[Recenzja] Yes - "Aurora" (2026)

Centralnym punktem nowego albumu neo-Yes jest czternastominutowy "Countermovement" - utwór w dość naiwnych słowach przestrzegający przed faktycznymi problemami spowodowanymi pojawieniem się sztucznej inteligencji. Zresztą w kawałku kończącym podstawową część materiału - choć każde wydanie oraz streaming zawierają jeszcze dwa bonusy - muzycy oddają hołd emocjonalnej inteligencji. Odważnie jak na zespół od lat wydający płyty, które równie dobrze mogłyby zostać wygenerowane. I to przez model uczenia maszynowego wytrenowany wyłącznie na tych nowszych dokonaniach Yes. Od dawna instrumentaliści - w tym najdłuższy stażem Steve Howe, choć nawet on nie był w zespole od samego początku - wciąż tylko powielają te same klisze, a jedynym zadaniem Jona Davisona jako wokalisty jest jak najwierniejsze imitowanie Jona Andersona.
W swojej krytyce wspomnianej technologii muzycy są zresztą hipokrytami, bo ewidentnie skorzystali z niej w teledysku do tytułowego kawałka "Aurora". Nie są zresztą jedynymi dinozaurami rocka prezentującymi taką postawę. Brendan Perry z Dead Can Dance publikował długie oświadczenia, że jego nowe nagrania nie trafią do serwisów streamingowych z powodu obecności na nich śmieci generowanych przez AI, co zmniejsza zarobki prawdziwych wykonawców. Dosłownie w tym samym momencie umieszczał w sieci nowe kawałki z okładkami ewidentnie wygenerowanymi. Czyli AI złe, jak odbiera zyski popularnym muzykom, ale gdy Perry'emu czy muzykom Yes przynosi oszczędności, a grafikom odbiera pracę, to już jest spoko. Przynajmniej Roger Dean nie stracił swojego głównego klienta i zlecono mu przygotowanie okładki "Aurora". Zgodnie z wieloletnią tradycją to najlepszy element tego wydawnictwa. Choć fakt, że te tworzone przez Deana mistyczne krainy też stały się mocno powtarzalne. Tu przynajmniej nieco inna jest kolorystyka, nawiązująca do tytułowej zorzy.
Czytaj też: [Recenzja] Yes - "Mirror to the Sky" (2023)
Wracając do wspomnianego "Countermovement", muzycznie brzmi to jak nagranie bardzo kiepskiego naśladowcy Yes. Choć sama długość nawiązuje do prog-rockowych kolosów, zaczyna się motywem tak banalnym, jak by to miała być radiowa pioseneczka. Potem przez dwie minuty muzycy dorzucają kilka innych motywów, co brzmi raczej jak parodia progresywnych utworów i ich złożoności. Mam wrażenie, że instrumentaliści nie mogli się zdecydować, jak rozpocząć ten kawałek, więc co chwilę zmieniali kierunek. Tyle że wszystkie te pomysły wypadają tak samo miałko pod względem melodycznym, a do reszty pogrąża je wygładzone, przesłodzone i płaskie brzmienie. To, oczywiście, głownie zasługa niekwestionowanego króla tandety Geoffa Downesa i jego klawiatur. Dalej wszystko się urywa, ustępując miejsca sztampowym zagrywkom gitary akustycznej oraz wymęczonej partii wokalnej Howe'a, do czego szybko dołączają kolejne instrumenty, w tym jeszcze bardziej żenujące klawiszowe melodyjki. Zespół uświadamia jednak, że zawsze może być jeszcze gorzej, czego przykładem banalna melodyjka i krindżowa wokaliza Davisona na początku szóstej minuty, albo te staromodne, tanie syntezatory z dziesiątej minuty. Całość brzmi jak losowy zlepek kilku banalnych piosenek, do których doklejono monumentalną kodę - akurat z całkiem przyjemną solówką gitarową.
