16 marca 2017

[Recenzja] Depeche Mode - "Spirit" (2017)



Czternasty album studyjny Depeche Mode to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku. Oczywiście wynika to głównie z sentymentu fanów i wielkiej promocji ze strony wytwórni. Nie ma co ukrywać, że zespół od dawna niczym już nie zaskakuje, a i poziom ostatnich albumów nie jest szczególnie wysoki. Jedno trzeba jednak przyznać - do tej pory nawet gdy muzycy nagrali słaby materiał, to dało się wykroić z niego kilka przebojowych singli. Takie utwory, jak "Precious", "Wrong" czy "Heaven", śmiało można już nazwać depeszową klasyką. Tym bardziej zaskoczyła mnie zapowiedź nowego albumu, w postaci utworu "Where's the Revolution". Teoretycznie wszystko jest tu na swoim miejscu - nowoczesna elektronika, wtopione w nią charakterystyczne zagrywki gitarowe Martina Gore'a, oraz wciąż świetny głos Dave'a Gahana - ale zdecydowanie nie można nazwać tego utworu przebojowym, brakuje mu wyrazistej melodii. A dobra melodia powinna być przecież podstawą u takiego zespołu, jak Depeche Mode. Jeśli grupa popowa promuje nowy album tak niechwytliwym singlem, to z dużym prawdopodobieństwem świadczy to o kryzysie twórczym...

Tymczasem na longplayu znajdują się utwory, które o wiele lepiej nadawałby się na singiel. Przede wszystkim "No More (This Is The Last Time)", stricte elektroniczny, wyróżniający się naprawdę wspaniałym refrenem. Obstawiam, że zostanie wydany na kolejnej małej płytce. Ale spore szanse mają na to także energetyczny "So Much Love", brzmiący jak zapomniana kompozycja z sesji "Playing the Angel", oraz "Poorman", zwracający uwagę przede wszystkim świetną partią Gahana. W obu utworach zdecydowanie większą, niż w nagraniu singlowym, rolę pełni gitara, ciekawie dopełniająca elektroniczne brzmienia. Spory potencjał ma także "Going Backwards", który za sprawą gitarowo-fortepianowego motywu i podobnego klimatu kojarzy się z jednym z największych przebojów grupy, "Walking In My Shoes". Tu również pojawia się wyrazista melodia - może najlepsza na całym albumie - ale trochę brakuje ciekawego rozwinięcia, utwór wydaje się trochę zbyt monotonny. Ze wszystkimi tymi utworami jest jednak pewien problem - żaden z nich nie oddaje charakteru całego longplaya. "Where's the Revolution" jest o wiele bardziej reprezentatywny, a słuchany jako część albumu tylko zyskuje. I chyba tym właśnie należy tłumaczyć jego wybór na singiel.

Reszta albumu nie zapada łatwo w pamięć. Ba, w takich "Scum" i "You Move" melodie są śladowe. Pod względem muzycznym przypominają bezsensowne eksperymenty z elektroniką Martina Gore'a pod szyldami VCMG i MG. Jedynie obecność partii wokalnych daje pozory piosenkowości. Pozostałe utwory to już bardziej stonowane kompozycje. Czasem z wręcz ambientowym akompaniamentem, jak w "Eternal" czy "Cover Me" (choć drugi z nich w połowie nabiera dynamiki, a pierwszoplanową rolę przejmuje tandetny elektroniczny motyw, uzupełniony dźwiękami elektrycznej gitary hawajskiej). Bardzo subtelny jest także "The Worst Crime", w którego akompaniamencie wyjątkowo dominuje gitara. To najładniejszy fragment albumu, obok lekko bluesującego "Poison Heart" z przepięknym refrenem. To jeden z czterech utworów współautorstwa Gahana (obok "No More", "You Move" i "Cover Me"), jako jedyny kojarzący się z jego twórczością z grupą Soulsavers. Tradycyjnie, na albumie znalazły się także utwory, w których rolę głównego wokalisty pełni Gore. Wspomniany już "Eternal" nie wyróżnia się niczym szczególnym, za to klimatyczny, powoli narastający "Fail" to najlepszy ze śpiewanych przez niego utworów na albumach grupy z XXI wieku.

