[Recenzja] The Mothers of Invention - "Freak Out!" (1966)

W roku 1966 muzyka rockowa dopiero się kształtowała. Większość jej przedstawicieli wciąż tkwiła w rhythm'n'bluesowych oraz rock'n'rollowych kliszach. Zaczynały się już jednak dziać ciekawsze rzeczy. The Beatles, The Byrds i The 13th Floor Elevators wymyślili psychodelię. Tymczasem Bluesbreakers Johna Mayalla, The Butterfield Blues Band oraz Cream stworzyli blues rocka, a Bob Dylan zelektryfikował i urockowił folk. Z kolei The Beach Boys zaprezentowali ideę albumu koncepcyjnego oraz - wraz ze wspomnianymi Beatlesami i ich producentem George'em Martinem - bardziej zaawansowanego podejścia do produkcji czy aranżacji. Najdalej ze wszystkich poszedł jednak Frank Zappa na debiutanckim albumie swojego zespołu The Mothers of Invention. "Freak Out!" wprowadził do rocka inspirację poważną awangardą, ale też humor i satyrę.
Był to poza tym jeden z pierwszych dwupłytowych albumów rockowych. Z istotnych tytułów wyprzedził go jedynie "Blonde on Blonde" Dylana, wydany dokładnie tydzień wcześniej. O ile jednak dzieło Boba faktycznie osiąga długość zbliżoną do dwóch typowych albumów, tutaj - z długością minimalnie przekraczającą pełną godzinę - bliżej jest półtora longplaya. Wciąż jednak było to najdłuższe do tamtej pory wydawnictwo opublikowane przez debiutantów. "Freak Out!" był też jednym z pierwszych w historii albumów koncepcyjnych - "Pet Sounds" wyprzedził go o trochę ponad miesiąc. Teksty Zappy to satyryczny portret ówczesnego społeczeństwa amerykańskiego, zatraconego w materializmie i charakteryzującego się konformizmem oraz duchową pustką. Przeciwstawia mu jednak jednostki dziwaków, tytułowych freaks, świadome patologii systemu i egzystujące na uboczu, nie biorąc udziału w wyścigu szczurów. Jednak w "Motherly Love" oberwało się też hipisom, a "Trouble Every Day" dotyka poważniejszego problemu rasizmu i brutalności policji.
W młodości Frank Zappa nie był w ogóle zainteresowany muzyką rozrywkową. Do dwudziestego roku życia komponował utwory inspirowane raczej twórczością Edgara Varése'a i innych poważnych kompozytorów XX-wiecznych. Nie przeszkadzało mu jednak, by dołączyć jako gitarzysta do barowej grupy Soul Giants, wykonującej przeróbki popularnych kawałków rhythm'n'bluesowych oraz doo-wopowych. Jego rola szybko jednak rosła, zaczął dodawać do repertuaru własne utwory - początkowo bliskie pierwotnej stylistyki, a dopiero z czasem coraz dziwniejsze. Zaproponował też nową nazwę The Mothers of Invention - od motherfuckers, jak wówczas mawiano na dobrych muzyków, co było zamierzoną autoironią. Niekonwencjonalne pomysły Zappy spotykały się z niezrozumieniem publiczności, która głośno wyrażała swoje niezadowolenie. A muzycy w rewanżu obrażali widzów, co przyniosło im pewien rozgłos. Nie wiedział o tym wszystkim producent Tom Wilson, który uczestniczył tylko we fragmencie występu, gdy grano akurat bardziej konwencjonalny "Trouble Every Day". Pomyślał, że to typowa biała grupa bluesowa, a że akurat był na nie popyt, pomógł muzykom w podpisaniu kontraktu z Verve.
