[Recenzja] Swans - "My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky" (2010)

Okładka płyty "My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky" Swans.


Po rozwiązaniu Swans Michael Gira skupił się na nowym projekcie. Pod szyldem Angels of Light zwrócił się w stronę bardziej akustycznego, piosenkowego grania, trochę jak w czasach "The Burning World". Jednak pod koniec pierwszej dekady obecnego stulecia, tworząc nowe utwory z myślą o kolejnej płycie AoL, zdał sobie sprawę, że kompozycje te aż proszą się o bardziej masywne brzmienie. A to już raczej pasowałoby do jego wcześniejszej grupy. Tak narodził się pomysł reaktywacji Swans. Dla uzyskania odpowiedniego efektu potrzebne były jednak środki finansowe na zorganizowanie profesjonalnej sesji nagraniowej. Gira zebrał fundusze, sprzedając demo z domowymi, akustycznymi wersjami nowych kompozycji, z których większość powróciła w ulepszonych wersjach na pierwszym od czternastu lat studyjnym albumie Swans.

Do nowego składu grupy Gira wybrał muzyków, z którymi najlepiej grało mu się w przeszłości. Norman Westberg, Christoph Hahn oraz Phil Puelo występowali już we wcześniejszych wcieleniach Swans, natomiast Chris Pravdica i Thor Harris udzielali się w Angels of Light. Wśród gości znalazł się jeszcze Bill Rieflin (współpracował z oboma zespołami) oraz muzycy grający na dęciakach czy mandolinie. Najbardziej mógł zaskoczyć brak Jarboe, która współtworzyła grupę nieprzerwanie od połowy lat 80., w ostatnich latach przed rozpadem stając się wręcz współliderką. Zaskoczyć, ale niekoniecznie zasmucić. To w końcu ona zdawała się ciągnąć zespół w takim bardziej przesadzonym, egzaltowanym kierunku. Z pewnością i tutaj byłoby podobne, zwłaszcza przy uduchowionej tematyce tekstów. Na którą wskazuje już sam tytuł "My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky", zaczerpnięty z tekstu utworu "Oxygen". Paradoksalnie, to akurat jedna z tych kompozycji, które były na demówce, ale na albumie już się nie znalazły. Jako jedyna z tych odrzutów doczekała się jednak bardziej dopracowanej, zespołowej wersji - tyle że dwa albumy póżniej, na "To Be Kind".


Zaskakująco dobrze udał się ten powrót. "My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky" to jedna z najbardziej zwartych i równych płyt w dotychczasowej dyskografii Swans. Zaledwie trzy kwadranse muzyki - najkrócej od czasu wspomnianego "The Burning World" - za to w końcu na bardzo wyrównanym poziomie. W zasadzie zastrzeżenia mam jedynie do "You Fucking People Make Me Sick", który pomimo odważnego, bezkompromisowego tytułu, zapowiadającego coś zwariowanego, w znacznej części jest jedynie mdłą, niemrawą piosenką z dziecięcymi chórkami, by w niemającym nic wspólnego z tym fragmentem kolejnym segmencie zmienić się w imitację XX-wiecznej awangardy. O wiele lepiej zespół wypada wtedy, gdy zamiast nieumiejętnie kombinować, po prostu gra zgrabną piosenkę, jak nawiązujące do neofolku, gothic country czy nawet muzyki gospel "Reeling the Liars In" i "Little Mouth", albo czadowy, wyluzowany rockowy numer, jak "My Birth", utrzymany na pograniczu post-punku, noise rocka i… bluesa. Najciekawiej jest jednak wtedy, gdy pojawia się ten swansowy trans, przybierający tu różne formy. Od bliskiego totalizmu, łączącego gitarowy zgiełk z bardziej mistycznymi brzmieniami "No Words / No Thoughts", przez zanurzony w amerykańskiej tradycji "Jim" oraz częściowo ostrzejszy, odrealniony nieco "Inside Madeline", po najbardziej intensywny, ciężki i podniosły "Eden Prison". Wszystko to mocarne utwory, z naciskim na otwieracz płyty, należące do najlepszych w całym dorobku zespołu. 
 
