[Recenzja] Thinking Plague - "In This Life" (1989)

Thinking Plague - In This Life


Lata 80. stoją nie tylko dobrym post-punkiem, nową falą i wszelaką elektroniką, ale także wieloma interesującymi pozycjami z kręgu avant-proga. Doskonałym tego przykładem dokonania amerykańskiej grupy Thinking Plague. Jej historia sięga początku dekady, kiedy to Mike Johnson i Bob Drake, multiinstrumentaliści występujący dotąd w różnych coverbandach, postanowili tworzyć własny materiał. Wkrótce dołączyła do nich klasycznie wyszkolona wokalistka Sharon Bradford, a także klawiszowiec Harry Fleishman oraz perkusista Rick Arsenault, którego szybko zastąpił Mark Fuller. Kwintet zarejestrował swój debiutancki materiał "...A Thinking Plague" (1984) w studiu mieszczącym się w piwnicy nieczynnej rzeźni. Oryginalny skład nie utrzymał się długo. Już na kolejnym wydawnictwie, "Moonsongs" (1986), miejsce Bradford i Fleishmana zajęli odpowiednio Susanne Lewis oraz Eric Jacobson; doszedł także dodatkowy perkusista Mark McCoin. Na przestrzeni kolejnych miesięcy dokooptowano jeszcze basistkę Marię Moran, grającego na różnych dęciakach Marka Harrisa oraz klarnecistę i klawiszowca Lawrence'a Haugsetha. Odeszli natomiast Fuller, McCoin i Jacobson, a miejsce tego ostatniego zajął Shane Hotle.

W trakcie tych personalnych perturbacji powstawał "In This Life", który można uznać za pierwszy właściwy album Thinking Plague. Poprzednie wydawnictwa zostały opublikowane własnym sumptem w nakładzie zaledwie kilkuset egzemplarzy. Dużo do życzenia pozostawia też ich brzmienie, sugerujące obcowanie z materiałem demo. "In This Life" został znacznie lepiej wyprodukowany, a jego wydaniem zajęła się brytyjska wytwórnia ReR Megacorp, należąca do Chrisa Cutlera, byłego perkusisty Henry Cow i Art Bears. Warto w tym miejscu dodać, że w jednym z nagrań gościnnie wystąpił gitarzysta tych zespołów, Fred Frith. "In This Life" to także swego rodzaju podsumowanie dotychczasowej działalności Thinking Plague. Oprócz kompozycji zupełnie premierowych trafiły tu także rzeczy wcześniej wydane. Utwory "Possessed" i "Moonsongs" to zmiksowane na nowo, wzbogacone dodatkowymi partiami oraz oczyszczone ze zbędnych elementów wersje nagrań z, odpowiednio, "...A Thinking Plague" i "Moonsongs". Z kolei "Organism (Version II)" to zarejestrowana od podstaw wersja kompozycji ze składanki różnych wykonawców "RēR Records Quarterly Vol.2 No.4". Tym samym na albumie znalazły się partie niemal wszystkich muzyków, którzy na przestrzeni lat przewinęli się przez skład zespołu.

Longplay składa się z dziewięciu utworów o łącznej długości siedemdziesięciu minut. To bardzo długo, ale też stosunkowo sporo się tu dzieje. Zwraca uwagę bardzo rozbudowane instrumentarium, obejmujące gitary elektryczne i akustyczne, bas, skrzypce, mandolinę, bałałajkę, perkusję i liczne perkusjonalia, saksofony, klarnety, flet, pianino, organy, akordeon, a nawet syntezatory czy samplery. Kompozycje odchodzą od piosenkowej formy, choć nie w całkowitą abstrakcję. Słychać w nich różne inspiracje, od rocka i folku, przez jazz, po XX-wieczną muzykę poważną. Można powiedzieć, że Thinking Plague próbuje tutaj wypełnić lukę po takich zespołach, jak Henry Cow, Art Bears, Univers Zero czy Present. Jednak robi to na swój sposób, nie stawiając się w pozycji epigona. Muzycy zamiast łączyć współczesną poważkę z rockową rytmiką i zelektryfikowanym brzmieniem, raczej traktują takie wpływy jako urozmaicenie rockowych utworów. Punktem wyjścia wydaje się dość konwencjonalne podejście do kompozycji, które dopiero na etapie aranżacyjnym nabierają bardziej ambitnego charakteru. Rezultatem takiego podejścia okazuje się większa przystępność. Wciąż jest to granie zbyt pokręcone, by zaistnieć w radiu, ale może stanowić wprowadzenie w świat avant-proga dla słuchaczy, którzy zaliczyli już wcześniejsze etapy muzycznego wtajemniczenia, jak rock progresywny głównego nurtu, scenę Canterbury czy krautrock.

