24 sierpnia 2017

[Recenzja] Steven Wilson - "To the Bone" (2017)



Nowy album Stevena Wilsona to jedna z bardziej kontrowersyjnych premier tego roku. Muzyk, uważany w pewnych kręgach za zbawiciela progresywnego rocka, postanowił bowiem nagrać album popowy. Czy też, jak sam twierdzi, inspirowany ambitnym popem z lat 80., a szczególnie takimi wykonawcami, jak Peter Gabriel, Kate Bush, Talk Talk, czy Tears for Tears. Łatwo wyobrazić sobie, jakie oburzenie wywołała ta informacja we wspomnianych kręgach. Najzabawniejsze w tym jest to, że przecież Wilson nigdy nie stronił od radiowego grania, z czym często w ogóle się nie krył (np. album "Stupid Dream" Porcupine Tree, albo cała dyskografia Blackfield), choć częściej mieszał je z innymi inspiracjami, przez co przeciętnym słuchaczom jego twórczość wydaje się bardziej ambitna, niż jest w rzeczywistości. "To the Bone" nie jest zatem żadnym przełomem w twórczości tego muzyka. To typowo wilsonowski album, z tą różnicą, że inspirowany muzyką innej dekady. Będący w dodatku logiczną kontynuacją jego poprzedniego solowego longplaya, "Hand. Cannot. Erase.", na którym wyraźnie zauważalny jest zwrot w stronę bardziej piosenkowego grania.

Longplay, w iście popowym stylu, został poprzedzony pięcioma singlami (to prawie połowa całego albumu). Znalazły się wśród nich dwa prawdziwe koszmarki: oparty na dyskotekowym rytmie i śpiewany okropnym falsetem "Permanating", oraz smętny i przesłodzony "Pariah". W tym drugim bardzo wyraźnie został zarysowany problem, który w mniejszym lub większym stopniu dotyczy właściwie całej twórczości Wilsona. Inspiracje ma bardzo zacne, pomysły czasem naprawdę świetne (w tym utworze są to ciekawe partie klawiszy), ale ostateczny efekt zwykle wypada mdło i nudno - szczególnie po porównaniu z tym, na czym muzyk się wzorował. I tak też jest w "Pariah", który w warstwie wokalnej nawiązuje do duetów Gabriela i Bush, lecz zamiast dwóch charyzmatycznych głosów, mamy tutaj anemiczny śpiew Stevena i irytujący, emfatyczny wokal Ninet Tayeb (izraelskiej wokalistki, znanej już z dwóch poprzednich wydawnictw Wilsona). Bardziej pozytywne wrażenie zrobił na mnie inny singiel, "Song of I". W warstwie instrumentalnej bardzo elektroniczny (kojarzyć może się z Depeche Mode z początku lat 90., albo z trip hopem), intrygujący klimatem, który niestety rozmywa się nieco w drugiej połowie. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby utwór był instrumentalny, lub zaśpiewała go sama Sophie Hunger, która udziela się tutaj w chórkach.

Te trzy utwory rzeczywiście mogły budzić niepokój wielbicieli dotychczasowej twórczości Stevena Wilsona. Reszta albumu nie przynosi jednak większych zaskoczeń. Dużo tu zatem smęcenia - "Nowhere Now", "Blank Tapes" i "Song of Unborn" charakteryzują się łagodnymi aranżacjami, rozwodnionymi melodiami i ogólną miałkością. Nieco żywszego, przynajmniej pozornie, grania pojawia się w "The Same Asylum as Before" (kolejny singiel, znów z irytującym falsetem Wilsona) i "People Who Eat Darkness". Oba brzmią jak odrzuty, w pełnym tego słowa znaczeniu, z czasów Porcupine Tree - pierwszy z okresu "Stupid Dream", drugiemu bliżej do "Deadwing". "Detonation" to z kolei typowy przepis na rock "progresywny" według Wilsona - byle było długo (w tym przypadku dziewięć minut, dwadzieścia sekund) i przeplatało się dużo motywów, a całość koniecznie musi być zagrana jak najbardziej anemicznie. A mogłoby się wydawać, że ktoś, kto w wolnych chwilach od własnej działalności, zajmuje się remasterowaniem klasycznych albumów progrockowych gigantów (m.in. King Crimson, Gentle Giant, Yes i Jethro Tull), powinien wiedzieć, na czym polegało granie rocka progresywnego. Że chodziło w tym przede wszystkim o zaproponowanie czegoś innowacyjnego, niebanalnego i na pewno nie nużącego.

