24 sierpnia 2017

[Recenzja] Steven Wilson - "To the Bone" (2017)



Nowy album Stevena Wilsona to jedna z bardziej kontrowersyjnych premier tego roku. Muzyk, uważany w pewnych kręgach za zbawiciela progresywnego rocka, postanowił bowiem nagrać album popowy. Czy też, jak sam twierdzi, inspirowany ambitnym popem z lat 80., a szczególnie takimi wykonawcami, jak Peter Gabriel, Kate Bush, Talk Talk, czy Tears for Tears. Łatwo wyobrazić sobie, jakie oburzenie wywołała ta informacja we wspomnianych kręgach. Najzabawniejsze w tym jest to, że przecież Wilson nigdy nie stronił od radiowego grania, z czym często w ogóle się nie krył (np. album "Stupid Dream" Porcupine Tree, albo cała dyskografia Blackfield), choć częściej mieszał je z innymi inspiracjami, przez co przeciętnym słuchaczom jego twórczość wydaje się bardziej ambitna, niż jest w rzeczywistości. "To the Bone" nie jest zatem żadnym przełomem w twórczości tego muzyka. To typowo wilsonowski album, z tą różnicą, że inspirowany muzyką innej dekady. Będący w dodatku logiczną kontynuacją jego poprzedniego solowego longplaya, "Hand. Cannot. Erase.", na którym wyraźnie zauważalny jest zwrot w stronę bardziej piosenkowego grania.

Longplay, w iście popowym stylu, został poprzedzony pięcioma singlami (to prawie połowa całego albumu). Znalazły się wśród nich dwa prawdziwe koszmarki: oparty na dyskotekowym rytmie i śpiewany okropnym falsetem "Permanating", oraz smętny i przesłodzony "Pariah". W tym drugim bardzo wyraźnie został zarysowany problem, który w mniejszym lub większym stopniu dotyczy właściwie całej twórczości Wilsona. Inspiracje ma bardzo zacne, pomysły czasem naprawdę świetne (w tym utworze są to ciekawe partie klawiszy), ale ostateczny efekt zwykle wypada mdło i nudno - szczególnie po porównaniu z tym, na czym muzyk się wzorował. I tak też jest w "Pariah", który w warstwie wokalnej nawiązuje do duetów Gabriela i Bush, lecz zamiast dwóch charyzmatycznych głosów, mamy tutaj anemiczny śpiew Stevena i irytujący, emfatyczny wokal Ninet Tayeb (izraelskiej wokalistki, znanej już z dwóch poprzednich wydawnictw Wilsona). Bardziej pozytywne wrażenie zrobił na mnie inny singiel, "Song of I". W warstwie instrumentalnej bardzo elektroniczny (kojarzyć może się z Depeche Mode z początku lat 90., albo z trip hopem), intrygujący klimatem, który niestety rozmywa się nieco w drugiej połowie. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby utwór był instrumentalny, lub zaśpiewała go sama Sophie Hunger, która udziela się tutaj w chórkach.

Te trzy utwory rzeczywiście mogły budzić niepokój wielbicieli dotychczasowej twórczości Stevena Wilsona. Reszta albumu nie przynosi jednak większych zaskoczeń. Dużo tu zatem smęcenia - "Nowhere Now", "Blank Tapes" i "Song of Unborn" charakteryzują się łagodnymi aranżacjami, rozwodnionymi melodiami i ogólną miałkością. Nieco żywszego, przynajmniej pozornie, grania pojawia się w "The Same Asylum as Before" (kolejny singiel, znów z irytującym falsetem Wilsona) i "People Who Eat Darkness". Oba brzmią jak odrzuty, w pełnym tego słowa znaczeniu, z czasów Porcupine Tree - pierwszy z okresu "Stupid Dream", drugiemu bliżej do "Deadwing". "Detonation" to z kolei typowy przepis na rock "progresywny" według Wilsona - byle było długo (w tym przypadku dziewięć minut, dwadzieścia sekund) i przeplatało się dużo motywów, a całość koniecznie musi być zagrana jak najbardziej anemicznie. A mogłoby się wydawać, że ktoś, kto w wolnych chwilach od własnej działalności, zajmuje się remasterowaniem klasycznych albumów progrockowych gigantów (m.in. King Crimson, Gentle Giant, Yes i Jethro Tull), powinien wiedzieć, na czym polegało granie rocka progresywnego. Że chodziło w tym przede wszystkim o zaproponowanie czegoś innowacyjnego, niebanalnego i na pewno nie nużącego.