Po niemal półtorej dekady przerwy Swans powrócił w swoim najlepszym, przynajmniej do tamtej pory, wcieleniu. Słuchając "My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky" mam wrażenie, że muzycy dokładnie przeanalizowali wcześniejsze dokonania pod tym szyldem, wyciągnęli wnioski, co wychodziło dobrze, a co sprawdzało się mniej, po czym przygotowali materiał (niemal) wyłącznie z tym pierwszym. W dodatku po raz pierwszy w swojej historii Swansi brzmią jak zupełnie profesjonalny, a nie półamatorski zespół.

Ocena: 8/10


Swans – "My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky" (2010)

1. No Words / No Thoughts; 2. Reeling the Liars In; 3. Jim; 4. My Birth; 5. You Fucking People Make Me Sick; 6. Inside Madeline; 7. Eden Prison; 8. Little Mouth

Skład: Michael Gira - wokal, gitara, efekty; Norman Westberg - gitara, EBow; Christoph Hahn - gitara; Chris Pravdica - gitara basowa, drumla (5); Thor Harris - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, wibrafon, dulcimer; Phil Puleo - perkusja i instr. perkusyjne, dulcimer
Gościnnie: Bill Rieflin - perkusja, instr. klawiszowe, gitara; Brian Carpenter - trąbka, trąbka suwakowa; Steve Moses - puzon; Grasshopper - mandolina; Devendra Banhart - wokal (5); Saoirse Gira - wokal (5)
Producent: Michael Gira


Komentarze

  1. I o selekcję chodziło. Nie o przesyt.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię ten album, imo jest przyćmiony przez monumentalną trylogię, ale dawanie jej wyższej noty niż Soundtrack czy Anihilator, to pewna ekstrawagancja :) Dla mnie taka szkolna czwórka - solidna pozycja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie ekstrawagancja, tylko konsekwencja. W recenzjach "SftB" i
      "TGA" merytorycznie uzasadniłem oceny, a to, że inni ignorują te wady, nie obliguje mnie do powtarzania zbiorowych dogmatów. Jeżeli jakaś płyta jest zwyczajnie lepiej skonstruowana, spójniejsza i mniej obciążona mieliznami, to dostaje wyższą ocenę - niezależnie od tego, jaką pozycję ma w fandomowym kanonie.

      Usuń
  3. Dodam, że utwór "My Birth" jest niejako pewnym łącznikiem z "dawnym" Swans. Powstał prawdopodobnie w 1996 roku i był grany przez większość pożegnalnej wtedy trasy rok później. Można go posłuchać na bootlegach. Wersja albumowa jednak mocno zyskuje w stosunku do pierwowzoru.

    OdpowiedzUsuń
  4. Muszę przyznać bez bicia, że tej płyty nie słuchałem jeszcze, ale jeżeli jest „lepsza” niż T G Annihilator to muszę tą zaległość nadrobić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest lepsza. Anihilitaor to klasyk. Niemniej My father to przyjemna płyta. Jeżeli ktoś nie jest zaprawiony w bojach, to może się spodobać, bo ma niski próg wejscia. Ale jest sporo ważniejszych i ambitniejszych albumów Swans, które warto spróbować w pierwszej kolejności :)

      Usuń
    2. Jest bardzo dobra. Wszystkie fajne elementy z "dużej trylogii", ale podane w bardziej zwarty sposób. Zgadzam się z recenzją Pawła.

      Usuń
    3. Subiektywne lepsze i dogmatyczny klasyk jakoś nie przekonują mnie bardziej niż konkretne argumenty w moich recenzjach. Jeśli przez zaprawienie w bojach rozumiesz katowanie się jękami Jarboe, bieda-podróbą XX-wiecznej awangardy i innymi fillerami tak długo, aż zaczną się podobać, to jest to syndrom sztokholmski, a nie rzeczowe podejście do oceny muzyki.

      Usuń
    4. Ha ha, to tak samo można powiedzieć o kimś kto próbuje wejść z Iron Maiden czy DP do canterburasów czy Magmy, wmawiając sobie że to jest dobre, musi się podobać bo jak nie to jest się ignorantem. Trzeba wyznawać Windmill! To już nawet nie syndrom Sztokholmski tylko muzyczne pranie mózgu, jak sekta.