W momencie nagrywania "Freak Out!" The Mothers of Invention tworzyli wraz z Zappą gitarzysta Elliot Ingber, basista Roy Estrada, perkusista Jimmy Carl Black oraz główny wokalista Ray Collins, grający też na harmonijce i perkusjonaliach. Ponadto zaangażowano wielu muzyków sesyjnych, w tym sześcioosobową sekcję dętą oraz sześciu wiolonczelistów. Z nazwisk warto natomiast wymienić jazzowego pianistę Lesa McCanna, kolejnego klawiszowca Maca Rebennacka - lepiej znanego pod późniejszym pseudonimem Dr. John - oraz odpowiadającego tu tylko za chórki Paula Butterfielda. Cała sesja zajęła zaledwie cztery marcowe dni 1966 roku. Wydawca nie zgodził się na przedłużenie nagrań. Ucierpiał na tym zwłaszcza najważniejszy utwór na albumie, "The Return of the Son of Monster Magnet", który ku niezadowoleniu Zappy opublikowano w nieukończonej wersji. Wcześniej artysta otrzymał dodatkowe środki - równowartość dzisiejszych pięciu tysięcy dolarów (było to jednak ledwie 1,5% całego budżetu) - na wynajęcie sprzętu perkusyjnego i sprowadzenie dodatkowych muzyków głównie do tego właśnie utworu, więc o pominięciu go w repertuarze nie mogło być mowy.
"Freak Out!" nie jest aż tak rewolucyjnym albumem, jak często się go przedstawia. Część utworów faktycznie wypada bardzo nowatorsko, podczas gdy pozostałe po prostu wpisują się w estetykę rocka połowy lat 60. Ten podział zresztą niemal idealnie pokrywa się z tym, jak rozdzielono materiał na płytach. Gdyby tylko zamienić miejscami "Who Are the Brain Police?" z "Trouble Every Day", powstałby jeden dysk z samymi piosenkami i drugi wyłącznie z odpałami. Tak zresztą pierwotnie planowano wydać ten album i trochę szkoda, że z tego zrezygnowano.
Bardziej konwencjonalne kawałki na ogół wypadają całkiem przyjemnie. Stylistycznie najczęściej mieszczą się gdzieś pomiędzy rhythm and bluesem a wczesną psychodelią, czasem z dodatkiem mniej typowych perkusjonaliów lub bardziej standardowej sekcji dętej. Zdarzają się też pewne udziwnienia, zwłaszcza w warstwie wokalnej - szczególnie przoduje w tym parodiujący muzykę dla dzieci "Wowie Zowie". Nie brak tu też ewidentnie prześmiewczych pastiszów ówczesnej muzyki popularnej, jak w mocno beatlesowskim "Any Way the Wind Blows". Swoją drogą, żarty z estetyki nie wykluczają bardzo zgrabnej melodii i solidnego wykonania. Ostrzejszy "Hungry Freaks, Daddy" opiera się na riffie łudząco przypominającym stonesowski "Satisfaction", choć ogólnie bliżej mu do Cream. Świetnym pomysłem było natomiast dodanie perkusjonaliów, nadających lekko onirycznej atmosfery. Tymczasem "Trouble Every Day" to już typowy blues rock z harmonijką. A znalazł się tu jeszcze chociażby staromodny doo-wop w postaci "Go Cry on Somebody Else's Shoulder" czy zorkiestrowany "I'm Not Satisfied".
Ciekawej robi się jednak wtedy, gdy zamiast parodiowania różnych konwencji muzycy próbują grać na swój własny sposób - wciąż z humorem, jeszcze dziwniej, ale też z większymi ambicjami artystycznymi. "Who Are the Brain Police?" prezentuje takie podejście w zwartej, trzyminutowej formie. Wydano go nawet na singlu promującym album, choć to najmniej piosenkowy z krótszych kawałków. To mocno psychodeliczne nagranie, z początku nawet nieco przywołujące ten baśniowy klimat wczesnego Pink Floyd, ale podszyty pewnym niepokojem, by w środkowej części zmienić się w dziką i złowrogą improwizację. To jednak wciąż bardzo przystępne granie w porównaniu z dwoma najdłuższymi nagraniami.
Blisko dziewięciominutowy "Help, I'm a Rock" składa się z trzech segmentów. W pierwszym, "Okay to Tap Dance", zespół łączy transową repetycję z lekko arabizującą melodią i wokalnymi wygłupami - brzmi to znacznie nowocześniej, niż wskazuje rok wydania. Kolejny segment, "In Memoriam, Edgar Varése", to właściwie krótka aleatoryczna wstawka wokalno-perkusyjna. Natomiast finałowy "It Can't Happen Here", na kompaktowych reedycjach wydzielony jako osobna ścieżka, składa się głównie ze staromodnych wielogłosów a capella w stylu grup barbershopowych - oczywiście odpowiednio udziwnionych - na chwilę przerwanych gęstą improwizacją fortepianowo-perkusyjną, bliższą muzyki współczesnej niż rocka.