"To the Bone" ma jednak także bardziej udane momenty. Poza wspomnianym "Song of I", są to utwór tytułowy i ostatni z pięciu singli, "Refuge". Pierwszy z nich wyróżnia się świetną grą sekcji rytmicznej i pozostałych instrumentalistów, a także autentycznie przebojowym, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, refrenem. Gdyby nie anemiczne zwrotki i smętna końcówka, byłby to naprawdę dobry utwór. Drugi jest natomiast kolejnym spokojniejszym kawałkiem, w którym nie udało się uniknąć przynudzania, za to naprawdę ładnie się rozwija i nie brakuje w nim ciekawych partii instrumentalnych. W obu nagraniach gościnnie wystąpił grający na harmonijce Mark Feltham, znany m.in. ze współpracy z Talk Talk (co jest prawdopodobną przyczyną, dla której został zaproszony), ale także z Rorym Gallagherem i Royem Harperem. Jego partie to zdecydowanie najlepsze, co można usłyszeć na tym albumie.

Problem z najnowszym albumem Stevena Wilsona nie polega wcale na tym, że muzyk sięgnął na nim po nowe inspiracje. Problem w tym, że Wilson staje się coraz większym nudziarzem i choćby nie wiadomo czym się inspirował, efekt jest dużo słabszy i znacznie nudniejszy od pierwowzoru. W przeszłości potrafił przecież tworzyć naprawdę zgrabne utwory pop (jak "Trains", "Lazarus" - oba z repertuaru Porcupine Tree). Na "To the Bone" nie ma ani jednego utworu, który choćby w jakiejś części nie był zanadto rozwleczony, rozwodniony, a przede wszystkim brakuje wyrazistych melodii, co w takiej muzyce jest niedopuszczalne.

Ocena: 4/10



Steven Wilson - "To the Bone" (2017)

1. To the Bone; 2. Nowhere Now; 3. Pariah; 4. The Same Asylum as Before; 5. Refuge; 6. Permanating; 7. Blank Tapes; 8. People Who Eat Darkness; 9. Song of I; 10. Detonation; 11. Song of Unborn

Skład: Steven Wilson - wokal i gitara; David Kollar - gitara; Adam Holzman - instr. klawiszowe; Nick Beggs - bass, Chapman stick; Jeremy Stacey - perkusja; Craig Blundell - perkusja
Gościnnie: Mark Feltham - harmonijka (1,5); Ninet Tayeb - wokal (3,7), dodatkowy wokal; Sophie Hunger - wokal (9); Jasmine Walkes - recytacja (1)
Producent: Steven Wilson i Paul Stacey


31 komentarzy:

  1. Ooo, wreszcie coś negatywnego, jak fajnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze wiedzieć, że nie jestem jedynym, któremu się nowy album Wilsona nie podoba. Potwornie nudny i tak jak napisałeś pozbawiony wyrazu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam jak jeździsz o jakimś albumie (twoje recki Ramones to poezja (mimo że ich lubię i żeby nie było czytam też twoje recenzje w których pozytywnie oceniasz jakiś album)). Przesłuchałem parę piosenek z nowego albumu Wilsona, ta muzyka nie jest dla mnie. Nie cierpię w większości nowszej muzyki efektu reverb w głosie wokalistów i tego silenia się na emocjonalność. Lubię ciężką i szybką muzykę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Porcupine Tree uwielbiam ale Wilsona solo nie jestem w stanie przetrawić.... Album nudny jak relacja z pielgrzymki do Częstochowy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawno, dawno temu, gdy ze starej, niehardrockowej muzyki byłem osłuchany tylko z Pink Floyd, The Doors, The Beatles i najprzystępniejszych albumów King Crimson, bylem zachwycony twórczością Porcupine Tree. Myślałem sobie: "łał, to taki współczesny Pink Floyd, dodający do inspiracji tą grupą coś własnego, dzięki czemu brzmi bardzo nowocześnie". Potem, gdy już solidnie zapoznałem się z muzyką lat 60./70., zrozumiałem, że zespół tak naprawdę nic - no dobrze, prawie nic - swojego nie dodał. Po prostu zrzynał od kogo popadnie. I doszedłem do wniosku, że lepiej słuchać "oryginałów", bo ich muzyka jest dużo ciekawsza.