      Usuń
    5. W ogóle, jak już wspominasz o jękach Jarboe, jakieś 10 lat temu miałem okazję pójść na jej koncert, zupełnie nie znając twórczości Swans. Towarzyszył jej jakiś włoski zespół avant folkowy. Całość była okrutnie słaba, nie pomagała też publiczność. W pamięć mi zapadł jakiś podpity gość, którzy krzyczał na tych smęcących włochów, że nie chce słuchać ich, tylko Jarboe. Wokalistka nie zmieniła poziomu muzyki.

      Usuń
    6. @Harris: Z początku miałem neutralny stosunek do Jarboe. Przy “Children of God” nawet dość pozytywny i tytułowy utwór dalej uważam za jeden z lepszych w dorobku Swans. Ale potem z płyty na płytę brzmi coraz bardziej karykaturalnie. To oczywiście moja subiektywna opinia, ale nie sądzę, by dało się obronić jej partie wokalne za pomocą jakichś bardziej obiektywnych, merytorycznych kryteriów, np. chwaląc technikę czy powołując się na jakieś kanony. Nie ma tu tego kontekstu, jak chociażby w przypadku quasi-operowych, orffowskich wokali Magmy. Jarboe nie jest też Robertem Wyattem, który może i nieco fałszował, ale układał bardzo zgrabne linie melodyczne, w dodatku pomysłowo i sensownie zmienieniające się w każdym wersie. Nie jest również Captainem Beefheartem, który śpiewał, jakby był mocno wstawiony, ale tam całkowicie pasowało to do całej konwencji i oryginalnego konceptu. A skoro o tym mowa, to przecież Peter Hammill czy Czesław Niemen też mieli skłonność do nadekspresji, egzaltacji i teatralności, ale właśnie pasowało takie podejście do prog-rockowej konwencji, a poza tym szło to w parze ze znakomitym warsztatem wokalnym. W tych neo-folkowych kawałkach Swans taki śpiew nie ma żadnego sensu ani uzasadnienia.

      Usuń
    7. @Cymbergaj: Tak, tak - nie musisz już na różne sposoby powtarzać, że nie jesteś w stanie przyswoić niczego, co nie wpisuje się w estetykę klasycznego rocka i jest bardziej wymagające niż Rush. Mógłbyś jednak w końcu przyznać to wprost - nie w ramach publicznej samokrytyki, tylko sam przed sobą - że należysz do tej najliczniejszej grupy odbiorców muzyki, którzy po prostu nie są zainteresowani rozwojem ani otwieraniem się na nowe doznania. I nie ma w tym nic złego. Problem zaczyna się dopiero tam, gdzie dochodzi do tego syndrom oblężonej twierdzy: zamiast skupić się na słuchaniu i czytaniu o tym, co lubisz, ciągle tylko walczysz z tym, czego nie rozumiesz. A jak nie rozumiesz, to szukasz też prostych wytłumaczeń, że innym też się to nie podoba, tylko udają. Twoje niezrozumienie innej muzyki nie wynika przy tym z żadnej analizy, a wyłącznie z subiektywnych uprzedzeń.

      Ja akurat potrafię zrozumieć, że komuś naprawdę mogą się podobać te niby-awangardowe eksperymenty Swans z “Soundtracks for the Blind”. Oburzyło mnie tylko protekcjonalne stwierdzenie o zaprawieniu w bojach, sugerujące, że jeśli nie jestem entuzjastą tych fragmentów, to pewnie brakuje mi odpowiedniego osłuchania. Tymczasem moja opinia wynika właśnie ze znajomości XX-wiecznej awangardy oraz licznych rockowych lub jazzowych albumów z odniesieniami do niej. I z tej perspektywy oceniam, że Swans chcieli rywalizować z poważnymi kompozytorami, a jednocześnie kompletnie nie mieli ku temu kompetencji: ani wiedzy, ani warsztatu, ani wyobraźni. W efekcie wyszła tylko słaba imitacja.