"Countermovement" jest w zasadzie jak cały album w pigułce. To zbiór nijakich piosenek, którym nieumiejętnie, z chaotycznym efektem, starano się nadać bardziej prog-rockową formę; często dodatkowo spaskudzone tym zamiłowaniem Downesa - a może jednak całego składu - do tandetnych brzmień, choć trafiają się też bardziej znośne momenty. Takie "Turnaround Situation" czy "Love Lies Dreaming", mimo wad typowych dla tej konwencji, ujdą nawet w całości. Tzn. byłyby to najsłabsze kawałki nawet na takim "Tormato", ale nie irytują tak, jak inne współczesne dokonania pod tym szyldem. Swoją drogą, obecny skład ma więcej wspólnego z Asią niż klasycznym Yes. I to ewidentnie słychać w tych najbardziej okropnych nagraniach, jak tytułowa "Aurora" oraz "Ariadne" - obu z kiczowatymi partiami orkiestry i syntezatorów, a także jarmarcznymi melodyjkami - a zwłaszcza w "Jambustin'", gdzie zażenowanie tytułem ustępuje niesmakowi wywołanemu tym karykaturalnym połączeniem najgorszych cech popu lat 80. z siermiężnym rock and rollem, a do tego zawierającym najbardziej infantylny i tandetny motyw w całej dyskografii zespołu. Nieco tylko mniej koszmarny jest "All Hands on Desk", gdzie do klawiszy w stylu Asii dochodzi toporny AOR-owy riff. Do tego żwawego kawałka nijak nie pasuje anemiczny, zmęczony wokal Howe'a, a akustyczna koda pojawia się bez żadnego podbudowania i sensu. "Outside the Box" byłby natomiast kompletnie nijakim instrumentalem, gdyby nie te fatalne wokalizy - przestarzałe, w złym guście, kiepsko wykonane. Na tym tle naiwna, zalatująca country piosenka "Emotional Intelligence" przynosi wręcz pewną ulgę, bo przynajmniej nie wypada tak komicznie.
Czytaj też: [Recenzja] Yes - "The Quest" (2021)
Największym problemem albumu "Aurora" nie jest wcale wtórność ani nawet wrażenie, że taką muzykę dziś można by po prostu wygenerować. Przede wszystkim razi mnie tu kompletny brak estetycznego wyczucia. Melodie i brzmienie są wręcz kompromitująco dalekie od choćby pozorów finezji czy subtelności. Natomiast kompozycji rozwijających się w tak losowy sposób spodziewałbym się raczej po jakichś początkujących pogrobowcach Yes, ale nie po grupie posługującej się szyldem twórców "Close to the Edge" i wciąż mającej w składzie jednego z nich. Fakt, że już nawet w klasycznym okresie grupie zdarzało się nagrywać utwory, eufemistycznie mówiąc, niezbyt wyrafinowane lub o pozbawionej sensu budowie, ale tu właściwie każdy kawałek ma oba te problemy. Gdyby ktoś chciał sparodiować Yes czy też ogólnie rock progresywny, wyolbrzymiając wszystkie możliwe wady takiej estetyki, to nie sądzę, by zrobił to bardziej przekonująco, niż na tym albumie. Bo tutaj muzycy wydają się grać te żenujące melodyjki śmiertelnie poważnie. I, szczerze mówiąc, tak bardzo pozbawione charakteru oraz dobrego smaku przetwarzanie przeszłości nie jest nawet odrobinę bardziej wartościowe od treści generowanych przez AI.
Ocena: 1/10
Yes - "Aurora" (2026)
1. Aurora; 2. Turnaround Situation; 3. Love Lies Dreaming; 4. Countermovement; 5. Ariadne; 6. All Hands on Deck; 7. Outside the Box; 8. Emotional Intelligence; 9. Jambustin'; 10. Watching the River Roll
Skład: Jon Davison - wokal, gitara (1,2,8), organy (1,2,8), pianino (2,3,8), syntezator (3); Steve Howe - gitara, cytra (1), instr. klawiszowe (1,9), mandolina (4,10), harmonijka (4), wokal (2,4,6,7); Geoff Downes - syntezator (1,2,4,7,9,10), organy (1,4,6,8), pianino (3-6,9), melotron (4); Billy Sherwood - gitara basowa, gitara (4,5), wokal (1,2,5,7,10); Jay Schellen - perkusja
Gościnnie: Czech National Symphony Orchestra (1,5)
Gościnnie: Czech National Symphony Orchestra (1,5)
Producent: Steve Howe
Komentarze
Prześlij komentarz
Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.