      Jestem przekonany, że popularność różnych projektów Wilsona i w ogóle całego neo/retro/pseudo-proga w znacznym stopniu wynika stąd, że ludzie po prostu nie znają (i zwykle po prostu nie chcą poznać) muzyki z lat 60./70., poza tymi kilkoma podstawowymi kapelami.

      Mimo to, uważam że Porcupine Tree nagrało trochę niezłej muzyki, do której mógłbym jeszcze kiedyś wrócić - byle nie w za dużych ilościach i nie za często. Może jeden album w ciągu roku, dwóch ;) Natomiast dwa wcześniejsze solowe albumy Wilsona podobały mi się w chwili premiery, ale dziś już nie byłbym ich w stanie przesłuchać. I byłaby to kompletna strata czasu, który mógłbym przeznaczyć na odkrycie jakiegoś nieznanego mi albumu. Np. jakiejś kolejnej ciekawej inspiracji Wilsona. Bo gust to on ma znacznie lepszy, niż zdolności tworzenia muzyki ;)

      Usuń
    2. A ja w wielu wypadkach wolę właśnie, tych którzy się inspirują latami 60. i 70. (chociaż tą drugą dekadą już zdecydowanie rzadziej). A to dlatego, że muzyka, sposób jej grania, na płytach sprzed ~50 lat bardzo często dziadzieje. Najjaskrawszy przykład to Bitlesi - nawet najmłodsze Abbey i Let it Be dzisiaj brzmią dziadkowo, a kawałki takie jak Here Comes The Sun czy Let it Be budzą uśmiech zmieszania. Zdecydowanie wolę od nich początkowy etap Oasis, którzy bez zahamowań przyznawali się do tego, że Bitlesi byli dla nich muzycznymi guru.

      Pytanie bonusowe: Co sądzisz o Downward Spiral? 3,5 gwiazdki na 5 to coś co jest dla mnie największym muzycznym zaskoczeniem w tym tygodniu. Dla mnie ta płyta to jakaś szajba i przegięcie.

      Będzie recenzja London Calling? Też pojawiło się na RYMie to pytam ;) Guns of Brixton czy Brand New Cadillac to coś co od dawna przewija się przez moją playlistę, ale cały album mnie nie powalił.

      Usuń
    3. Cóż, przykro mi. Szczerze, wolałbym słuchać przez godzinę naiwnego "Here Comes the Sun", niż jakiegokolwiek albumu z lat 90. I wcale stara muzyka nie brzmi dla mnie "dziadkowo", za to nowa jest dla mnie zbyt sterylna. I nawet jeśli podobają mi się kompozycje i wykonanie, to męczy mnie jej brzmienie. Niedawno pod inną, dużo starszą recenzją, pisałem coś, co teraz powtórzę (kontynuując mój powyższy wywód). Jeżeli ktoś nie potrafi wymyślić własnego stylu, tylko kopiuje kogoś innego to znaczy, że nie ma talentu. A jak ktoś nie ma talentu, to nie potrafi napisać lepszych utworów, niż wykonawca na którym się wzoruje, ani zagrać ich bardziej porywająco. Zapewne są wyjątki od tej reguły, ale jakoś nic mi do głowy nie przychodzi... Pomijając Twój przypadek (sądzę, że za bardzo przywykłeś do współczesnego brzmienia, by w pełni docenić starszą muzykę - czyli w sumie odwrotnie niż ja), słuchaczy można podzielić na dwie grupy (tzn. można ich dzielić na wiele sposobów, ale teraz skupmy się na jednym z nich). Jedni lubią słuchać tego, co przypomina im coś, co już znają, więc np. mogą zachwycać się i Beatlesami, i Oasis. Drudzy mają bardziej rozległe horyzonty, słuchają różnych stylów i gatunków, i dlatego z każdego z nich wystarczy im tylko kilka najlepszych przedstawicieli - np. mając Beatlesów, nie potrzebują nieporównywalnie słabszych kompozytorsko Oasis (oczywiście, z przyczyn subiektywnych, mogą woleć ten drugi zespół;).