      Dobrze, że wspominasz o Magmie - bo to świetny kontrprzykład. Tam nie chodziło o kopiowanie Strawińskiego (nawet jeśli raz zdarzyło im się przepisać parę taktów), tylko o przeniesienie pewnych jego rozwiązań na rockowy grunt, wzbogacając je jeszcze inspiracją Coltrane’em. To nie była próba „konkurowania” z awangardą, tylko stworzenia czegoś nowego - i rzeczywiście powstała zupełnie nowa odmiana rocka, zeuhl, która doczekała się licznych naśladowców. I oceniając to jako muzykę rockową naprawdę trudno sformułować jakiekolwiek sensowne, merytoryczne zarzuty. A że komuś się nie podoba - to zupełnie inna kwestia. Obiektywnie było to coś nowego, oryginalnego i wykonawczo ponadprzeciętnego, jak na rockowe standardy. Tego samego nie da się powiedzieć o tych nagraniach Swans.

      Tylko ktoś zamknięty na jakiekolwiek zmiany, kto sam w ogóle się nie rozwija, może myśleć, że skoro kiedyś słuchało się Iron Maiden czy Deep Purple, to niemożliwa jest zmiana upodobań. To był tylko pewien etap mojej ewolucji jako słuchacza. Zresztą to właśnie na tamtym etapie, gdy ograniczałem się do rockowego mainstreamu, katowałem się nawet tymi płytami tych zespołów, które mi nie podchodziły. Robiłem to tylko dlatego, że nie chciałem słuchać w kółko tych samych kawałków, a jednocześnie nie chciałem otworzyć się na cokolwiek innego. Odkąd przestałem ograniczać się do jednego idiomu, taki problem przestał istnieć. Jeśli potrzebowałem więcej odsłuchów, żeby coś docenić, to nie miało to nic wspólnego ze zmuszaniem się, lecz z tym, że od pierwszego kontaktu słyszałem w tej muzyce coś intrygującego. Nawet “Third” Soft Machine - mój pierwszy kontakt z czymś tak wykraczającym poza mainstreamowy rock - było dla mnie trudne i fascynujące, ale nie męczące. Drugi odsłuch przypadł w okresie mojej fazy na blues rocka, gdy zainteresowały mnie te jazzujące momenty u Mayalla czy Santany. Tak więc w moim przypadku był to stopniowy, logiczny rozwój gustu, a nie zmuszanie się do słuchania czegokolwiek.

      Usuń
    8. Oburzenie jest niepotrzebne, bo napisałem jedynie prostą rzecz - My Father ma o wiele niższy próg wejścia niż Soundtrack, nie mówiąc już np. o debiucie. Jak ktoś nie zna sceny niezalu i samych Swans, czyli nie jest ZAPRAWIONY W BOJACH, to jest oczywistym, że łatwiej przyswoi Father niż np. Glowing Man. Pamiętam dobrze, że gdy pojawiła się w 2010 roku, to weszła mi bez popity, mimo że słuchałem wówczas głównie classic rocka.

      Co jednak istotniejsze, jak myślę, pisałem to odnośnie komentarza Interpola, nie Twojego. Nie moja wina, że poczułeś się adresatem.

      Usuń
    9. Niezależnie od tego, do kogo kierowałeś oba komentarze, to z ich zestawienia wyłania się z nich kategoryczne stwierdzenie, że kto wyżej ocenia "My Father" niż "Soundtracks" i "Annihilatora", ten nie jest wystarczająco osłuchany, bo inaczej doceniłby bardziej coś ambitniejszego. Może dokonałem nadinterpretacji, a może wyrażasz się niezbyt precyzyjnie. W każdym razie gothic-rockowego "Annihilatora" nie nazwałbym bardziej ambitnym, a "Soundtracks"… no tu zdecydowanie ambicje były wielkie, tylko zwyczajnie przerosły zespół. Z tym, że "My Father" jest przystępny możesz mieć rację, bo doceniłem go już parę lat temu przy pierwszym kontakcie, a słuchany wcześniej "The Seer" raczej mnie wymęczył i wynudził, choć w tamtym czasie bez problemu wchodziły mi już różne jazzy free czy avant-progi.

