przez większość płyta.
OdpowiedzUsuńTo jest naprawdę genialna płyta- w której RW połączył spójne ze sobą, tworzące głęboką i poruszają opowieść,teksty z perfekcyjnie do nich dopasowaną muzyką. A takie dzieła jak "the gunner's dream" , "Final cut" czy " Two suns in the sunset" to istne wisienki, na tym kapitalnym muzycznym torcie.
OdpowiedzUsuńTo od tej płyty pokochałem flojdów. Kaczkowski w trójce premierowo przedstawiał, okrojoną o Get your.... Niedługo potem usłyszałem Dark side... w 10 rocznicę pierwszego wydania. Potem poznałem pozostałe płyty, dlatego to moja ulubiona płyta. Wracam do niej co roku i nadal mnie wzrusza.
OdpowiedzUsuńEh, nie podchodzi mi watersowska wizja muzyki. Nie słuchałem jego solowych dokonań, ale te jego schyłkowe albumy z Floydami są strasznie przegadane, smętne i niepotrzebnie podniosłe. To wciąż dobra płyta, są tu też niezłe utwory, ale całość mocno traci przez wymienione wcześniej cechy.
OdpowiedzUsuńTrochę taki album Watersa o Watersie dla Watersa, ale ten gorzki nastrój świetnie oddaje nastrój pożegnania w niezgodzie. A "Two Suns in the Sunset" to najlepszy utwór na zakończenie dyskografii, jaki kiedykolwiek powstał. Tym większy żal mam do Gilmoura, że kolejnych albumów nie wydał pod własnym nazwiskiem. Można powiedzieć, że w takim razie "The Final Cut" powinien być płytą Watersa. Niby tak, ale stanowi sensowne domknięcie dyskografii zespołu jako kulminacja rosnącej roli / rosnącego ego Watersa, co musiało doprowadzić do destrukcji zespołu. Na tym albumie wręcz słychać ten rozpad zespołu, na poprzednim jedynie zasygnalizowany.
UsuńZgadzam się, że "Two Suns in the Sunset" to rewelacyjny utwór, świetne zwieńczenie albumu i etapu Watersa. Od "Wish You Were Here" można prześledzić jego rosnący wpływ i zmianę muzyki zespołu, niekoniecznie na lepsze, ale jest to ciekawe do obserwacji. No i w przeciwieństwie do "The Wall" nie ma tu tyle koszmarków, jak „Bring the Boys Back Home” i inne miniaturowe utwory, które niewiele wnoszą do całości. W zasadzie faktycznie, utwory na "The Final Cut" nie są złe, dobrze się ich słucha, tylko cała płyta utrzymana w tym stylu jest dla mnie męcząca.
Usuń