"To the Bone" ma jednak także bardziej udane momenty. Poza wspomnianym "Song of I", są to utwór tytułowy i ostatni z pięciu singli, "Refuge". Pierwszy z nich wyróżnia się świetną grą sekcji rytmicznej i pozostałych instrumentalistów, a także autentycznie przebojowym, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, refrenem. Gdyby nie anemiczne zwrotki i smętna końcówka, byłby to naprawdę dobry utwór. Drugi jest natomiast kolejnym spokojniejszym kawałkiem, w którym nie udało się uniknąć przynudzania, za to naprawdę ładnie się rozwija i nie brakuje w nim ciekawych partii instrumentalnych. W obu nagraniach gościnnie wystąpił grający na harmonijce Mark Feltham, znany m.in. ze współpracy z Talk Talk (co jest prawdopodobną przyczyną, dla której został zaproszony), ale także z Rorym Gallagherem i Royem Harperem. Jego partie to zdecydowanie najlepsze, co można usłyszeć na tym albumie.

Problem z najnowszym albumem Stevena Wilsona nie polega wcale na tym, że muzyk sięgnął na nim po nowe inspiracje. Problem w tym, że Wilson staje się coraz większym nudziarzem i choćby nie wiadomo czym się inspirował, efekt jest dużo słabszy i znacznie nudniejszy od pierwowzoru. W przeszłości potrafił przecież tworzyć naprawdę zgrabne utwory pop (jak "Trains", "Lazarus" - oba z repertuaru Porcupine Tree). Na "To the Bone" nie ma ani jednego utworu, który choćby w jakiejś części nie był zanadto rozwleczony, rozwodniony, a przede wszystkim brakuje wyrazistych melodii, co w takiej muzyce jest niedopuszczalne.

Ocena: 4/10



Steven Wilson - "To the Bone" (2017)

1. To the Bone; 2. Nowhere Now; 3. Pariah; 4. The Same Asylum as Before; 5. Refuge; 6. Permanating; 7. Blank Tapes; 8. People Who Eat Darkness; 9. Song of I; 10. Detonation; 11. Song of Unborn

Skład: Steven Wilson - wokal i gitara; David Kollar - gitara; Adam Holzman - instr. klawiszowe; Nick Beggs - bass, Chapman stick; Jeremy Stacey - perkusja; Craig Blundell - perkusja
Gościnnie: Mark Feltham - harmonijka (1,5); Ninet Tayeb - wokal (3,7), dodatkowy wokal; Sophie Hunger - wokal (9); Jasmine Walkes - recytacja (1)
Producent: Steven Wilson i Paul Stacey


7 komentarzy:

  1. Ooo, wreszcie coś negatywnego, jak fajnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze wiedzieć, że nie jestem jedynym, któremu się nowy album Wilsona nie podoba. Potwornie nudny i tak jak napisałeś pozbawiony wyrazu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam jak jeździsz o jakimś albumie (twoje recki Ramones to poezja (mimo że ich lubię i żeby nie było czytam też twoje recenzje w których pozytywnie oceniasz jakiś album)). Przesłuchałem parę piosenek z nowego albumu Wilsona, ta muzyka nie jest dla mnie. Nie cierpię w większości nowszej muzyki efektu reverb w głosie wokalistów i tego silenia się na emocjonalność. Lubię ciężką i szybką muzykę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Porcupine Tree uwielbiam ale Wilsona solo nie jestem w stanie przetrawić.... Album nudny jak relacja z pielgrzymki do Częstochowy