      Masz rację, że "Downward Spiral" razi swoją infantylną agresją (jeśli właśnie to miałeś na myśli), z czego już dawno wyrosłem, a poza tym całość jest zdecydowanie za długa - dlatego tylko 3,5. Ale te wszystkie zniekształcone brzmienia są naprawdę świetne, a i kilka naprawdę ładnych melodii się tam znajdzie. Nine Inch Nails mam na liście do zrecenzowania.

      Natomiast o The Clash pisać nie mam zamiaru. "London Calling" to cholernie nudny i przesadnie długi album. Niby eksperymentują tam z różnymi stylami, ale jak dla mnie wszystkie ich kawałki brzmią tak samo. Trochę wyróżniają się tytułowy i "Guns of Brixton" (ten drugi jest naprawdę dobry, nie powiem, że nie), ale pewnie tylko dlatego, że znałem je wcześniej.

      Usuń
    4. Rzeczywiście, sterylność nagrań to problem, ale prawdziwą plagą stało się to dopiero w latach 2000.

      To co, dziś już nikt nie ma talentu, czy może po prostu w muzyce nie da się wymyślić już nic nowego? Może trzeba wyjść z dźwiękami poza określenie muzyka i stworzyć coś co będzie się tak określać, a już wcale nią nie będzie? Przerąbana sprawa...

      Mój przypadek jest taki, że nie wiem ;)
      Umiem docenić starsze albumy (dokładnie pół dyskografii Doors, pierwsze albumy Purple (te z lat 60.) czy Disraeli Gears, ale sporo albumów z tego okresu się zestarzało. Daleko szukać... Who, Jefferson Airplane, Atomic Rooster. Nie chcę się bawić w wyliczanie, ale jeszcze sporo tego jest. Beatlesów przesłuchałem całych, Stonesów - mniej więcej do początku lat 80. i z tej dwójki jako całość podobał mi się tylko "Beggars Banquet"

      Downward Spiral to maszynowe i monotonne granie z wokalistą o wkurzającej manierze. Trochę taki Ok Computer tyle że parę lat wcześniej i bardziej rąbano. Tak, parę melodii jest, ale całego nie dałem rady.

      A Gizzard Wizard? Może to jest coś najbliższe temu, co określasz własnym stylem? Chociaż kolejne albumy widzę, że oceniasz coraz gorzej...

      ps. nawiązanie do "Rising" - chyba w "Stargazer" to nie są klawisze udające orkiestrę? W każdym razie wśród twórców albumu jest wspomniana jakaśtam orkiestra :D

      Usuń
    5. Wydaje się, że dziś trudno wymyślić coś nowego, ale tak samo myślano w latach 60., 70., 80., 90., a jednak powstawały nowe rzeczy. Mam wrażenie, że dziś większość wykonawców idzie na łatwiznę i wystarcza im naśladowanie innego wykonawcy, a w lepszym wypadku połączenie elementów 2-3 wykonawców. A jak już ktoś eksperymentuje, to nie wychodzi z tego nic ciekawego (przez brak talentu). Dziś za przykład młodej innowacyjnej grupy podaje się Radiohead, który istnieje od 30 lat... Albo Stevena Wilsona :D Brakuje dziś takich muzyków, jak Davis, Coltrane, Lennon/McCartney, Hendrix czy Fripp. Mających wizję i talent do jej realizowania.

      A propos Hendixa, nikt dziś już nie gra tak, jak on grał. Czy to znaczy, że jego styl "zdziadział"? Nie, po prostu nikt młody nie potrafi tak grać.

      Gizzard Wizard, jak się okazuje, to zespół jednego dobrego albumu. Tam faktycznie stworzyli coś, co można określić własnym stylem, dość oryginalnym, bo ciężko wskazać coś podobnego, choć z drugiej strony niewykraczającym poza eksperymenty grup z przełomu lat 60./70. Jednak oni zmieniają styl z albumu na album. I chyba zupełnie przypadkiem raz im wyszło coś fajnego ;)

      Zdaje się, że Rainbow faktycznie zapraszało do studia orkiestry - bo także na następny album. Ale klawisze w "Stargazer" chyba też są wykorzystane. Posłuchaj lepiej "On Stage", tam nie grają z takim nadęciem.

