[Recenzja] Evan Ziporyn & ContaQt - "Art Decade" (2025)

Muzycznie był to dość nietypowy tydzień. Z jednej strony przyniósł całkiem sporo wyczekiwanych przeze mnie premier. Z drugiej jednak wszystkie te albumy okazały się dla mnie raczej rozczarowaniem. "Touch" Tortoise i "Perseverance Flow" Natural Information Society wypadły dużo poniżej oczekiwań - które przynajmniej w tym pierwszym przypadku i tak nie były wygórowane - a zeszłoroczna Saagara poprawiona przez Shackletona okazała się mniej ciekawa od oryginału. Inne przesłuchane tytuły też niespecjalnie ze mną rezonowały. Wracam więc do poprzedniego tygodnia i płyty, której wydanie właściwie nie zostało nigdzie odnotowane. I to pomimo tego, że wypełniają ją kompozycje tak wielbionych powszechnie twórców, jak David Bowie, Brian Eno, Robert Fripp czy Harold Budd.
"Art Decade" to projekt Evana Ziporyna, formalnie wykształconego muzyka, wykładowcy akademickiego i multiinstrumentalisty - głównie klarnecisty - znanego z muzycznego kolektywu Bang on a Can, z którym wykonywał muzykę współczesną w sposób atrakcyjny dla słuchacza muzyki popularnej, choć najbardziej zasłynął ten projekt swoim opracowaniem "Music for Airports" Eno. Również pozostałe przedsięwzięcia Ziporyna zasypywały przepaść pomiędzy muzyką współczesną a popularną. Niezależnie od tego, czy były to wykonania dzieł Terry'ego Rileya lub Steve'a Reicha, czy orkiestrowe odczytanie albumu "Blackstar" Bowiego. Nie inaczej jest w przypadku "Art Decade", stworzonego wraz z nowym zespołem ContaQt, w skład którego weszli również klawiszystka Allison Wiebe, skrzypaczka Sarah Fraser Raff, wiolonczelistka Mary-Katherine Finch, gitarzysta i basista Andrew Noseworthy oraz perkusista i okazjonalnie trębacz Jerry Pergolesi. W nagraniach wzięło udział ponadto kilku gości, w tym Gerry Leonard, gitarzysta znany ze współpracy z Bowiem.
Czytaj też: [Recenzja] David Bowie - "'Heroes'" (1977)
Wszystkie kompozycje na "Art Decade" to interpretacje rockowej oraz ambientowej klasyki - utworów napisanych oraz oryginalnie wykonywanych przez Bowiego, Eno, Frippa i Budda. Wybór akurat tych artystów nie jest przypadkowy, bo ich drogi wielokrotnie się przecinały. Najwięcej, bo aż trzy utwory pochodzą z "'Heroes'" Bowiego, albumu nagranego z istotną pomocą Eno - jako producenta, klawiszowca i współautora części materiału - i mniejszym, ale istotnym udziałem Frippa jako gitarzysty. Dwa inne nagrania, "Red" i "Larks' Tongues in Aspic (Part 2)", to oczywiście kompozycje King Crimson, obie napisane samodzielnie przez Frippa. Znalazł się tu też "Evening Star" z drugiej, tak samo zatytułowanej płyty duetu Fripp & Eno, a także "Not Yet Remembered" z drugiej części tetralogii "Ambient", "The Plateaux of Mirror", tej nagranej przez Eno z Buddem. W nowych opracowaniach materiał ten nabiera odrobinę bardziej poważkowego charakteru.
Utwory King Crimson zachowują w tych wersjach przynajmniej część swojego pierwotnego ciężaru, intensywności i energii, a nawet zbliżoną budowę, zyskują natomiast bogatsze brzmienie, z większym udziałem smyczków oraz dodatkiem dęciaków. W takich aranżacjach utwory zespołu zabrzmiały wręcz symfonicznie, ale wciąż bez patosu, kierując się w bardziej avant-progowe rejony. Nie sposób jednak mówić tu o jakiejś faktycznie nowej jakości, istotnej wartości dodanej - muzycy grają świetnie, ale zbyt sztywno trzymają się oryginałów. Stricte akustyczne podejście do "Not Yet Remembered" - bez elektronicznych modulacji, ze smyczkami zamiast wokalizy, ale też niemalże identyczną partią pianina na pierwszym planie - również wypada bardzo sprawnie, kompetentnie, ale zachowawczo.
Czytaj też: [Recenzja] Fripp & Eno - "Evening Star" (1975)
Z odrobinę większą odwagą muzycy podchodzą do ambientowych utworów Bowiego: "Sense of Doubt", "Moss Garden" i "Neuköln", które również w oryginale następują po sobie w takiej właśnie sekwencji, płynnie połączone, tworząc razem większą formę. Wprawdzie dwa skrajne utwory zyskują tylko potężniejsze brzmienie, ale środkowy segment jest dwukrotnie dłuższy, a kluczowe w oryginale partie japońskiego koto przejmują tu inne instrumenty - szczególnie wyróżniają się solówki klarnetu, traktujące wyjściowy materiał w końcu z nieco większą swobodą. Cała ta heroesowa sekwencja stanowi najmocniejszy punkt "Art Decade", wraz z utrzymanym w podobnym klimacie - na pograniczu ambientu, post-rocka i współczesnej kameralistyki - "Evening Star". W przeciwieństwie do utworów z repertuaru King Crimson, tym razem udało się dokonać kompletnego odfrippowienia, zastępując jego charakterystyczną gitarę nieco folkowymi, pastoralnymi smyczkami, co akurat robi istotną różnicę, nawet jeśli stylistyka pozostaje zbliżona.