A jest jeszcze trwający ponad dwanaście minut kolaż dźwiękowy "The Return of the Son of Monster Magnet (Unfinished Ballet in Two Tableaux)", tym razem złożony z dwóch segmentów. Pierwsza część, "Ritual Dance of the Child Killer", zachowuje związki z rockiem jedynie dzięki wyraźnie zaznaczonemu rytmowi, o mocno repetycyjnym charakterze, choć z czasem ulegającym przetworzeniom. Towarzyszą mu jakby przypadkowe dźwięki pianina i perkusjonaliów, a także dziwaczne grupowe wokale. "Nullis Pretii (No Commercial Potential)" to już wyłącznie ludzkie głosy poddane taśmowym manipulacjom. Początkowo miało tu być więcej instrumentów, jednak muzycy nie zdarzyli ich zarejestrować. A mimo to powstało jedno z najciekawszych, a zarazem najbardziej przełomowych osiągnięć wczesnego rocka - pierwszy utwór tak dalece poszerzający granice tego gatunku i na taką skalę wprowadzający elementy współczesnej poważki, przede wszystkim muzyki konkretnej. Później zarówno innym wykonawcom, jak i samemu Zappie, bardziej imponująco wychodziły takie eksperymenty, ale to od tego nagrania wszystko się zaczęło.
"Freak Out!" to niewątpliwie album ważny, nowatorski, przełomowy i wpływowy, co czyni z niego obowiązkową pozycję dla każdego, kto chce mieć jakieś pojęcie o muzyce. Nie można jednak lekceważyć faktu, że spora część tego materiału to po prostu typowe dla tamtych czasów piosenki - często bardzo przyjemne, ale to nie dzięki nim całość zapisała się w historii - natomiast w tych eksperymentalnych momentach artystyczna wizja Franka Zappy jest jeszcze niedopracowana, a grający z nim wówczas instrumentaliści nie mieli szczególnie imponujących umiejętności. W rezultacie debiut The Mothers of Invention to wydawnictwo, które budzi mój szacunek swoimi najbardziej innowacyjnymi momentami i historycznym znaczeniem, ale zachwyt ze słuchania wywołuje umiarkowany.
Ocena: 7/10
Recenzja dodana 6.2026
The Mothers of Invention – "Freak Out!" (1966)
LP1: 1. Hungry Freaks, Daddy; 2. I Ain't Got No Heart; 3. Who Are the Brain Police?; 4. Go Cry on Somebody Else's Shoulder; 5. Motherly Love; 6. How Could I Be Such a Fool; 7. Wowie Zowie; 8. You Didn't Try to Call Me; 9. Any Way the Wind Blows; 10. I'm Not Satisfied; 11. You're Probably Wondering Why I'm Here
LP2: 1. Trouble Every Day; 2. Help, I'm a Rock (Suite in Three Movements); 3. The Return of the Son of Monster Magnet (Unfinished Ballet in Two Tableaux)
LP2: 1. Trouble Every Day; 2. Help, I'm a Rock (Suite in Three Movements); 3. The Return of the Son of Monster Magnet (Unfinished Ballet in Two Tableaux)
Skład: Frank Zappa - gitara, wokal, dyrygent; Elliot Ingber - gitara; Roy Estrada - gitara basowa, wokal; Jimmy Carl Black - perkusja i instr. perkusyjne, wokal; Ray Collins - harmonijka, instr. perkusyjne, efekty, wokal
Gościnnie: John Rotella - klarnet, saksofon basowy; Roy Caton - trąbka; Virgil Evans - trąbka; David Wells - puzon; Arthur Maebe - waltornia; George Price - waltonia; Eugene Di Novi - pianino; Les McCann - pianino; Mac Rebennack - pianino; Carol Kaye - gitara; Neil LeVang - gitara; Gene Estes - instr. perkusyjne; Edwin V. Beach, Paul Bergstrom, Raymond Kelley, Kurt Reher, Emmet Sargeant, Joseph Saxon - wiolonczele; Motorhead Sherwood - efekty; Paul Butterfield - wokal; Kim Fowley - wokal; Jeannie Vassoir - wokal
Producent: Tom Wilson
Komentarze
Prześlij komentarz
Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.