Posty

Wyświetlam posty z etykietą joni mitchell

[Recenzja] The Band - "The Last Waltz" (1978)

Obraz
W połowie lat 70. Robbie Robertson, śpiewający gitarzysta i główny kompozytor The Band, miał już dość nieustannych tras koncertowych. Chciał, wzorem Beatlesów, skupić się na pracy studyjnej. Pozostałym muzykom pomysł nie bardzo się spodobał. Brak porozumienia w kwestii dalszego funkcjonowania ostatecznie doprowadził do decyzji o zawieszeniu działalności. Zanim to jednak nastąpiło, zespół pożegnał się ze sceną z prawdziwą pompą. Ostatni występ The Band w klasycznym składzie odbył się 25 listopada 1976 roku w Winterland Ballroom w San Francisco. Ponieważ wydarzenie miało miejsce w Dzień Dziękczynienia, zorganizowano obiad dla pięciu tysięcy uczestników i udostępniono im salę do tańca. Sam koncert składał się z dwóch części. Podczas pierwszej grający swoje najpopularniejsze utwory zespół wsparła rozbudowana sekcja dęta, a podczas drugiej na scenę kolejno dołączali goście specjalni. Lista nazwisk jest naprawdę imponująca - do dziś nikomu nie udało się jej przebić. Bob Dylan, Joni Mitchell,...

[Recenzja] Joni Mitchell - "Mingus" (1979)

Obraz
Jazzowa fascynacja Joni Mitchell osiągnęła swój punkt kulminacyjny na albumie "Mingus". To hołd dla Charlesa Mingusa, wybitnego basisty, kompozytora i bandleadera, który zmarł w trakcie prac nad tym materiałem. Był zresztą osobiście zaangażowany w jego powstanie. Pomysł wyszedł od jazzmana, który po usłyszeniu utworu "Paprika Plains" z albumu "Don Juan's Reckless Daughter", zapragnął współpracy z Mitchell. Cierpiący od kilku lat na stwardnienie zanikowe boczne muzyk nie mógł już grać, ale skomponował dla kanadyjskiej artystki sześć utworów, roboczo nazwanych "Joni I-VI", do których miała dopisać własne teksty. Mitchell zdecydowała się wybrać z tej puli trzy kompozycje. W ten sposób powstały "A Chair in the Sky", "Sweet Sucker Dance" i "The Dry Cleaner from Des Moines". Joni sięgnęła też po standard "Goodbye Pork Pie Hat" - najsłynniejszą kompozycję Charlesa, po raz pierwszy wydaną na "Mingus Ah Um...

[Recenzja] Joni Mitchell - "Don Juan's Reckless Daughter" (1977)

Obraz
"Don Juan's Reckless Daughter" to najbardziej kontrowersyjny album Joni Mitchell. Zwłaszcza okładka wywołała stopniowo narastające oburzenie, choć dopiero od roku w serwisach streamingowych i na fizycznych reedycjach zastąpiono ją nową grafiką. Może i bardziej estetyczną, na pewno bardziej neutralną, ale ze źle dobranym, późniejszym o blisko dekadę zdjęciem. W przypadku oryginału problematyczna okazała się czarnoskora postać na pierwszym planie okładkowego kolażu - w rzeczywistości sama Mitchell z pomalowaną twarzą, w peruce afro, z doklejonym wąsem i w stroju alfonsa. Artystka praktykowała blackface także na ówczesnych koncertach, w efekcie czego przez kolejne dekady musiała zmagać się z oskarżeniami o rasizm. Zawsze jednak odpierała te zarzuty, czasem dodając, że sama postrzega się czarnoskórą i wiele tekstów napisała z afroamerykańskiej perspektywy. Muzyczna zawartość "Don Juan's Reckless Daughter" również wywołała wiele negatywnych emocji. Na dwupłytowy ...

[Recenzja] Joni Mitchell - "Hejira" (1976)

Obraz
"Hejira" to album o ucieczce i samotności. Joni Mitchell uciekała od kolejnych związków, tych efemerycznych i tych poważniejszych, jak z Johnem Guerinem, ale też od kokainowego nałogu. Cały materiał został ponoć skomponowany w drodze, zarówno podczas własnej trasy promującej album "The Hissing of Summer Lawns", jak i supportu Boba Dylana w ramach wielkiego przedsięwzięcia Rolling Thunder Revue. Stworzone w ten sposób utwory okazały się najbardziej osobistymi w jej karierze. Jak sama twierdziła, wcześniejsze kompozycje mógł napisać ktokolwiek, ale te - wyłącznie ona. Szukając odpowiedniego tytułu dla tego zestawu, trafiła na arabskie słowo hidżra , oznaczające ucieczkę, wędrówkę lub zerwanie stosunków, najczęściej kojarzone z ucieczką Mahometa i jego zwolenników z Mekki do Medyny. Przy czym poprawna angielska transliteracja tego słowa to Hijrah albo Hegira . Rozpoczynając nagrania na album Mitchell doszła do wniosku, że nie chce już korzystać ze wsparcia muzyków ses...

