[Recenzja] Björk - "Post" (1995)

Jak na płytę artystki, która kilka lat później postanowiła świadomie pogrzebać karierę gwiazdy pop i praktycznie zniknąć z mainstreamu, "Post" jest albumem wyjątkowo zachowawczym. W zasadzie można go nazwać powtórką wydanego dwa lata wcześniej "Debut". Wszystko to, co przyczyniło się do sukcesu tamtego albumu, tutaj powraca ze zdwojoną siłą. Nawiązania do staromodnego popu oraz jazzu tradycyjnego? Są w "It's Oh So Quiet" i "You've Been Flirting Again". Inspiracje nowoczesną sceną klubową? Znajdziemy je przede wszystkim w "I Miss You", ale też chociażby w "Hyper-Ballad". Utwor ze skromniejszym, organicznym akompaniamentem nietypowego instrumentu? "Cover Me" opiera sie wyłącznie na dźwiękach dulcimera. Materiał na chwytliwe przeboje? Aż sześć kawałków - to trochę ponad połowa całego longplaya - całkiem nieźle radziło sobie w notowaniach, z czego trzy dotarły do pierwszej dziesiątki w Wielkiej Brytanii. Sam album zresztą też doskonale się sprzedawał i chociaż ostatecznie nie pobił rekordów swojego poprzednika, to platynowe płyty na najważniejszych rynkach robią wrażenie.
Nawet jeśli album nie przynosi nowych rozwiązań, to wciąż ma ogromny atut w postaci niesamowitego głosu Björk, będącej wówczas u szczytu formy. Jej wokalna ekwilibrystyka sprawia, że nawet najbardziej zwyczajne utwory stają się czymś więcej. Weźmy "It's Oh So Quiet", archaiczną piosenkę z lat 40. w staromodnej, orkiestralnej aranżacji, ale zaśpiewaną w tak unikalny, zróżnicowany pod względem ekspresji i niekonwencjonalny sposób, że trudno ją traktować wyłącznie w kategorii muzycznego żartu. Artystka doskonale się sprawdza w bardziej żywiołowym materiale, jak doskonały otwieracz "Army of Me" - z przesterowanymi brzmieniami, trip-hopową atmosferą, potężnymi bębnami (sample z "When the Levee Breaks" Led Zeppelin) oraz bardzo chwytliwym refrenem - czy niewiele mu ustępującym "Enjoy", fajnie łączącym ówczesne brzmienia elektroniczne z dęciakami. Równie wspaniale Bjork wypada w dominujących tu subtelniejszych nagraniach, jak "Isobel", "Possibly Maybe" czy wspomnianym już "Cover Me". Chociaż instrumentalnie nie są to szczególnie angażujące utwory, to pełen emocji i ekspresji wokal już jak najbardziej przyciąga uwagę. Jednym z najlepszych wokalnych popisów jest także "Hyper-Ballad", z Björk przechodzącą od łagodnego śpiewu do niemal krzyku, co idealnie pasuje do podobnego dualizmu w warstwie muzycznej, gdzie bardziej nastrojowe granie przeplata się z fragmentami zdominowanymi taneczną rytmiką.
Jak na muzykę pop - i to w zasadzie ścisły mainstream lat 90. - album "Post" jest dziełem naprawdę nietuzinkowym. Szczególnie warstwa wokalna zachwyca wyobraźnią oraz wielkimi umiejętnościami Björk. Muzycznie aż tak ekscytująco nie jest, choć zdarzają się ciekawe zabawy konwencjami. Pomimo tych wszystkich niewątpliwych zalet, postrzegam ten album jako trochę zbyt bezpieczną próbę zdyskontowania sukcesu poprzednika.
Ocena: 7/10
Björk - "Post" (1995)
1. Army of Me; 2. Hyperballad; 3. The Modern Things; 4. It's Oh So Quiet; 5. Enjoy; 6. You've Been Flirting Again; 7. Isobel; 8. Possibly Maybe; 9. I Miss You; 10. Cover Me; 11. Headphones
Skład: Björk - wokal, instr. klawiszowe, programowanie, aranżacja instr. smyczkowych i dętych; Graham Massey - instr. klawiszowe, programowanie; Marius de Vries - instr. klawiszowe, programowanie; Tricky - instr. klawiszowe, programowanie; Howie Bernstein -programowanie; Marcus Dravs - programowanie; Lenny Franchi - programowanie; Gary Barnacle - saksofon sopranowy; Einar Örn Benediktsson - trąbka; Stuart Brooks - trąbka; Maurice Murphy - trąbka; Guy Sigsworth - klawesyn; Jim Couza - dulcimer; Rob Smissen - altówka; Tony Pleeth - wiolonczela; Talvin Singh - instr. perkusyjne; John Altman - orkiestracja, dyrygent; Eumir Deodato - orkiestracja, dyrygent
Producent: Björk; Nellee Hooper (1-4,7,8); Graham Massey (1,3); Tricky (5,11); Howie B (9)
I właśnie to mnie często zastanawia. Bezpieczna próba. Jest takie powiedzenie "jeżeli coś jest głupie i działa - to znaczy że to nie jest głupie". Dążę do tego, że jeżeli Bjork nagrała dobrą płytę w tej stylistyce, to po co miała coś zmieniać? Poza faktem że za bardzo przypominają stylistykę debiutu nie da się do tych utworów przyczepić - a i to tak naprawdę nie powinien być powód.
OdpowiedzUsuńW tym konkretnym przypadku bezpieczność oznacza także regres względem poprzedniego albumu, na którym zdarzały się mniej komercyjne fragmenty. Do tego nie rozwiązano tu jeszcze (dopiero na "Homogenic") problemu poprzednika, czyli braku jakiejś spójniejszej wizji, nadmiernego eklektyzmu. Do samych utworów na "Post" nie można się na pewno przyczepić pod względem wokalnym, ale poza tym? Instrumentalnie wiele z nich nie prezentuje sobą niczego szczególnie interesującego, co y je odróżniało od typowego ówczesnego popu.
UsuńA bardziej ogólnie, taka konformistyczna postawa typu trzymać się tego, co już przyniosło sukces, prowadzi wyłącznie do tworzenia płyt, które absolutnie nic nie wnoszą. Tylko przeciwne, postępowe podejście może (nie musi) zaowocować albumem o większej wartości poznawczej.
I regres kompozycyjny, który zarzucasz dopiero w komentarzu jest już konkretnym argumentem.
UsuńNie każdy album musi coś wnosić, może zwyczajnie w udany sposób eksplorować daną stylistykę. A gdy nie uda się już wynaleźć w niej nic nowego - wówczas dany wykonawca, albo inni by uniknąć łatki epigonów powinni ruszyć do przodu.