[Recenzja] Chico Freeman - "Kings of Mali" (1978)

Chico Freeman - Kings of Mali


Chico Freeman, saksofonista z Chicago, w pierwszych latach swojej profesjonalnej działalności zdecydowanie nie próżnował. Tylko w okresie od 1977 do 1984 roku wydał ponad tuzin albumów. Z czasem jednak coraz rzadziej publikował nową muzykę, co z pewnością zaważyło na jego stosunkowo niewielkiej rozpoznawalności, nawet wśród miłośników jazzu. Niektóre z jego płyt do dziś nie doczekały się ani wydania na kompakcie, ani obecności w serwisach streamingowych. Los ten podzielił nawet jeden z jego najlepszych albumów, "Kings of Mali", opublikowany przez India Navigation w 1978 roku w Stanach i dwa lata później w Japonii. Do dziś są to jedyne autoryzowane edycje tego materiału.

Liderowi, grającemu tu na tenorze, sopranie, różnych fletach oraz afrykańskim balafonie, towarzyszą tak zacni muzycy, jak Anthony Davis, Cecil McBee czy Jay Hoggard i Don Moye, odpowiadający za mniej i bardziej egzotyczne instrumenty perkusyjne. A te odgrywają tu niemałą rolę. Album, zainspirowany średniowiecznym Imperium Mali, silnie odwołuje się do afrykańskiego dziedzictwa. Najlepszym tego przykładem tytułowy "Kings of Mali" - jedyna z czterech kompozycji wypełniających płytę niebędąca samodzielnym dziełem Freemana, a napisana z pomocą Moye'a - w całości oparta na partiach balafonu i innych perkusjonaliów, do których dopiero po pewnym czasie dołącza kontrabas, a w końcu także flety oraz wibrafon. To wspaniały hołd dla Afryki i jej tradycji muzycznych, podczas którego instrumentaliści całkiem porzucają jazzowy idiom. Ale to jedyny taki utwór na płycie. Pozostałe są już zdecydowanie jazzowe, choć wciąż przesiąknięte tym afrykańskim klimatem. I każdy z nich ma trochę inny charakter. "Look Up" kieruje się w stronę post-bopu z okolic "Out to Lunch!" Erika Dolphy'ego, a na pierwszy plan, oprócz freejazzowymi partii lidera, we wstępie granych nawet bez akompaniamentu, wysuwa się wibrafon Hoggarda. "Minstrel's Sun Dance" sięga odrobinę głębiej do bopowej tradycji, a jednocześnie silniej dają o sobie znać wpływy afrykańskie. "Illas" to z kolei uduchowiona ballada, rozwijająca koncepcje Johna Coltrane'a, w której w końcu bardziej błyszczy Davis, a kroku dotrzymują mu nie mniej atrakcyjne partie fletu, wibrafonu i kontrabasu.

Chociaż skład na "Kings of Mali" był zapewne zebrany ad hoc, to interakcja między muzykami wypada naprawdę wspaniałe. Wydaje się też, że Chico Freeman doskonale wiedział co robi, zapraszając akurat takich współpracowników i każdemu z nich dając najwięcej swobody w innym utworze - tam, gdzie akurat ich umiejętności mogły być najlepiej spożytkowane. Właśnie to w znacznym stopniu powoduje, że album jest zróżnicowany, choć jednocześnie całość spaja wyraźna koncepcja lidera. W rezultacie otrzymujemy jedną z najlepszych płyt jazzowych schyłku lat 70. "Kings of Mali" zdecydowanie powinien być bardziej rozpoznawalnym albumem.

Ocena: 8/10



Chico Freeman - "Kings of Mali" (1978)

1. Look Up; 2. Minstrels' Sun Dance; 3. Kings of Mali; 4. Illas

Skład: Chico Freeman - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet, flet altowy, balafon; Anthony Davis - pianino; Jay Hoggard - wibrafon, balafon; Cecil Mcbee - kontrabas; Famoudou Don Moye - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: India Navigation


Komentarze

  1. Chyba jego najlepszy album, choć wszystkie nagrania Freemana z McBee są godne uwagi. Z mniej znanych: znasz może Cecila McBee – "Compassion"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam to może za dużo powiedziane, ale słuchałem "Compassion" parę lat temu i wrażenia były raczej pozytywne. Z Freemana najbardziej cenię chyba jednak "The Outside Within". To był mój pierwszy kontakt z jego twórczością i zrobił na mnie duże wrażenie.

      Usuń
  2. W tym miejscu warto też wspomnieć o tym, że i wibrafonista Jay Hoggard ma na swoim koncie bardzo dobry album jako lider - Mystic Winds, Tropic Breezes. Często zbliża się bliżej "zwykłego" post bopu/awangardy, ale skład jest bardzo zbliżony do opisywanej płyty (również grają na nim Davis i McBee), a i stylistyka podobna. Oczywiście też niewydany w żadnym innym formacie niż winyl w 1982.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie najlepsze płyty Chico Freemana to te 6 nagranych dla wytwórni India Navigation i jeszcze 3 wydane przez Black Saint. Taki mixt spiritual, free i muzyki z etnicznymi korzeniami. Później zrobił się bardzo nierówny. Dał też się uwieść fusion i nagrał z zespołem Brainstorm trzy płyty. Na płycie Threshold wokalizuje w trzech kawałkach Urszula Dudziak. Z tym zespołem wystąpił w 1991 roku na Jazz Jamboree. Ale dla mnie to słaba muzyka, trochę w stylu Path Metheny Group, zupełnie bez charakteru.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z powyższym tekstem, pozbawione merytorycznej wartości lub obraźliwe nie będą publikowane.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Coil - "Horse Rotorvator" (1986)

[Recenzja] Art Zoyd - "Symphonie pour le jour où brûleront les cités" (1976/1981)

[Recenzja] The Smiths - "The Queen Is Dead" (1986)

[Recenzja] Horace Tapscott Quintet - "The Giant Is Awakened" (1969)