      Usuń
    10. @Paweł mam podobny stosunek do Jarboe co ty. O ile na Children of God jej śpiew stanowi fajne dopełnienie, tak im dalej w las, tym gorzej. Pewnym wyjątkiem jej jej popis acapella na koncertówce Swans Are Dead - Blood On Yr Hands - który moim zdaniem wypada naprawdę świetnie. Co do techniki, znała ona na pewno podstawy teoretyczne - sam Gira opowiadał o tym, że Jarboe nauczyła go poprawnie śpiewać, przez co nawet dziś jego głos brzmi naprawdę dobrze, bez efektu "zdziadzienia", który dolega wielu wokalistom w jego wieku. Nieco inaczej wypada wykorzystanie tego w praktyce w przypadku Jarboe.

      Usuń
    11. Ty masz jakąś obsesję na punkcie tego Rush. Nie wiem skąd wysnucie teorii, że nie jestem w stanie przyswoić nic bardziej skomplikowanego. Wielokrotnie chyba komentowałem inne recenzje, po przesłuchaniu, więc sądzę że ten komentarz ma tylko cel by dokopać rozmówcy. Zresztą czasem nawet wyrażałem zachwyt konkretnymi nagraniami. Tylko doszło do mnie, że chyba czasem wymuszałem to na sobie i raczej wynikało to wmówienia sobie że "Ascension jest wielkie i basta!" Politowanie budzi nie tyle przejście od DP czy IM do Mingusów i Geordie Creepów co nabranie przesadnie krytycznego stosunku do tych drugich. A cóż, mimo że te teczki tkwią w Twoim muzycznym IPNie (IPMie?) to nie ma co zachowywać się jakby to była plama na honorze.

      Usuń
    12. Z tą obsesją to mocne słowa jak na kogoś, kto od jakiejś dekady wchodzi tu głównie po to, by wylewać swoją frustrację, że zacząłem pisać o muzyce, której on nie rozumie. O Rush właściwie w ogóle nie wspominam, jeśli ktoś inny tego najpierw nie zrobi, ale widocznie trafiłem w jakiś czuły punkt, skoro tak na to reagujesz.

      I cóż z tego, że czasem napisałeś coś pozytywnego o czymś mniej konwencjonalnym, skoro było to przeważnie w ramach wstępu do jakiegoś ale, po którym zaczynały się absurdalne zarzuty. Właśnie też wprost potwierdziłeś, że w poprzednim komentarzu dokonałeś na mnie projekcji swoich własnych doświadczeń. To jest bardzo naiwne, uproszczone rozumowanie: skoro ja sobie tylko wmawiałem, to inni też sobie wmawiają. Nie, świat tak prosto nie działa.

      Nie musisz też udawać jakiegoś wybitnego historyka, który w ukrytych archiwach znalazł niewygodną prawdę na mój temat, bo ja nigdy się nie wypierałem i nie ukrywałem tego, że kiedyś najbardziej lubiłem muzykę w stylu Iron Maiden i Deep Purple (jest to np. bardzo wyraźnie napisane w sekcji FAQ), ani że oceniałem ich płyty wyżej, abstrahując już od tego, że wciąż wiele z nich ma u mnie wysokie noty. Jednak właśnie na tym polega rozwój, że pod wpływem nowych informacji - czyli w tym przypadku po prostu poznając nową muzykę i czytając różne opracowania na jej temat - zmienia się zdanie, weryfikuje wcześniejsze opinie.

      A przekręcając nazwiska muzyków, pokazujesz jedynie własne ułomności, a nie ich.

      Usuń
    13. Co do przekręcania nazwisk muzyków - to Ty określiłeś perkusistę Deep Purple "Pejsem", co zawiera w sobie jeszcze dodatkowy przytyk. Ta, powiesz że to ja się doszukuję i nadinterpretuję. Ale nie tu jest miejsce na politykę. No w każdym razie uwielbiasz kopać biednego Paice'a za solo na Made in Japan. Do dziś pewnie żałuje, że postanowił chwilowo przejść inicjatywę. Bo przecież tylko jazzowi perkusiści grają bezbłędnie i mają prawo coś zaimprowizować. Pewnie w końcu znajdziesz gatunek przy którym zblednie i jazz, ale cóż. 8-10 lat temu nie przyśniło mi się ze zaczniesz kopiować styl i słownictwo z Porcys, a tymczasem można tu przeczytać artyści zaczęli dowozić i tylko boomerzy słuchają gitarocentrycznego sikstisowego niezalu.