Ocena "Spirit" sprawia mi pewien problem. To bardzo nierówny album. I o ile najsłabsze fragmenty prezentują naprawdę niski poziom, tak najlepsze nawet nie zbliżają się do szczytowych osiągnięć grupy. A z drugiej strony, wraz z kolejnymi przesłuchaniami coraz bardziej mi się ten album podoba. Tylko czy nie jest to spowodowane zasadą, że najbardziej podoba się ta muzyka, którą się już wielokrotnie słyszało? Na wszelki wypadek zostawię ocenę zgodną z moim pierwszym wrażeniem. A jeśli album zniesie próbę czasu i będę do niego chętnie wracał - wtedy tu wrócę i ją podwyższę. Obawiam się jednak, że "Spirit" podzieli los "Sounds of the Universe" i "Delta Machine", o których wyjątkowo szybko zapomniałem.

Ocena: 6/10



Depeche Mode - "Spirit" (2017)

1. Going Backwards; 2. Where's the Revolution; 3. The Worst Crime; 4. Scum; 5. You Move; 6. Cover Me; 7. Eternal; 8. Poison Heart; 9. So Much Love; 10. Poorman; 11. No More (This Is The Last Time); 12. Fail

Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, wokal (7,12), dodatkowy wokal; Andy Fletcher - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: James Ford - perkusja, gitara hawajska (6); Kurt Uenala - bass (8,11)
Producent: James Ford


6 komentarzy:

  1. Pierwszy i ostatni tytuł doskonale opisują ten album: krok wstecz i porażka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uważam, że z DM jest od pewnego czasu ten problem: z jednej strony trudno mówić o tym, że ich nowe albumy są rozczarowaniem z racji na pozycję, jaką zespół wyrobił sobie przez całą karierę, ale z drugiej strony nie można mówić o tym, że są jak wino - im starsze, tym lepsze - bo to byłoby kłamstwem. DM stanęli w miejscu, myślę, że to było gdzieś na początku nowego stulecia, i od tego czasu ich muzyka jest naciągana. Gdyby nagrali takie kompozycje na początku kariery, zapewne nikt nie poświęciłby im większej uwagi. Zdecydowanie przyjemniej słucha się Gahana z Soulsavers. Obawiam się, że teraz będzie tak: co płyta, to większe rozczarowanie. "Delta Machine" było lepsze od "Spirit". Jeśli mam być szczera, to muszę przyznać, że "Spirit" jest po prostu nudne. Co będzie dalej? Mam nadzieję, że DM uda się jeszcze nagrać coś porządnego, co podsumuje wszystko to, co wyszło im najlepiej.

    pozdrawiam
    Voytehovna

    OdpowiedzUsuń
  3. Kolejny wymuszony album, będący tylko pretekstem do trasy koncertowej. Gore już dawno zapomniał jak pisać dobre piosenki, a Gahan w sumie nigdy tego nie potrafił. Kilka kawałków ma potenciał na przyjemne wypełniacze, ale pomiędzy nimi powinny się znaleźć prawdziwe przeboje, a nie jakieś pierdzenie na syntezatorach i kompletnie nie wpadające w ucho melodie. Z tych ostatnich albumów najbardziej cenię Playing The Angel, którego nie doceniłem po premierze, ale na tle ostatnich trzech płyt brzmi całkiem solidnie. Słychać tam jeszcze prawdziwego ducha Depeche Mode, a nie jakieś popłuczyny. Przykro mi, że muszę pisać to o jednym ze swoich ulubionych zespołów, ale nie będę udawał, że podobają mi się takie nędzne wypociny.

    OdpowiedzUsuń
  4. Spirit to dojrzały album. DM już nie ma potrzeby wciskać się na listy przebojów. I taka właśnie jest ta płyta. Nie przebojowa, ale zrobiona z gustem. Mająca w sobie przestrzeń, której brakowało na dwóch ostatnich albumach. Śmiało moge napisać, że jest to najlepsza płyta od czasów Plying The Angel. Z gościnnego udziału warto dopisać Kurt Uenala, grającego na basie na tej płycie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zgadzam się z poprzednikiem. DM to firma, która nie musi ganiać za top listami.

    OdpowiedzUsuń