28 lutego 2013

[Recenzja] Rush - "2112" (1976)



Mimo trzech albumów na koncie, grupa Rush pozostawała praktycznie nieznana. Muzycy rozważali nawet zakończenie kariery. Na szczęście wcześniej postanowili nagrać jeszcze jeden album. Pomimo nacisku wydawcy, aby zaczęli grać prościej, bardziej przystępnie - na swoim czwartym longplayu zaproponowali muzykę jeszcze bardziej skomplikowaną. Paradoksalnie, to właśnie "2112" przyniósł im długo oczekiwany sukces. Do dzisiaj w samych Stanach pokrył się trzykrotną Platyną.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania "2112" zajmuje 20-minutowa suita tytułowa. To kompozycja zbudowana na identycznej zasadzie, co "The Fountain of Lamneth" z "Caress of Steel". A więc składająca z kilku - w tym przypadku siedmiu - części, które są osobnymi utworami same w sobie; pomiędzy niektórymi z nich pojawiają się nawet krótkie przerwy. Łączy je oczywiście warstwa tekstowa - opowiedziana w niej historia dzieje się w 2112 roku, w świecie, w którym zakazana została muzyka... Pierwsza część, "Overture", to głównie instrumentalny popis muzyków. Progrockowo skomplikowany, ale z hardrockowym brzmieniem i czadem. Jeszcze ostrzejszy jest "The Temples of Syrinx" z krzykliwym śpiewem Lee. Uspokojenie przynosi "Discovery", a momentami także "Presentation" (spokojne zwrotki zestawiono tu z ostrym refrenem i solówką). Dalej pojawia się bardzo chwytliwa "Oracle: The Dream", a następnie zaczynająca się delikatnie, ale szybko nabierająca ciężaru "Soliloquy". Na koniec czeka jeszcze jeden instrumentalny popis muzyków, "Grand Finale".

Druga strona longplaya to pięć krótkich, trwających pomiędzy trzema a czterema minutami, kompozycji. Naprawdę świetny jest "A Passage to Bangkok", z orientalnym motywem przewodnim, zwrotkami opartymi na hardrockowym riffowaniu, przebojowym refrenem, oraz rewelacyjną solówką Alexa Lifesona. Na bardzo chwytliwym motywie gitarowym oparty jest także spokojniejszy "The Twilight Zone", który został wybrany na pierwszy singiel promujący album. Trochę banalnie robi się w "Lessons", opartym na brzmieniach akustycznych. W dodatku nie bardzo pasuje tu krzykliwy śpiew Lee. Wokalista rehabilituje się w przepięknie zaśpiewanej delikatnej balladzie "Tears". To jedna z niewielu ballad zespołu. A także pierwszy jego utwór, w którym większą rolę odgrywają instrumenty klawiszowe - a ściślej mówiąc, melotron. Nadaje on utworowi interesującego klimatu, niemal jak z pierwszych albumów King Crimson. Zakończenie albumu to fantastyczny "Something for Nothing" - na początek zmyłka w postaci spokojnego wstępu, a potem rozpędzony hardrockowy czad., z tym razem idealnie pasującą krzykliwą partią wokalną.

"2112" to album bardzo dojrzały, na którym grupa doprowadziła swój styl niemal do perfekcji. Longplay może się podobać zarówno słuchaczom rocka progresywnego, jak i hard rocka. Grupa znalazła "złoty środek" pomiędzy oboma stylami.

Ocena: 8/10



Rush - "2112" (1976)

1. 2112; 2. A Passage to Bangkok; 3. The Twilight Zone; 4. Lessons; 5. Tears; 6. Something for Nothing

Skład: Geddy Lee - wokal, bass i instr. klawiszowe; Alex Lifeson - gitara; Neil Peart - perkusja i instr. klawiszowe
Gościnnie: Hugh Syme - syntezator (1), melotron (5)
Producent: Rush i Terry Brown


9 komentarzy:

  1. Można powiedzieć wiele złego o wokalu Lee, ale uważam, że "Tears" nikt nie zaśpiewałby lepiej od niego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, mi się podoba jego wokal, zwłaszcza z lat 70/80.