      Usuń
    6. Na On Stage Rainbow nie grają Stargazer

      Usuń
    7. Nie napisałem, że "Stargazer" jest na "On Stage". Właśnie dlatego polecam ten album, bo nie ma tam utworów z orkiestrą/klawiszami udającymi orkiestrę.

      Usuń
  5. To nie jedyna negatywna opinia:

    http://muzyka.onet.pl/recenzje/steven-wilson-to-the-bone-recenzja/e7xxyq

    Dziwne ale powyższa recenzja wygląda na miejscami wręcz zerżniętą z onetu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wskaż choć jedno podobne zdanie, albo udaj się do okulisty, a następnie wróć tu z przeprosinami.

      Usuń
  6. Na ten album wyczekiwałem ze sporymi nadziejami, jednak co ukazywał się nowy singiel coraz bardziej moja wiara przysiadała. Do muzyki podchodzę zdecydowanie bardziej liberalnie od Ciebie i może nie potępiam tej płyty tak mocno jak Ty, ale masz sporo racji w tym co piszesz. Niestety poza kilkoma dobrymi fragmentami zalatuje mi tu kopiowaniem wcześniejszych pomysłów i nudą. Tak naprawdę nie mam na tym albumie choćby jednego wielkiego faworyta. Niestety, ale przeciętna to płyta.

    OdpowiedzUsuń
  7. Tak jak Ray Wilson nagrywa płyty z łatwo wpadajacymi w ucho nagraniami, tak i Steven zrobił. Mnie się płyta mega podoba, choć na stanie mam wiele płyt z rynku progresywnego rocka, metalu. Znam floydów, crimsonów itd.
    Album Stevena jest bardzo przystępny i po 5-6 odsłuchach odstawia się go na parę dni, ale najprzyjemniej jest wtedy do niego wracać. Popatrzcie na Blackfield, same genialne kawałki. Myśle, że Wilson nic nie musi udowadniać, szuka raczej nowych odbiorców. A brzmienie ( blu Ray) to po prostu bajka. Mało kto tak produkuje płyty jak Steven czy Alan Parsons.

    Ostatnie zdanie dla właściciela bloga. Czytam długo Twoje recenzje, ale czasem wysil się na obiektywizm, bo jestem przekonany, że to będzie najlepiej sprzedający się album Wilsona. Każdy miał takie momenty, że płyta ma mało w sobie progresywnego rocka ( chciałbym zobaczyć kiedyś w świecie coś nowego, świeżego, nie powielanego) a odbiór płyty przez słuchaczy był jak najbardziej pozytywny. Mnie zdziwiła jego elastyczność muzyczna i nie trwanie w jednym i tym samym gatunku, vide Neil Young.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli chcesz obiektywnych tekstów o albumach, to czytaj artykuły na Wikipedii ;) Recenzję z definicji muszą być subiektywne. Parafrazując klasyka, dlaczego mam się zachwycać, jeśli mnie to nie zachwyca?

      A co to w ogóle za argument, że album będzie się dobrze sprzedawał? Przecież sukces komercyjny, a jakość to dwie zupełnie różne rzeczy, które czasem idą w parze, lecz zwykle nie. Sukces komercyjny tak naprawdę świadczy o tym, jak dużo pieniędzy władowano w promocję. A akurat w przypadku "To the Bone" o to zadbano - pięć singli, teledyski, występy w telewizji śniadaniowej i w ogóle szerokie wykorzystanie wszystkich mediów.

      I jaka "elastyczność muzyczna"? Przecież Wilson przez całą karierę czerpie pomysły z tych samych źródeł, najwyżej zmieniają się proporcje. Na nowym albumie nie ma niczego nowego, wszystko to już było w którymś z jego dwustu projektów ;) To już wspomniany Neil Young więcej eksperymentował (nie wspominając, że ma wiele innych talentów, których brak Wilsonowi). "To the Bone" to bardzo zachowawczy album, mimo że przedstawia się go jako coś bardzo nowatorskiego i odważnego. Nie wiem, może po prostu tym, którzy tak twierdzą, brakuje porównania. Piszesz, że znasz Pink Floyd i King Crimson, ale to zespoły które zna każdy, kto choć trochę interesuje się muzyką. Pytanie jak dobrze je znasz - całe dyskografie włącznie z koncertówkami (szczególnie w przypadku KC bez ich znajomości tak naprawdę nic się nie wie o tym zespole), czy tylko najpopularniejsze albumy? A jak ze znajomością innych ważnych grup progrockowych - Gentle Giant, Van Der Graaf Generator? Albo innych rzeczy, którymi inspirował się Wilson na różnych etapach swojej kariery - psychodelii, ambientu, jazz fusion, Radiohead, alternatywnego rocka z lat 90., czy wykonawców wspomnianych w pierwszym akapicie powyższej recenzji? Bez urazy, ale sądzę, że ktoś, kogo zachwycają miałkie piosenki Blackfield, ma spore zaległości muzyczne.

