[Recenzja] Perfect - "BodeNote" (2026)

Nie sądziłem, że kiedyś jeszcze spodoba mi się jakiś album Perfectu. A wystarczyło, że tę banalną nazwę przyjmie zupełnie inna grupa - założona po drugiej stronie Atlantyku, odległa stylistycznie i istniejąca dopiero od kilku lat. Muzycy z pewnością nie mieli nawet pojęcia, że w jakimś odległym kraju grupa o tej samej nazwie cieszy się dużą, choć ograniczoną lokalnie sławą. Nazwanie się Perfect ma jednak swoje konsekwencje z całkiem innego powodu. Spróbujcie tylko znaleźć w sieci cokolwiek na temat eponimicznego albumu zespołu z 2022 roku. Może właśnie dlatego wydany dwa lata później następca nosi już bombastyczny tytuł "Monkey Jockey Man and the Safari Tick Sugar", a najnowszy "BodeNote" nie zawiera spacji.
Muzykę grupy Perfect najprościej określić jako avant-prog (to zdanie wciąż brzmi dla mnie absurdalnie), ale inspiracje są tu szersze i zniuansowane w zależności od utworu, choć te płynnie w siebie przechodzą, tworząc 40-minutową formę. Otwieracz "If I Were a King" zaczyna się jak subtelna folkowa piosenka z melodyjnym śpiewem, by z czasem zaczęło pojawiać się coraz więcej hałaśliwych dźwięków - w tym rzężenie puzonu - a wokal nabrał udziwnionej teatralności. Krótki instrumental "Grover's Overstated Salute" podtrzymuje ten avant-folkowy nastrój, ale w bardziej psychodeliczno-onirycznym wydaniu. Za to rozbudowany, prawie 9-minutowy "Oh…. Yes!" przynosi zwrot w stronę mieszanki Rock in Opposition, klasycznego proga z okolic Gentle Giant, math-rocka i post-punku. Świetna rzecz, o dynamicznie zróżnicowanej, nieprzewidywalnej strukturze, ponadprzeciętnym wykonaniu - opartym na zespołowej interakcji, nie na indywidualnych popisach - a przy tym wciąż wyrazista i atrakcyjna melodycznie.
W niemal równie długim "Machine Termite" Perfect brutalnieje, momentami zbliżając się - przede wszystkim wokalnie - do ekstremalnych form metalu. To jednak cały czas złożone granie, a z czasem pojawia się więcej subtelności. Zwiększa się też dawka szaleństwa, ale znalazło się również miejsce na dłuższe, prawie klasycznie rockowe solo gitarowe. W najdłuższym na płycie, przekraczającym dziesięć minut "Topian Prectiuy", motywy zmieniają się jak w kalejdoskopie, utwór cały czas się rozwija, wprowadzając na płytę kilka nowych elementów, jak taneczna, prawie funkowa rytmika i quasi-rapowane wokale, jazzujący swing czy zabawy z syntezatorem, a do tego sporo zappowskiego humoru. Finałowy instrumental "Over the Stimulant Axis" jest już krótszy, bardziej zwarty, ale nadrabia swoją intensywnością, złożonością i ciężarem, by dopiero na sam koniec się wyciszyć. A dla tych, którzy kupią album na Bandcampie, są jeszcze dwa dodatkowe nagrania, trwające razem dłużej od podstawowego wydania: "Grover's Understated Salute" i "Raisin-Ran-thru".
Udał się Perfectowi ten album. Muzycy oczywiście czerpią z przeszłości, ale nie jest to naśladowanie jednego czy dwóch wykonawców, a synteza różnych stylów, których elementy łączą się tu w nowym kontekście. Wprawdzie do doskonałości czegoś mi tu brakuje, może nieco większej indywidualności, ale to wciąż bardzo dobre granie.
Ocena: 8/10
Perfect - "BodeNote" (2026)
1. If I Were a King; 2. Grover's Overstated Salute; 3. Oh....Yes!; 4. Machine Termite; 5. Topian Prectiuy; 6. Over the Stimulant Axis (Or the Descension of the 142984km Silver Ring)
Skład: Ian Palmerton - wokal; Sam Holik - gitara; Sam Colgrove - gitara basowa, instr. klawiszowe, puzon, wokal; Jake Ross - perkusja
Gościnnie: Tyler Hushour - instr. perkusyjne; WiiJake Squid - dodatkowy wokal
Gościnnie: Tyler Hushour - instr. perkusyjne; WiiJake Squid - dodatkowy wokal
Producent: Perfect
Tak z ciekawości, jakie albumy z kręgu prog-rocka symfonicznego cenisz sobie najbardziej? Wiem, że nie przepadasz, ale jeśli miałbyś wskazać, to które by to były?
OdpowiedzUsuńTo nie tak, że nie przepadam, bo kilka albumów oceniam 10/10. Po prostu w tej stylistyce łatwo o rzeczy, za którymi nie przepadam - przesadny patos, efekciarskie solówki, rozciąganie utworów bez pomysłu itp.
UsuńW tej symfonicznej stylistyce mieszczą się jednak tak cenione przeze mnie albumy wczesnego King Crimson, Van der Graaf Generator, co lepsze dokonania Yes czy ELP, a na upartego nawet Gentle Giant.