Pomimo częstych porównań Thinking Plague do Henry Cow czy Art Bears, sporo tu jednak różnic. Choćby w podejściu do partii wokalnych. Śpiew Susanne Lewis - a w jednym nagraniu Sharon Bradford - nie przypomina dzikich popisów Dagmar Krause, ma w sobie natomiast sporo melodyjności i subtelności. Bardziej kojarzy mi się chociażby z żeńskimi glosami z albumów Hatfield and the North oraz National Health. Warstwa instrumentalna nie rozwija się natomiast w aż tak niedający się przewidzieć sposób, choć trudno też zarzucić jej przesadną przewidywalność. Dużą różnicę robi ponadto znacznie szerszy aparat wykonawczy, a także wykorzystanie technologicznych nowinek. Najciekawiej robi się chyba wtedy, gdy na pierwszy plan wychodzą perkusjonalia - jak ma to miejsce w najdłuższych na płycie "Organism (Version II)" czy "Moonsongs" - nadając muzyce bardziej plemiennego charakteru i tworząc niesamowity klimat. Nie mniej interesująco jest jednak wtedy, gdy muzycy idą w stronę zachodniego folku, wzbogacając jednak aranżacje o różne dziwne elementy i bardziej zakręcone, złożone partie instrumentalne. Doskonały przykład takiego podejścia stanowi "Lycanthrope", ale niewielu mu ustępuje tylko trochę krótszy i prostszy "The Guardian". "Love" czy "Fountain of All Tears" to z kolei znakomita próbka kompozycji, które równie dobrze mogłyby zostać zaaranżowane jako krótkie, zwyczajne piosenki, jednak wyciągnięto z nich znacznie więcej, uatrakcyjniając je pod względem formy. Jednak nawet w najkrótszym z tego zestawu, a przy okazji najbliższym stylistyki Art Bears, "Run Amok" dzieje się tyle, że trudno to ogarnąć nawet po kilku odsłuchach. Zakręconego grania nie brak też w znów bardziej rozbudowanym "Possessed", za to stosunkowo normalnie, choć nieco niepokojąco, jest przez cały czas trwania "Malaise".

"In This Life" to jedno z tych albumów, które najlepiej potwierdzają, że w latach 80. - i później zresztą też, również obecnie - wciąż powstawała bardzo interesująca muzyka, ale należy szukać jej raczej poza głównym nurtem. Można jedynie dywagować, czy Thinking Plague faktycznie wniósł coś nowego do stylistyki avant-proga, czy jedynie rozwijał pomysły swoich poprzedników. Jednak nawet obstając przy tym drugim, trzeba przyznać, że pomimo nasuwających się skojarzeń, zespół brzmi tutaj dość unikalnie, a przy tym jest to wszystko naprawdę świetnie pomyślane i wykonane. Wielbicielom takiego grania z pewnością nie muszę "In This Life" polecać. Do sięgnięcia po tę płytę zachęcam natomiast wszystkich tych, którzy szukają czegoś nietypowego, ambitnego, ale dość przystępnego i mimo różnych wpływów pozostającego rockiem.