      Powinieneś robić w polityce albo sądownictwie - mógłbym powiedzieć, że dalej lubię posłuchać czegoś prostszego, ale zaczęłyby się przytyki, że to zatrzymanie w muzycznym rozwoju. Z kolei jak szczerze przyznam, że lubię coś bardziej złożonego, ale nie udaję, że jest to doskonałe - bo po diabła miałbym udawać, to zarzuty są nazywane absurdalnymi. No tak sie bawić nie będę. Nie chce mi się cytować Twoich recenzji, ale wstęp do Powerslave gdzie pośrednio czujesz odrazę do samego siebie lub jedna z recenzji wczesnego Judas Priest to było prezentowanie postaw do których ja sam bym się w życiu nie posunął.

      Co do narzekania na to o czym piszesz. Ja wyłącznie wytykam, że skoro doceniasz artystów tworzących przeróżne wydmuszki to dziwne, że nie doceniłeś czegoś mniej szarlatańskiego. Rozwój muzyczny sam w sobie jest dobry, ale nie wiem jak nazwać pójście w taką stronę. Nie wiem kto by dokonał takiego zwrotu i zaczął oceniać płyty w ten sposób - albo ktoś, kto kompletnie nie zna się na muzyce i pewnie najbardziej ceni jakieś badziewie (ale może też przypadkiem cenić jakieś dobre rzeczy, różnie z tym bywa), albo ktoś, kogo obchodzą tylko wyższe formy sztuki i tak bardzo stracił kontakt z rzeczywistością, że nawet w przypadku tego albumu pomija obiektywne walory. W obu przypadkach jest to skrajnie subiektywne, ignoranckie i aroganckie podejście.

      Usuń
    14. Ale to słabe i co gorsze pretensjonalne. Ja słucham ambitniejszej(?) muzyki to racja jest po mojej stronie.
      Zgadzam się że recenzent człowiek opinie powinien mieć background ale słuchacz niekoniecznie a i tak swoją opinię ma prawo i obowiązek mieć.

      Usuń
    15. Co więcej zupełnie mi nie wstyd że lubię lirycznego Eltona, Queen, Omd, czy Pet show Boys:). Na dodatek o zgrozo fanem Sinatry można mnie nazwać. W zupełności nie przeszkadza a nawet pomaga mi przy grzebaniu w naprawdę odpałowych rzeczach. Mniej spiny panowie więcej luzu.

      Usuń
    16. @Kosien:
      W ogóle nie zrozumiałeś, o czym jest ta dyskusja i co staram się przekazać. Oto wersja maksymalnie uproszczona:

      Dobrze jest:
      ✅ słuchać prostej muzyki bez artystycznych ambicji
      ✅ słuchać bardziej złożonej muzyki
      ✅ potrafić docenić coś pomimo osobistego odbioru

      Źle jest:
      ❌ czuć frustrację z powodu słuchania prostej muzyki / braku umiejętności docenienia muzyki bardziej wymagającej - i odreagowywać to poprzez deprecjonowanie tej muzyki (bez merytorycznego uzasadnienia) lub poprzez złośliwości wobec niej i jej słuchaczy
      ❌ przenosić własne doświadczenia na innych (np. „skoro ja się kiedyś zmuszałem, to inni też się zmuszają”)
      ❌ uznawać swoje subiektywne odczucia za jedyne słuszne i ignorować merytoryczne argumenty
      ❌ wchodzić na stronę z recenzjami i oczekiwać ocen oraz opinii zgodnych z własnymi
      ❌ sprowadzać dyskusję o muzyce do poziomu „mnie się podoba / mnie się nie podoba” i tylko tego oczekiwać od innych