Świetnym pomysłem było na pewno sięgnięcie po kompozycje akurat tych twórców, niekoniecznie te najbardziej znane, za to dobrze ze sobą współgrające - wszystkie już pierwotnie miały antymainstreamowy charakter, aspirowały do sztuki wyższej. Instrumentaliści na "Art Decade" niewątpliwie pokazują duży kunszt wykonawczy, a pomysły aranżacyjne bywają całkiem interesujące. Zabrakło zaś większej odwagi lub po prostu chęci do bardziej zdecydowanego uwspółcześnienia czy zdekonstruowania tych kompozycji, aby pokazać je od innej strony. Akurat im bardziej muzycy oddalają się tu od oryginałów, tym więcej ma to sensu i wartości, więc szkoda, że nie poszli o krok czy dwa dalej. Ogólnie jednak to interesujące wydawnictwo, nie tylko jako ciekawostka dla miłośników twórców oryginalnych wersji, ale też jako przypomnienie, że muzyka popularna i współczesna nie muszą być swoimi przeciwieństwami.
Ocena: 7/10
Nominacja do płyt roku 2025
Evan Ziporyn & ContaQt - "Art Decade" (2025)
1. Red; 2. Not Yet Remembered; 3. Sense of Doubt; 4. Moss Garden; 5. Neuköln; 6. Larks’ Tongues in Aspic (Part Two); 7. Evening Star
Skład: Evan Ziporyn - klarnet, klarnet basowy; Allison Wiebe - pianino, pianino elektryczne, organy; Sarah Fraser Raff - skrzypce; Mary-Katherine Finch - wiolonczela; Andrew Noseworthy - gitara, gitara basowa; Jerry Pergolesi - perkusja i instr. perkusyjne, trąbka
Gościnnie: Alex Kotyk - kontrabas (1,6); João Carvalho - gitara (1); Gerry Leonard - gitara (4); Rob MacDonald - gitara (7)
Producent: Evan Ziporyn, Jerry Pergolesi i João Carvalho
W opisie albumu czytamy: "our goal is not to ‘elevate’ or legitimize this music” oraz "we hope to ensure they remain a vibrant, celebrated part of the musical repertoire". Brak większych zmian w stosunku do oryginałów jest wyrazem szacunku dla nich, a prezentowane tu podejście jest typowe dla praktyk muzyki klasycznej. To ich utwory repertuarowe, traktowane na równych prawach z innymi przez nich wykonywanymi, swobodny pozostaje tylko wybór takich środków jak tempo, dynamika, artykulacja i frazowanie...
OdpowiedzUsuńTo ograniczające podejście.
UsuńW muzyce klasycznej każda nuta ma swoje uzasadnienie w całości kompozycji i nie może być dowolnie wymieniona na inną. Niektóre utwory muzyki pop też mają w sobie pewną konieczność, spróbuj zreharmonizować jakąś klasyczną piosenkę Steviego Wondera, efekt nigdy nie dorównuje sile oryginału.
UsuńJeśli takie podejście nie jest w tym wypadku najlepsze, to z tego płynie nauka, że te kompozycje nie są jednak tak dobre jak się Ziporynowi i spółce wydaje...
Masz całkowitą rację co do muzyki klasycznej (pomijając, że dawniej nie podchodzono do niej w tak sformalizowany sposób i było też miejsce na improwizacje), natomiast to nie są kompozycje klasyczne. O ile mi wiadomo, Fripp, Eno i Bowie nie zdobywali formalnego wykształcenia muzycznego. Budd - tak, ale jest tu współkompozytorem tylko jednego utworu. Z pewnością nie tworzyli tych utworów na pięciolini, starannie planując każdy dźwięk. Były raczej wynikiem jamowania i każde wykonanie było inne. W sumie jest w tym nieco przypadku, że to akurat te wersje - które Ziporyn z zespołem uznali za kanoniczne - trafiły na płyty. Nie powiedziałbym, że problemem są tu nie najlepsze kompozycje. Jest nim podejście w tak sformalizowany sposób do utworów, gdzie kompozycja jest w zamyśle punktem wyjścia do improwizacji (kawałki King Crimson) albo większe znaczenie ma sam nastrój niż konkretne dźwięki i harmonie (kawałki ambientowe).
UsuńJeśli uznać, że i nagranie może być dziełem sztuki, a nie tylko jego konkretną realizacją, to wtedy nie ma znaczenia proces jaki doprowadził do jego powstania. Wtedy mamy tu ciekawszy problem - nie banalne zacieranie różnic między klasyką a popem, a próbę otwarcia tych XX-wiecznych artefaktów na innego rodzaju interpretację (rożną niż np. remiks).
Usuń