[Recenzja] Joni Mitchell - "The Hissing of Summer Lawns" (1975)

Obraz
Słuchacze, którzy po "The Hissing Summer Lawns" sięgną po raz pierwszy zaraz po kultowym "Blue" lub którejś z wcześniejszych płyt Joni Mitchell, mogą być zdziwieni, jak bardzo w ciągu tych kilku lat zmieniła się muzyka kanadyjskiej artystki. Mniej zaskoczeni będą ci, którzy poznają całą dyskografię chronologicznie. Siódmy longplay Mitchell rozwija bowiem pomysły z dwóch poprzedzających go płyt, "For the Roses" i - przede wszystkim - "Court and Spark". Część materiału to znów mieszanka folku z elementami jazzu. Reszta utworów podąża natomiast w bardziej eksperymentalne rejony, poszerzając instrumentarium o syntezatory, a nawet przynosząc pierwsze ponoć komercyjne wykorzystanie samplingu. Drugi na płycie "The Jungle Line" to nagranie w całości zbudowano na bębnach zapożyczonych od afrykańskiej grupy Drummers of Burundi (na okładce podpisanej jako The Warrior Drums of Burundi), wzbogacając je bardzo nowocześnie brzmiącym Moogiem - imitując...

[Recenzja] Joni Mitchell - "Court and Spark" (1974)

Obraz
Przez cały 1973 rok Joni Mitchell postanowiła nie wydawać żadnej nowej muzyki. Ograniczyła też swoją koncertową działalność. Zamiast tego skupiła się na tworzeniu i nagrywaniu nowego materiału. Opublikowany na początku kolejnego roku album "Court and Spark" okazał się największym przedsięwzięciem w jej dotychczasowej karierze. W jego rejestracji uczestniczyła najbardziej dotąd rozbudowana grupa muzyków, obejmująca instrumentalistów grup Crusaders i Tom Scott's L.A. Express, Robbiego Robertsona z The Band czy też Davida Crosby'ego i Grahama Nasha (w studiu nie pojawił się natomiast obecny na wszystkich poprzednich jej płytach Stephen Stills). Muzycznie tym razem Mitchell jeszcze dalej wykracza poza granie folkowe, przede wszystkim dając wyraz swojej fascynacji jazzem, ujawnionej już na poprzednim "For the Roses". Ciekawostką jest, że autorka tak wielu chętnie przerabianych przez innych kompozycji, po raz pierwszy sama sięgnęła po cudzy utwór. Zamykający ...

[Recenzja] Joni Mitchell - "For the Roses" (1972)

Obraz
W dyskografii Joni Mitchell "For the Roses" położony jest dość niefortunnie. Tuż po "Blue" i zaraz przed "Court and Spark" - albumami, którym przeważnie poświęca się znacznie więcej uwagi. Piąte autorskie dzieło Kanadyjki może przez to wydawać się mniej istotne. A tymczasem to właśnie tutaj po raz pierwszy ujawniła się jej fascynacja jazzem. Nie znaczy to bynajmniej, że artystka nagle zaczęła konkurować z Milesem Davisem czy Charlesem Mingusem. Ten album to wciąż przede wszystkim granie folkowe. Nierzadko jednak pojawiają się tu subtelne wpływy innych gatunków, wzbogacające muzykę Mitchell, ale jeszcze nie na zasadzie jakiejś drastycznej zmiany stylu. Jazz jest tu obecny przede wszystkim za sprawą udziału w nagraniach takich muzyków, jak grający na różnych dęciakach Tom Scott czy basista Wilton Felder. Egzemplifikacją tego są przede wszystkim solówki Scotta na saksofonie sopranowym w jazzująco-bluesowym "Cold Blue Steel and Sweet Fire" oraz przep...