    OdpowiedzUsuń
  5. Na ten album wyczekiwałem ze sporymi nadziejami, jednak co ukazywał się nowy singiel coraz bardziej moja wiara przysiadała. Do muzyki podchodzę zdecydowanie bardziej liberalnie od Ciebie i może nie potępiam tej płyty tak mocno jak Ty, ale masz sporo racji w tym co piszesz. Niestety poza kilkoma dobrymi fragmentami zalatuje mi tu kopiowaniem wcześniejszych pomysłów i nudą. Tak naprawdę nie mam na tym albumie choćby jednego wielkiego faworyta. Niestety, ale przeciętna to płyta.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak jak Ray Wilson nagrywa płyty z łatwo wpadajacymi w ucho nagraniami, tak i Steven zrobił. Mnie się płyta mega podoba, choć na stanie mam wiele płyt z rynku progresywnego rocka, metalu. Znam floydów, crimsonów itd.
    Album Stevena jest bardzo przystępny i po 5-6 odsłuchach odstawia się go na parę dni, ale najprzyjemniej jest wtedy do niego wracać. Popatrzcie na Blackfield, same genialne kawałki. Myśle, że Wilson nic nie musi udowadniać, szuka raczej nowych odbiorców. A brzmienie ( blu Ray) to po prostu bajka. Mało kto tak produkuje płyty jak Steven czy Alan Parsons.

    Ostatnie zdanie dla właściciela bloga. Czytam długo Twoje recenzje, ale czasem wysil się na obiektywizm, bo jestem przekonany, że to będzie najlepiej sprzedający się album Wilsona. Każdy miał takie momenty, że płyta ma mało w sobie progresywnego rocka ( chciałbym zobaczyć kiedyś w świecie coś nowego, świeżego, nie powielanego) a odbiór płyty przez słuchaczy był jak najbardziej pozytywny. Mnie zdziwiła jego elastyczność muzyczna i nie trwanie w jednym i tym samym gatunku, vide Neil Young.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli chcesz obiektywnych tekstów o albumach, to czytaj artykuły na Wikipedii ;) Recenzję z definicji muszą być subiektywne. Parafrazując klasyka, dlaczego mam się zachwycać, jeśli mnie to nie zachwyca?

      A co to w ogóle za argument, że album będzie się dobrze sprzedawał? Przecież sukces komercyjny, a jakość to dwie zupełnie różne rzeczy, które czasem idą w parze, lecz zwykle nie. Sukces komercyjny tak naprawdę świadczy o tym, jak dużo pieniędzy władowano w promocję. A akurat w przypadku "To the Bone" o to zadbano - pięć singli, teledyski, występy w telewizji śniadaniowej i w ogóle szerokie wykorzystanie wszystkich mediów.

      I jaka "elastyczność muzyczna"? Przecież Wilson przez całą karierę czerpie pomysły z tych samych źródeł, najwyżej zmieniają się proporcje. Na nowym albumie nie ma niczego nowego, wszystko to już było w którymś z jego dwustu projektów ;) To już wspomniany Neil Young więcej eksperymentował (nie wspominając, że ma wiele innych talentów, których brak Wilsonowi). "To the Bone" to bardzo zachowawczy album, mimo że przedstawia się go jako coś bardzo nowatorskiego i odważnego. Nie wiem, może po prostu tym, którzy tak twierdzą, brakuje porównania. Piszesz, że znasz Pink Floyd i King Crimson, ale to zespoły które zna każdy, kto choć trochę interesuje się muzyką. Pytanie jak dobrze je znasz - całe dyskografie włącznie z koncertówkami (szczególnie w przypadku KC bez ich znajomości tak naprawdę nic się nie wie o tym zespole), czy tylko najpopularniejsze albumy? A jak ze znajomością innych ważnych grup progrockowych - Gentle Giant, Van Der Graaf Generator? Albo innych rzeczy, którymi inspirował się Wilson na różnych etapach swojej kariery - psychodelii, ambientu, jazz fusion, Radiohead, alternatywnego rocka z lat 90., czy wykonawców wspomnianych w pierwszym akapicie powyższej recenzji? Bez urazy, ale sądzę, że ktoś, kogo zachwycają miałkie piosenki Blackfield, ma spore zaległości muzyczne.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".