Ocena: 9/10



Thinking Plague - "In This Life" (1989)

1. Lycanthrope; 2. Run Amok; 3. Malaise; 4. Organism (Version II); 5. Love; 6. The Guardian; 7. Fountain of All Tears; 8. Moonsongs; 9. Possessed

Skład: Susanne Lewis - wokal (1-8), akordeon (3), gitara (6,8), skrzypce (6); Mike Johnson - gitara (1-9), wokal (1,4,8), mandolina (1), organy (4), instr. perkusyjne (4), syntezator (9); Maria Moran - gitara basowa (1-3,5,6), gitara (7); Bob Drake - perkusja i instr. perkusyjne (1-9), skrzypce (1,4,6,7), syntezator (1,9), wokal (4,6), gitara basowa (4,6-9), gitara (8), bałałajka (9); Mark Fuller - perkusja i instr. perkusyjne (4,8,9), zanza (8), wokal (8); Mark McCoin - perkusja (8), sampler (8), wokal (8); Mark Harris - saksofony (2,5), klarnet (2,5), flet (5); Lawrence Haugseth - klarnet (1,4), syntezator (3), pianino (4), wokal (4); Shane Hotle - pianino (1-3,5,8), syntezator (1-3,5,7), organy (5,8), instr. perkusyjne (8); Eric Jacobson - syntezator (4,8), sampler (4), instr. perkusyjne (4), pianino (8), wokal (8); Harry Fleishman - pianino (9), syntezator (9); Sharon Bradford - wokal (9)
Gościnnie: Fred Frith - gitara (4); Fred Hess - saksofon altowy (8); Glenn Nitta - klarnet sopranowy (8)
Producent: Thinking Plague


Komentarze

  1. A może to neo-prog, tylko, że dobry? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Neo-prog to określony sposób grania, polegający na podrabianiu wczesnego Genesis, ale z brzmieniem lat 80.

      Usuń
  2. Chciałbym nawiązać do jednej kwestii, która dla mnie jest dość kontrowersyjna. Od razu zaznaczę, że nie chodzi o treść recenzji Pawła. W kontekście tej płyty etykietka „avant-prog” wydaje mi się wielce wątpliwa. Z lubością używają jej ludzie piszący na progarchives, pojawia se również na RYMie. To szerszy problem związany z nieuzasadnionym szermowaniem terminem „awangarda”. W tym przypadku w grę wchodzą dwa komponenty: awangarda i progrock. W kontekście tego albumu do osób używających etykietki „avant-prog” miałbym pytanie – w czym przejawia się jego awangardowość? Pytam dlatego, ponieważ zawsze gdy go słuchałem miałem nieodparte wrażenie, że obcuję z zespołem, który mocno tkwi w świecie przeszłości. Gdyby nie nowinki technologiczne (np. sampler) czy też, siłą rzeczy, bardziej unowocześnione brzmienie, album spokojnie mógłby ukazać się circa w 1976 roku. Nie znajdziemy na nim „przyszłościowego myślenia”, antycypowania nowych wzorców i rozwiązań. Muzyka Thinking Plague nie jest również na tyle świeża, aby mogła wzbogacić kanon wyrazowy progrocka. W niejednym względzie znacznie bliżej jej do retro rocka niż jakkolwiek pojętej awangardy. Mnogość dysonansów, nieco bardziej skomplikowane podziały metryczne, trochę przejawów nieco bardziej zindywidualizowanego grania – to stanowczo za mało! Niezbędna jest istotna wartość dodana. Twórca awangardowy tworzy „przyczółki postępu”, kreuje nowe style, brzmienia, jego technika kompozytorska jest innowacyjna. Tego w muzyce Thinking Plague żadną miarą nie uświadczymy. Rozumiem, że można doszukiwać się przejawów pewnej oryginalności (takie elementy stara się wyłowić w swojej recenzji Paweł), jednak wszelkie próby powiązań tej muzyki ze światem awangardy są co najmniej kontrowersyjne. Myślę, że ludzie, którzy na RYMie i progarchives odpowiadają za tworzenie takich etykietek powinni z większą roztropnością wrzucać do konkretnej szuflady podmioty wykonawcze. Terminologia rockowa jest mocno „zachwaszczona”, dlatego lepiej nie pogłębiać chaosu.