[Recenzja] Joni Mitchell - "Blue" (1971)

Obraz
Popularność i jakość w muzyce to dwie cechy, które zdają się krzyżować w zupełnie losowy sposób. A obecnie, w XXI wieku, krzyżują się niezwykle rzadko, o ile w ogóle. Niepojęty jest dla mnie choćby fenomen Taylor Swift, która właśnie kończy wyprzedany maraton na Narodowym. Nie przyszłoby mi do głowy, że tak niecharakterystyczne, sztampowo zaaranżowane oraz bezbarwnie zaśpiewane piosenki mogą mieć aż tak wielu wielbicieli. Zdecydowanie nie są warte strat środowiskowych, jakie generuje Swift swoimi często bezsensownymi lotami. W przeszłości niejednokrotnie zdarzało się jednak, że ogromną popularność zyskiwała muzyka artystycznie wartościowa. "Blue" Joni Mitchell to przykład płyty uwielbianej przez krytykę i słuchaczy. Nie może jej zabraknąć na żadnym istotnym podsumowaniu albumów wszech czasów, a w serwisie Rate Your Music zajmuje obecnie 5. miejsce w rankingu dla 1971 roku, wyprzedzana tylko przez dzieła Marvina Gaye'a, Led Zeppelin, Black Sabbath i Can; w tyle pozostawiaj...

[Recenzja] Joni Mitchell - "Ladies of the Canyon" (1970)

Obraz
Może i kolejny w dyskografii "Blue" jest najpopularniejszą płytą Joni Mitchell, ale to "Ladies of the Canyon" zawiera najwięcej spośród jej najsłynniejszych kompozycji. To właśnie tutaj znalazł się chociażby proekologiczny hymn "Big Yellow Taxi". Mitchell napisała ten tekst podczas pobytu na Hawajach, gdy przeraził ją kontrast pomiędzy pięknem przyrody, a niedającym się ogarnąć wzrokiem wybrukowanym parkingiem hotelowym. Są też odniesienia do szkodliwych dla środowiska chemikaliów stosowanych w rolnictwie. Po ponad pięciu dekadach tekst wydaje się jeszcze bardziej aktualny. Muzycznie to wyjątkowo, jak na wczesną Joni, energetyczna, pogodna i chwytliwa piosenka, choć zagrana jedynie z akompaniamentem akustycznej gitary. Pierwotny singiel z "Big Yellow Taxi" nie był wielkim przebojem - dotarł jedynie do 67. miejsca na amerykańskiej liście. Nieco lepiej poradziła sobie cztery lata póżniej jego koncertowa wersja, notowana na 24. pozycji, jednak dzisi...

[Recenzja] Joni Mitchell - "Clouds" (1969)

Obraz
Joni Mitchell i Neil Young zdecydowali się jakiś czas temu powrócić ze swoją muzyką na Spotify. Nie ukrywam, to dla mnie spore ułatwienie podczas pisania recenzji. Z drugiej strony zdarzenie to pokazuje smutną prawdę o dzisiejszym biznesie muzycznym. Jeśli artyści chcą docierać do słuchaczy, muszą być obecni na platformach streamingowych, godząc się na żenująco niskie stawki za odtworzenia oraz sąsiedztwo podcastów rozpowszechniających dezinformację. Obawiam się, że powrót Younga i Mitchell może jeszcze bardziej umocnić platformy kosztem artystów. Teoretycznie nie ma wielkiej różnicy pomiędzy "Clouds", drugim albumem Joni Mitchell, a debiutanckim "Song to a Seagull". To płyta tak samo ascetyczna pod względem brzmienia. Artystka śpiewa tu swoje kompozycje jedynie z własnym akompaniamentem gitary akustycznej, sporadycznie instrumentów klawiszowych, a czasem ze Stephenem Stillsem na drugiej gitarze lub basie. Ponownie na okładce znalazł się obraz namalowany przez samą ...

[Recenzja] Joni Mitchell - "Song to a Seagull" (1968)

Obraz
Podczas miesiąca kobiet - w marcu publikuję tylko recenzje płyt, na których kluczową rolę odgrywają kobiety - nie mogło zabraknąć Joni Mitchell. Chyba pierwszej prawdziwej artystki pop, która samodzielnie prowadziła swoją karierę, nie unikając ambitnych poszukiwań, a dziś postrzeganej często jako najwybitniejsza i najbardziej wpływowa kompozytorka XX wieku. W trakcie ponad pięćdziesięcioletniej działalności Mitchell grywała w różnych stylach, także bardziej jazzowo w towarzystwie czołowych przedstawicieli gatunku, jednak najczęściej trzymała się blisko folku. Debiutancki "Song to a Seagull" - w niektórych krajach wydany bez żadnego tytułu - to akurat płyta utrzymana stricte w tej ascetycznej stylistyce amerykańskiego folku. W momencie ukazania się tego albumu Mitchell miała już na koncie kompozycje, po które chętnie sięgali inni wykonawcy. Swoje wersje "Both Sides, Now" (znanego też jako "Clouds") oraz "Chelsea Morning" zdążyli już nagrać Judy Co...