      Usuń
  8. Większośc albumów Porcupine Tree otrzymało od Ciebie dobre albo bardzo dobre oceny, obecnie jednak zdajesz się mieć o tej grupie nieco inną opinię. Czy któreś płyty PT dalej oceniasz tak wysoko, czy Wilson już tak bardzo stracił w Twoich oczach, że żadnego albumu, do którego przyłożył rękę nie uważasz za naprawdę dobry ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawno nie słuchałem niczego tej grupy, ale myślę, że takie albumy, jak "Lightbulb Sun", "In Absentia" czy "Deadwing" dalej robiłyby na mnie pozytywne wrażenie. Może nawet "The Sky Moves Sideways", mimo ewidentnego zrzynania z Pink Floyd i Tangerine Dream. Ale już np. "Stupid Dream" jest mocno żenujący (z wyjątkiem 2-3 kawałków, które też nie są jakieś rewelacyjne).

      Usuń
  9. Hmmm, odnoszę wrażenie że Paweł im bardziej wchodzi w muzykę jazzową i powszechnie ambitnego proga tym bardziej oddala się od cięższego grania. Widać to chociażby po tych wszystkich zmianach ocen płyt które niegdyś ocenił wysoko. Nagle się okazuje że wielu znanych i lubianych wykonawców od kogoś zrzynała i w związku z tym nie nadaje się to już do słuchania. Mam nadzieję, że takie zespoły jak Queen, Rainbow, Deep Purple czy Black Sabbath na zawsze zostaną tymi największymi. Ale może to tylko moje błędne wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, w sumie odnoszę podobne wrażenie (może też błędne). Z bardzo dużym przymrużeniem oka przepowiem, że niedługo żaden czysto hardrockowy album nie będzie miał większej oceny niż 8 :) :) :)

      Usuń
    2. Przesadzacie. BS, LZ i DP cały czas mają wysokie oceny, a niektóre wyższe niż kiedyś. Pojedyncze albumy innych wykonawców też mają wysokie oceny. Ale że większość tego stylu to sztampa i kiepskie naśladownictwo...

      Usuń
    3. Ja też mam takie wrażenie. Póki co oceny albo spadają, albo zdejmujesz recenzje albumów które zwykle wysoko oceniłeś by kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości wrzucić je ponownie z niższą notą.

      Ale moje pytanie jest jebnak inne - co musiałby reprezentować sobą album jakiegoś nowego wykonawcy, byś dał mu ocenę od 8 w górę? Albo nawet albumy po roku 2000? Chyba łatwiej ocenić Ci wysoko nowy album jakiejś trupiej już grupy (wydane w ciągu ostatnich 5 lat albumy Stonsów, Sabat, Maidena), który powiela w dobrym stylu znane patenty, niż dać wysoką ocenę komuś, kto się tym inspiruje zarzucając mu wtórność. Gizzard który poszedł w skalę mikrotonalną poszedł w jakimś ciekawym kierunku, i rzeczywiście tamten album zasługuje na ocenę jaką mu dałeś, ale czy naprawdę trzeba jakichś karkołomnych rozwiązań by ktoś świeży zdobył Twoje uznanie?

      Chyba wiesz czemu o to pytam ;)

      Usuń
    4. Wspominasz o Stonesach, a ich ostatni album pokazuje, że wcale nie trzeba kombinować, by nagrać bardzo dobry album - wystarczy cofnąć się do korzeni. A może właśnie problemem współczesnych wykonawców jest to, że nie znają korzeni, podstaw muzyki, jaką chcą grać? Może byliby lepszymi kompozytorami i wykonawcami, gdyby najpierw nauczyli się grać bluesowe standardy, następnie popróbowali zaaranżować je w jakiś ciekawy (może bardziej współczesny, niż zrobili to Stonesi) sposób, a dopiero potem zaczęli sami coś pisać. Mam wrażenie, że teraz wszyscy chcą wykonywać wyłącznie własne kawałki, a przecież wszyscy wielcy artyści zaczynali od grania cudzesów.