    Adrithgor wspomniał o neo-progu. Bynajmniej nie dziwią mnie takie asocjacje. Zarówno Marillion, jak i Thinking Plague pełnymi garściami czerpali z dokonań twórców złotej epoki progrocka. Wprawdzie inne były źródła inspiracji (odmienne nurty szeroko pojętego progresu) oraz „wkład własny”, to jednak, nade wszystko, byli to wykonawcy bazujący na dokonaniach wcześniejszych pokoleń. W kontekście Thinking Plague drugi człon nazwy etykietki również budzi pewne wątpliwości. „Progresywny” jest w niemałym stopniu na wyrost, bo ile w tej muzyce jest autentycznej „postępowości”? Jak na moje uszy, wyraźnie więcej jest „starego” niż „nowego”. Etykietka „avant-prog”, w większym lub mniejszym stopniu, jest zasadna w kontekście działalności czołowych twórców bardziej eksperymentalnych odmian rocka progresywnego w latach 70. - sensu largo (np. Magma, Area). W przypadku kolejnych dekad w obrębie tego gatunku trzeba bardzo uważać, kiedy sięga się po termin „awangarda”, bo jednak atrofia kreatywności na różnych polach muzycznego przekazu była dojmująca. Mój znajomy pracujący w radiu w jednej ze swoich audycji określił muzykę Colosseum II jako „awangardową”, do tej samej szuflady jakiś fachman wrzucił dokonania Moniki Brodki. Na RYMie w rankingu najlepszych płyt „avant-proga” na 4. miejscu jest Eskaton i jego „4 Visions” (1981), w tej samej przegródce znajdziemy również szwedzki Kultivator. Nigdy nie przyszłoby mi to do głowy, aby powyższych wykonawców w jakimkolwiek stopniu wiązać z awangardą. Jak widać po tych przykładach, awangardę możemy znaleźć niemal wszędzie. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, po prostu termin "avant-prog" przyległ do określonego sposobu grania, przypominającego twórców, którzy faktycznie byli awangardą rocka i/lub próbowali grać za pomocą rockowych środków wyrazu muzykę podobną do poważnej awangardy XX wieku. I uważam, że z braku istnienia lepszego określenia, można takim terminem określać zarówno Magmę, Areę czy Henry Cow, jak i Eskaton, Kultivator czy właśnie Thinking Plague. Zadaniem etykiet jest przecież informowanie, co konkretnie znajduje się na danej płycie, a nie o jej postępowości lub epigoństwie. W sumie trochę szkoda, ale taki system też ma swoje zalety. Ogólnie jestem raczej zwolennikiem etykietowania muzyki, bo od razu wiem, które płyty mają większą szanse do mnie trafić, a które lepiej odłożyć na kiedy indziej (bo np. nie mam akurat ochoty na free jazz). Oczywiście, wiele etykiet jest mylących i sporo z nimi problemów. Np. po płytach otagowanych jako "rock progresywny" można spodziewać się czegokolwiek, bo raz, że rzadko kiedy jest to faktycznie coś progresywnego sensu stricto, a dwa - jest to bardzo szerokie pojęcie (znacznie szersze od avant-proga czy neo-proga), obejmujące i prog symfoniczny, i krautrock (sam w sobie bardzo różnorodny), i zeuhl, i scenę Canterbury, i inne jeszcze style czy nurty.

      Usuń
    2. @mahavishnuu
      Co do awangardowości masz rację, ale chyba już nic na to nie można poradzić, tak jak Paweł w swoim komentarzu napisał to już metki tylko.
      Jeśli chodzi o progresywność Thinking Plague to wydajesz się ich nie doceniać, zajrzyj do https://www.duo.uio.no/bitstream/handle/10852/27165/StorloekkenMasteroppgave.pdf gdzie znajdziesz szczegółową dyskusję o ich miejscu na tle innych zespołów prog rocka.

      Usuń
  3. Jeden z lepszych zespołów progresywnych, tylko te manieryczne wokale mogą trochę irytować, cóż taka wtedy była moda (Lydia Lunch).