      Usuń
    17. @Cymbergaj:
      Tyle że nazwisko Paice’a wymawia się dokładnie w ten sposób. A znając mój stosunek do ksenofobii, rasizmu, mowy nienawiści itd., nie trzeba wielkiego wysiłku intelektualnego, by rozumieć, że nie było tam żadnej dwuznaczności. Tak samo często piszę o Koltrejnie czy Koltrejnowej, głównie żeby ubarwić język, uczynić go bardziej plastycznym i naturalnym. Takie spolszczenia mają w naszym języku długą tradycję, zwłaszcza w stosunku do zasłużonych osób. Stąd Jerzy Waszyngton, Szekspir czy Szopen. Analogiczne byłoby więc pisanie o Karolu Mingusie i Jerzym Gripie, ale przecież w tamtym komentarzu nie chodziło o spolszczenie ani zabawę językiem, tylko o wyraz doktrynerskiej pogardy.

      Recenzje polegają na ocenianiu muzyki, a nie na wystawianiu laurek. Jeśli coś według mnie nie działa, to o tym piszę – bez względu na to, czy chodzi o Swans, Deep Purple czy jazzmanów. Nie ma tu żadnego kopania. Na marginesie: solo Paice’a uważałem za słabe jeszcze zanim posłuchałem jakiejkolwiek płyty jazzowej, więc nie ma sensu dorabiać do tego ideologii.

      Zmiana zdania na temat rzeczy, które kiedyś lubiłem, wynikała przede wszystkim z tego, że wcześniej nie miałem żadnego porównania - słuchałem jednej estetyki i siłą rzeczy przymykałem oko na to, co mi w niej nie pasowało. Z czasem pojawiły się nowe informacje, nowe konteksty i nowe doświadczenia, więc naturalne było przewartościowanie wcześniejszych ocen. Co do słownictwa - po prostu wyjdź ze swojej piwnicy / bańki medialnej, to zobaczysz, że słowa te są w powszechnym użyciu.

      Nie mam żadnego problemu z prostszą muzyką. Dosłownie kilka dni temu wrzuciłem recenzję Depeche Mode - zespołu, o którym przez dwie dekady nie zmieniłem zdania i nadal go lubię. W ostatnich latach wracałem też do Iron Maiden czy Metalliki. W recenzji "Powerslave" opisałem jedynie obserwację pewnego mechanizmu - nie ma tam drugiego dna ani autoironii na poziomie egzystencjalnym.

      Natomiast mam dość tych trwających od lat niemerytorycznych, nierzadko wrednych komentarzy. Oceny typu wydmuszki czy szarlataneria nie wynikają w nich z analizy muzycznej, wiedzy czy porównań z muzyką o zbliżonych założeniach, tylko z czysto subiektywnych odczuć i uprzedzeń. To wszystko jest płytkie, uznaniowe, oddzielone od kontekstu i nie broni się w konfrontacji z faktami.

      Usuń
  5. Pawle twoje "konkretne argumenty" są bardzo interesujące, jak zawsze podczas czytania twoich recenzji. Myślę jednak, że @nar nie katuje się jękami Jarbo, bo po co miałby to robić. Do tego jeszcze "podróba XX-wiecznej awangardy" i "syndrom sztokholmski" to bardzo mocne, negatywnie określenia... Ja słuhając Annihilatora nigdy nie katowałem się, czerpię z tej płyty przyjemność.
    @nar mnie twoja wypowiedz w pełni zadowoliła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @interpol: Tylko zarzut o podrabianiu awangardy nie dotyczy “Annihilatora”, a kolaży z “Soundtracks for the Blind”. I tak, miało to być negatywne określenie - bo te fragmenty wypadają zwyczajnie blado na tle dzieł, dajmy na to, Schaeffera, Stockhausena, Pendereckiego, Xenakisa, Ligetiego czy Strawińskiego. To po prostu opis faktycznych braków warsztatowych. Dodatkowo, już bardziej subiektywnie uważam, że te kolaże oraz śpiew Jarboe z obu ostatnich albumów sprzed rozpadu, są po prostu w złym guście, tzn. kompletnie rozmijają się z moim poczuciem estetyki.

      Usuń

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)