      Pozwól, że wrócę teraz do tematu "wszystko w muzyce (rockowej) już zostało wymyślone". A co, jeśli tu też wystarczyłby powrót do korzeni? W latach 60. powstała muzyka rockowa, będąca połączeniem rock and rolla, rhythm and bluesa i innych ówczesnych odmian muzyki popularnej. Takie korzenie nie dawały dużych możliwości stworzenia czegoś oryginalnego, więc wszyscy grali to samo, tak samo. Ale znalazło się też kilku muzyków z większymi ambicjami, którzy zaczęli inspirować się innymi rodzajami muzyki: bluesem, jazzem, folkiem, muzyką klasyczną, muzyką indyjską, itd. Ponadto zaczęli rozszerzać instrumentarium o coraz bardziej nietypowe instrumenty. A także eksperymentowali z brzmieniem, co również bardzo przyczyniało się do rozwoju muzyki. W ciągu zaledwie kilku lat powstało mnóstwo różnych odmian rocka. W pewnym momencie jednak muzycy rockowi przestali być tak twórczy, a gatunek ten zaczął zjadać swój ogon. Współcześni wykonawcy czerpią z gotowych rozwiązań, nie sięgają głębiej, niż już do gotowych połączeń (np. rocka z bluesem). Nawet instrumentarium rzadko kiedy wykracza poza standardowe trio gitara + bas + bębny, najwyżej z dodatkiem klawiszy lub rzadziej jakiegoś dęciaka. A dlaczego nikt nie spróbuje stworzyć czegoś nowego, używając do tego nie pomysłów kilku rockowych kapel, tylko tego, czym one się niegdyś inspirowały?

      Usuń
  10. Wybaczcie, ale recenzje wszystkich albumów, które są na tym blogu, już się pojawiły w wielu publikacjach, zarówno papierowych, jak i internetowych. Nic nowego nie można już o nich powiedzieć, jak również żadna nowa muzyka od lat 70. już nie powstanie ;o) Zatem wyluzujcie - to tylko zabawa :o) Paweł może dać danemu albumowi ocenę 8, a Mietek czy Franek mogą dać 5, a inna Małgosia 1. I każdy będzie miał rację. This is just for fun!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozwolę sobie bardzo się z tym nie zgodzić. Po pierwsze, relatywizm to bzdura. Jeżeli Franek interesuje się muzyką od 30 lat, poznał w tym czasie kilka, kilkanaście tysięcy albumów z wszystkich możliwych gatunków, większość z nich słyszał wielokrotnie, poza tym dużo o muzyce czytał, a Małgosia w ciągu 12 lat swojego życia zebrała kolekcję stu przypadkowych empetrójek i nie zna nawet nazwisk grających w tych utworach muzyków, to nie można ich opinii traktować jako równych sobie. Małgosia może stwierdzić, że nowy album Wilsona jest fajny, bo przy "Pernamenting" da się potańczyć, ale Franek oceni go bardziej wnikliwie, korzystając ze swojego wieloletniego doświadczenia i dlatego jego opinia będzie bardziej wartościowa. Niestety, jest jeszcze Mietek, który też przesłuchał mnóstwo albumów, ale to prosty chłop, któremu podobają się tylko dwa style muzyki rockowej i zachwyca się tylko tym, co przypomina mu już coś, co już zna. Jego opinie nie będą bardziej wartościowe od opinii Małgosi.

      Po drugie, nie traktuję tego jako zabawę. Chcę dzielić się swoją muzyczną wiedzą i doświadczeniem (jeszcze nie taką, jak u Franka, ale większą niż u Mietka i Małgosi;), polecać wartościowe rzeczy i przestrzegać przed tym, na co szkoda tracić czas.

      Po trzecie, zawsze da się coś nowego o muzyce powiedzieć. Poza tym, nie było wcześniej w Internecie polskich recenzji wielu albumów, o których pisałem. Części z nich nie było pewnie nawet w formie papierowej.