    OdpowiedzUsuń
  4. @JD
    To bardzo obszerny materiał. W wolnej chwili sobie poczytam. Dzięki za namiary, bo wcześniej na to nie trafiłem.


    @Paweł
    Nie jestem przeciwnikiem etykietek. Ba, uważam, że są nie tylko przydatne, ale wręcz niezbędne. Rzecz w tym, aby podmioty wykonawcze szufladkować w sensowny sposób. Eskaton i Kultivator żadną miarą nie umieściłbym w folderze „avant-prog”. Z prostej przyczyny – ich muzyka nie ma nic wspólnego z awangardą. Oznacza to, że circa 50% nazwy etykietki jest fałszywa. Tym samym wprowadza słuchaczy w błąd. Nie jest tak, jak piszesz:

    „I uważam, że z braku istnienia lepszego określenia, można takim terminem określać zarówno Magmę, Areę czy Henry Cow, jak i Eskaton, Kultivator czy właśnie Thinking Plague”.

    Takie określenia istnieją. Trzeba je tylko precyzyjnie stosować. Ludzie piszący zawodowo o muzyce, ewentualnie znawcy tematu, nie powinni mieć z tym problemu.

    Aby nie być gołosłownym, trzymajmy się podanych przykładów:

    Eskaton:
    - mniej pojemna szuflada – zeuhl
    - szersza – rock progresywny
    W razie potrzeby można zawsze uszczegółowić.

    Kultivator:
    - mniej pojemna, wskazująca jednocześnie konkretne elementy składowe – melanż różnych nurtów progrocka (scena Canterbury, zeuhl, bardziej mainstreamowa odmiana gatunku), jazz-rock.
    - szersza, jednocześnie bardziej uproszczona - rock progresywny.

    Przy takim ujęciu słuchacz w ogólnym zarysie wie z czym będzie miał do czynienia.

    Podobnie jest w obrębie jazzu elektrycznego. Zamiast wprowadzać ludzi w błąd, pisząc, że Weather Report jest przedstawicielem jazz-rocka (dość częsty błąd), wystarczy napisać, że świetnie pasuje do szuflady z napisem „jazz fusion”. Tym samym powracam do tego, od czego zacząłem - rzecz w tym, aby podmioty wykonawcze szufladkować w sensowny sposób.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak już pisałem w poprzednim komentarzu, etykieta "rock progresywny" jest aż zbyt szeroka, przez co praktycznie nic nie mówi o muzyce. W dodatku drugi człon też sugeruje postępowe podejście, z którym polemizujesz.

      Zgoda, zeuhl to znacznie lepsze określanie dla Eskaton niż avant-prog. Jednak zgodnie z systematyką proponowaną np. na RYM, zeuhl to podgatunek avant-proga. Natomiast w przypadku Kultivator samo połączenie różnych nurtów proga było w jakimś stopniu progresywne lub awangardowe w dosłownym znaczeniu, choć jednocześnie regresywne, ze względu na inspirowanie się wyłącznie muzyką z przeszłości własnego gatunku.

      Usuń
    2. Zeuhl stworzyła Magma i w tym sensie może być określona jako avant, ale zespoły grające ten gatunek, nie są już avant - proste. A ogólnie zgodzę się, że w etykiecie avant-prog, chodzi o określenie specyficznego rodzaju grania, a nie tego czy zespół jest wpływowy, wymyślił coś nowego, łamał bariery itd.

      Usuń
  5. @Paweł

    „Zgoda, zeuhl to znacznie lepsze określanie dla Eskaton niż avant-prog. Jednak zgodnie z systematyką proponowaną np. na RYM, zeuhl to podgatunek avant-proga”.

    Zdecydowana większość wykonawców, których moglibyśmy wrzucić do szuflady z napisem „zeuhl”, jest ewidentnie wtórna. Nierzadko jest to wręcz wzorcowy przykład epigonizmu. Słowem – awangardyzm à rebours. Jeśli wedle tej systematyki zeuhl jest podgatunkiem avant-proga, to nie mam więcej pytań. ;)

    „Natomiast w przypadku Kultivator samo połączenie różnych nurtów proga było w jakimś stopniu progresywne lub awangardowe w dosłownym znaczeniu, choć jednocześnie regresywne, ze względu na inspirowanie się wyłącznie muzyką z przeszłości własnego gatunku”.