      Usuń
  2. Wokal Geddy'ego Lee to temat na osobny artykuł. Wiele lat właśnie ten element w muzyce Rush odrrzucał mnie od tego zespołu. Dziś już nie mam z tym problemu i Rush stanowi dla mnie kanon prog-hard rockowego grania. Wokal Geddy'ego bardziej lubię z lat 70 kiedy to ocierał się o krzyk. Płyta 2112 należy do moich ulubionych a szczególnie tytułowa suita. Zrsztą cały album jest bardzo równy i spójny co w przypadku Rush nie zawsze było normą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam nadzieję, że nie obrazisz się że wykopię tę recenzję ;) ale co tak naprawdę sądzisz o nazywaniu 1 utworem długiej kompozycji sklejonej z kilku krótszych fragmentów, czasem nawet niepowiązanych ze sobą przejściami? Zarówno Rush jak i zespoły prog trochę takich miały. Czy to nie jest sztuczne robienie hype'u?

    Odpowiedz bez zastanowienia: 2112 czy Moving Pictures? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Moving Pictures" - zdecydowanie!

      Po to są te wszystkie recenzje, żeby je wykopywać ;)
      Uważam, że jeśli zespół chce nagrać tego typu suitę, to powinna tworzyć zwartą, przemyślaną całość, w której poszczególne części płynnie między sobą przechodzą i dobrze, jeśli co jakiś czas pojawi się jakiś motyw przewodni (choćby w postaci klamry na otwarcie i zakończenie), albo w inny sposób była słyszalna spójność. W przypadku Rush lepiej moim zdaniem udała się suita "The Fountain of Lamneth" z "Caress of Steel", zbudowana na zasadzie, nazwijmy to, lustrzanego odbicia. Choć też nie jest doskonała, za mało spójna. Ale w "2112" w ogóle nie słyszę żadnej myśli przewodniej - to cykl różnych utworów, powiązanych ze sobą wyłącznie w warstwie tekstowej. M.in. dlatego wg mnie miejsce Rush jest w dziale "hard rock" (a później "pop rock" i "rock"), a nie "rock progresywny". W latach 70. to był zespół stricte hardrockowy, grający nieco bardziej skomplikowane rzeczy od większości hardrockowych grup, ale nie przekraczający ówczesnych (czyli szerszych niż w późniejszych dekadach) ram tego stylu.
      Które zespoły progresywne nagrywały takie cykle utworów "udające" suity? Bo, szczerze mówiąc, żaden nie przychodzi mi teraz do głowy.

      Usuń
  4. stary dobry Incognito4 czerwca 2017 14:55

    A ja 2112 - może nie zdecydowanie, ale nie mam wątpliwości, że bardziej od MP

    Oj, ja już uważam na to co wykopuję i co piszę, myślę, że niewielu masz tak irytujących czytelników ;)

    Jakie zespoły? To efekt późnej godziny czy mnie sprawdzasz?

    Soft Machine - Volume Two. Cała pierwsza strona składa się z czegoś, czego nienawidzę.

    Pawn Hearts - Van Der Graaf. W sumie te przejścia też są momentami naciągane, ale nie jest to taka kurwica jak na Soft Maszynie.

    Bo zrobić długi dźwięk który ma pseudo-łączyć dwa kawałki i nagle dodać do niego kolejny utwór to pójście na łatwiznę. Nie wiem, może ja nie jestem lepszy, ale się przekonamy, jak zakończę etap produkcji (kompozycje mam gotowe, to 6 utworów, łącznie trwających niespełna 39 minut, z siódmego zrezygnowałem bo nie ma sensu dodawać kawałków tylko po to, żeby były - czyż nie?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z "Volume Two" to trochę inna sprawa, bo tam rzeczywiście miały to być niepowiązane ze sobą utwory połączone w całość. Na podobnej zasadzie, jak tzw. "Abbey Road Suite" Beatlesów. W obu przypadkach na wydaniach CD każdy ich fragment ma własną ścieżkę.

      "Pawn Hearts" nie pamiętam zbyt dobrze.

      Na pewno lepiej zrezygnować z utworu, jeśli nie jest się pewnym jego jakości. Choć zdarzały się przypadki, że jeden z lepszych utworów nagranych podczas sesji lądował na stronie B singla, choć mógł być jednym z najlepszych momentów albumu.

      Usuń
  5. stary dobry Incognito4 czerwca 2017 16:32

    Jeżeli album był zbieraniną kawałków nagranych podczas cyklu jakichś tam sesji, ale nie tworzących logicznej całości to ok. Ale wyobrażasz sobie np. jakiś ekstra kawałek na Wish You Were Here? Czy pierwszym King Crimson? A to właśnie o to chodzi. Jak się zbierze kilka utworów - ten na dzień dobry, drugi o czymś, drugi łączy się tematycznie z 3, ten z 4, tamten z 5, a szósty to wielki finał, to gdzie i po co wrzucać jeszcze jeden utwór? Nawet bonus tracki to zło w niektórych wypadkach (albumy Doors, Superunknown)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bangkok miażdzy

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.