      Usuń
    2. Ale Franek, mimo swojej rozległej wiedzy i osłuchania, ma też na pewno jakieś subiektywne preferencje. Może mieć dużą wiedzę o hard rocku i osłuchane setki płyt w tym stylu, ale będąc wielbicielem jazzu, gardzi tak prostą muzyką. Tymczasem Mietek mógł wyspecjalizować się w hard rocku, przesłuchał z tego stylu więcej płyt od Franka, zna go bardziej szczegółowo i ceni za to, czego nie znajduje w innych gatunkach. Czy w takim razie opinia Mietka o hard rocku nie jest bardziej wartościowa od opinii Franka o tym gatunku? Dla osób słuchających hard rocka opinia Mietka będzie znaczyć więcej.

      Usuń
    3. Gdybym chciał poznać dobry album hardrockowy, zgłosiłbym się do Franka. Dlaczego? Bo dla Mietka prawie każdy album hardrockowy jest bardzo dobry. Gdy poleca "arcydzieło" z dużym prawdopodobieństwem jest to kolejne stereotypowe wydawnictwo, które poza innymi "mietkami" (osobami o takim samym guście jak nasz przykładowy Mietek) nikogo innego nie zainteresują. Jeżeli natomiast Franek, na co dzień słuchający jazzu i awangardy, poleci jakiś album hardrockowy, to prawie na pewno będzie to coś faktycznie dobrego, wartego poznania.

      Oczywiście, nie z każdą opinią Franka trzeba się zgadzać. Co do niektórych rzeczy może się mylić, ale przynajmniej zawsze potrafi logicznie uzasadnić swoją niechęć do czegoś (nie będą to "argumenty" w stylu Mietka, że coś jest słabe, bo ma za lekkie brzmienie, ani w stylu Małgosi, że jest słabe, bo nie da się przy tym tańczyć). Zawsze natomiast warto sprawdzać, co tacy ludzie polecają, bo dzięki temu można poszerzać swoją wiedzę i rozwijać gust.

      Usuń
  11. 1) nie działa link do Riverside SoNGS, usuń to raczej ze spisu, bo nie sądzę byś to nawet poprawiał.
    2) zamierzasz tknąć ich nową płytę, chociażby kijem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale czemu pytasz o to pod tym postem?

      W sumie mógłbym poprawić recenzję "SoNGS", żeby jasno było w jednym miejscu napisane, co sądzę o tym zespole. Ten album jest okropnie nudny, ale nie tak straszny, jak poprzednie. I najnowszy. Próbowałem tego słuchać fragmentami, ale się nie da. To jest tak przerażająco nudne i bezsensowne, że nie da się tego słuchać.

      Usuń
  12. Bo Riverside zrzynali od Porcupine Tree, ale jego recenzji też już nie ma, wtedy zapytałbym pod nimi. Jest jednak Wilson, a że był w PT, to postanowiłem zapytać pod jedyną recenzją jego płyty jaka pozostała.

    Nie chciałem zasmiecać Q&A, a żadnej recenzji Riverside do utyskiwania na usunięte inne recenzje Riverside nie zostawiłeś. Serio SoNGS uważasz, za lepszy od pozostałych albumów R?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ujmę to inaczej - nie jest aż tak zły, jak poprzednie czy najnowszy. Bo np. ta ich debiutancka trylogia jest nie tylko słaba, ale po prosta zła. Zgromadzono tam wszystko, co najgorsze w neo-progu, tylko w jeszcze bardziej rozwodnionej formie, a nie zawarto niczego, co byłoby choć trochę strawne. Taki neo-neo-prog. A z kolei czwarty album to z grubsza to samo, tylko w podmetalizowanej wersji. Bardziej pod Dream Theater niż Porcupine Tree. I na tym tle "SoNGS" wypada, hm, lepiej. Są tam jakieś zalążki bardziej wyrazistych melodii (tak, wiem, melodie złe, ale w tego typu graniu nieodzowne) i nieco więcej w tym życia, niż na trylogii, ale w bardziej hardrockowym, niż metalowym stylu z "czwórki". Cały czas są to nudne popłuczyny po nieco lepszych zespołach kopiujących znacznie lepszych od siebie, ale słychać jakiś postęp, rozwój w dobrym kierunku. I następny album utrzymuje tę tendencję. Za to najnowszy to regres.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.