    Nie bawmy się w dialektykę, przejdźmy do konkretów. Samo „łączenie różnych nurtów proga” nigdy ex definitione nie oznaczało, że mamy do czynienia z twórczością progresywną, tym bardziej awangardową. Taką praktykę uskuteczniało wielu pseudoprogresywnych epigonów. W przypadku „awangardy” istotne jest to, że muszą pojawiać się autentycznie nowe treści, dzięki którym z czasem ukształtuje się nowa jakość estetyczna. W obrębie progrocka działało wielu oryginalnych wykonawców, którzy jednocześnie nigdy nie byli twórcami awangardowymi (np. Jethro Tull, Genesis, Yes). Ważne jest to, aby potrafić odróżnić oryginalność od awangardy. Ot, prosty przykład – Steve Howe, Steve Hackett – niewątpliwie byli to oryginalni gitarzyści, jednak żadną miarą nie awangardowi. Ten warunek spełniałby z kolei Fred Frith.

    Wedle Twojego przekonania Kultivator został słusznie umieszczony w zakładce „avant-prog”. W takim razie czekam na konkretne argumenty. W czym przejawia się awangardyzm tej muzyki?

    Moja optyka jest mocno odmienna. Kultivator był grupą znacznie mniej oryginalną niż wszystkie wymienione powyżej orkiestry. Paradoksalnie, muzyce granej przez Szwedów znacznie bliżej jest do retro rocka, niż jakkolwiek pojętej awangardy. Przyjrzyjmy się tej płycie bliżej. Panowie nagrywają album, który w 1981 roku jest już mocno passé. Słuchając go ma się wrażenie, jakby muzycy chcieli uruchomić wehikuł czasu i wylądować w circa 1973/1974 roku. To, że muzyka w najmniejszym stopniu nie jest nowatorska i średnio oryginalna to bynajmniej nie wszystko. Cóż z tego, że artyści nawiązują do różnych, co bardziej eksperymentalnych nurtów progrocka, jeśli czynią to na starą modłę, uskutecznianą w latach 70. To, że ktoś nawiązuje do awangardy z przeszłości nie czyni jego muzyki awangardowej. To, co było synonimem postępu w pierwszej połowie lat 70., na początku kolejnej dekady było już tylko zamierzchłą przeszłością. Warto pamiętać również o tym, że w tamtych czasach dynamika zmian w muzyce rockowej była znacznie większa niż obecnie. Nawet kilka lat to był szmat czasu.

    Szwedom brakuje „awangardowej mentalności”. Awangardowość obliguje twórcę do poszukiwania nowych rozwiązań, antycypowania nowych idei muzycznych, przewartościowywania zastanych wzorców. Generalnie, nowego spojrzenia na tworzywo muzyczne. Tymczasem na „ Barndomens Stigar” nie ma nawet najmniejszych prób poszukiwania nowych ścieżek rozwoju. Artyści nie kontestują dorobku twórców z poprzedniej dekady, ba!, jest to ich muzyczny matecznik. Nie próbują wyprzedzać zastanej rzeczywistości, co jest jedną z cech awangardowego myślenia. W dużej mierze ograniczają się do trzymania starych schematów. Kultivator nie proponuje nowego podejścia do progresywnego idiomu. Zarówno stylistycznie, jak i brzmieniowo jest mocno zakorzeniony w klimatach sprzed 5-10 lat. Jego instrumentarium jest wręcz staromodne – organy, elektryczny fortepian Fender Rhodes. Nawet produkcja płyty (swoją drogą nie najwyższych lotów) wpisuje się w stare realia rocka progresywnego. Zespół jest de facto całkowicie zanurzony w przeszłości. Taka postawa nie ma praktycznie nic wspólnego z awangardą, która ze swojej natury jest ukierunkowana na przyszłość. Na „ Barndomens Stigar” nie sposób znaleźć elementu, który w jakimkolwiek sensie stanowiłby „muzyczny przyczółek postępu”, a to warunek sine qua non awangardyzmu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wedle Twojego przekonania Kultivator został słusznie umieszczony w zakładce „avant-prog”. W takim razie czekam na konkretne argumenty. W czym przejawia się awangardyzm tej muzyki?

      Przyjmuję, zgodnie z powszechną praktyką, że pojęcie "avant-prog" obecnie obejmuje zarówno twórców, którzy faktycznie inspirowali się awangardą lub byłli awangardowi sensu stricto (a jednocześnie w jakims stopniu rockowi), jak i tych, którzy bezpośrednio nawiązywali do stylistyki tych pierwszych. W twórczości Kultivator niczego awangardowego oczywiście nie ma, ale są wpływy m.in. grup avant-progowych.

      A co z bohaterami recenzji? Jak inaczej określiłbyś muzykę graną przez Thinking Plague?

      Usuń
  6. „W twórczości Kultivator niczego awangardowego oczywiście nie ma, ale są wpływy m.in. grup avant-progowych”.

    Krótko rzecz ujmując:

    1. Podzielasz pogląd, że Kultivator należy wrzucić do szuflady „avant-prog”.
    2. Następnie konstatujesz, że „w twórczości Kultivator niczego awangardowego oczywiście nie ma”. Wychodzi na to, że szwedzki band to taka awangarda bez awangardy.
    3. Wyjaśnieniem ma być druga część zdania: „...ale są wpływy m.in. grup avant-progowych”.

    „Wpływy”, czyli bazowanie na pomysłach innych. Czy bardziej kojarzy się to z awangardą czy epigonizmem? Powtórzę to, co napisałem wcześniej - cóż z tego, że artyści nawiązują do różnych bardziej eksperymentalnych nurtów progrocka, jeśli czynią to na starą modłę, uskutecznianą w latach 70. To, że ktoś nawiązuje do awangardy z przeszłości nie czyni jego muzyki awangardowej. Jeśli w grę faktycznie wchodziłaby jakkolwiek pojęta awangarda, powinieneś eksponować takie wątki, jak: generowanie nowych wartości estetycznych, innowatorskie podejście do kompozycji i technik nagraniowych, zjawiskowa oryginalność, wpływ na współczesną scenę muzyczną, ewentualnie kolejną generację muzyków... Problem polega na tym, że niczego takiego nie znajdziemy.

    Marillion, Pendragon, IQ, Galahad były pod silnym „wpływem” klasycznych grup progresywnych. Czy to oznacza, że grały muzykę progresywną? Ktoś elegancko nazwał to rockiem neoprogresywnym, choć doskonale wiemy, że określenie „rock pseudoprogresywny” byłoby bardziej adekwatne. W obydwu przypadkach fundamentalne znaczenie ma wartość dodana. Od twórcy awangardowego wymagamy jeszcze większych pokładów kreatywności, bowiem musi usilnie szukać, czasami burzyć i wreszcie budować naprawdę nowy świat dźwięków.

    „A co z bohaterami recenzji? Jak inaczej określiłbyś muzykę graną przez Thinking Plague?”

    Możliwości jest kilka: eksperymentalny rock progresywny, eclectic prog, retro rock/experimental progressive rock.





    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wejdę między wódkę a zakąskę - czy przypadkiem "eksperymentalny" i "progresywny" nie są w tym przypadku równie problematycznymi terminami, co "awangardowy"? :)

      Co prawda, ja to piszę w ciemno, bo akurat Thinking Plague dopiero będę słuchać (nieubłagane terminy plebiscytów!), ale zastanowił mnie taki upór w przypadku akurat "avant-proga".

      Usuń
    2. Wszystko rozchodzi się o to, że inaczej traktujemy etykiety. Ty uważasz, że jeśli w jej nazwie jest człon "avant", to musi to być coś awangardowego. Jest w tym oczywiście sporo racji. Ja jednak przyjmuję, że zadaniem etykiety jest zbieranie muzyki o wyraźnie podobnym stylu, a nie podejściu. I dlatego dziwny wydaje mi się pomysł, by Henry Cow czy Art Bears zaliczac do jednej stylistyki, a podobnie grający Thinking Plague już do innej. Kultivator jest bardziej problematyczny, bo miesza różne odmiany proga. Jeśli jednak przyjąć moją dwfinicje etykiet, to jest to zespół grający (m.in.) w stylu avant-progowym, choć dosłownie avant-progiem niebędący. Problem tkwi w tym, że ktoś ten styl tak nazwał i się to przyjęło, choć było do przewidzenia, że taki sposób grania szybko przestanie być awangardowy. Analogiczna sytuacja ma też przecież miejsce z etykietą 'avant-garde jazz", którą dziś stosuje się do współczesnych płyt nawiązujących do jazzowej awangardy sprzed pół wieku.

      Usuń
    3. @ mahavishnuu
      Chyba zbyt wiele wymagasz. Prawdziwa awangarda jest niemożliwa w świecie muzyki popularnej, gdzie żeby zostać zaliczonym do któregoś z jej gatunków trzeba stosować się do określonej konwencji. Innowacyjność bez kontynuacji jest na tym terenie niemożliwa. Poza tym pozostaje problem odniesienia do kanonu, którego w popie brak.
      Kategorie jak "avant-prog" to tylko marketingowe znaczniki, dzięki nim wiadomo jak otagować pliki. Podejrzewam, że gdybym zwolennikowi tego terminu puścił płytę "Bang On A Can Plays Louis Andriessen", ten nie miałby oporów przed zaliczeniem i jej do "avant-proga". Mam złośliwą ochotę wypromować gdzieś etykietę "metaawangardy", do której zaliczałyby się nagrania tak unikalne, że trudno nawet zdecydować czy należą one do awangardy, czy nie.
      Thinking Plague rozwijają pomysły poprzedników z nurtu prog-rocka, czemu odmawiać im progresywności? Określenie "retro" to przesada.

      Usuń
  7. @Artur.O
    „Wejdę między wódkę a zakąskę - czy przypadkiem "eksperymentalny" i "progresywny" nie są w tym przypadku równie problematycznymi terminami, co "awangardowy"?”.

    Co masz dok ładnie na myśli?

    O „progresywności” Thinking Plague pisałem szerzej już wcześniej. Podzielam Twój pogląd, że określenie „progresywny” w kontekście ich muzyki może wywoływać kontrowersje. Tak zresztą jest, co widać już w poprzednich wpisach na tej stronie. Trzeba jednak przyznać, że niewątpliwie takie elementy są w ich muzyce obecne. Dyskutować możemy tylko o proporcjach – ile jest „starego”, a ile „nowego”.

    „Eksperymentalny” - w przypadku Thinking Plague to bezpieczniejsze i szersze pojęcie, bo panowie niewątpliwie sporo kombinują (np. w sferze harmonicznej i rytmicznej). Starają się, aby ich muzyka była niekonwencjonalna. Problem w tym, że prochu nie wymyślili, poza tym w dużym stopniu bazują na dorobku twórców z lat 70. Eksperymenty jak najbardziej wiążą się z awangardą – jednak dany twórca musi mieć na tym polu jakieś osiągnięcia. Jakie? Podawałem różne przykłady w poprzednich wpisach, choćby generowanie nowych wartości estetycznych, prekursorski charakter twórczości…

    OdpowiedzUsuń
  8. Określanie muzyki takiej jak na "In this life" avant-progiem ma o tyle sens, że zadaniem etykiet raczej nie jest oddawanie możliwie faktycznego stanu rzeczy, lecz bycie użytecznymi. Gdyby odnosić słowo "awangardowy" i jego pochodne do dzieł, które faktycznie takie są, to trzeba by część klasyfikacji gatunkowej i stylistycznej odwrócić do góry nogami. Weźmy na przykład taki Cream, który w swoim czasie był z pewnością awangardą rocka, zespołem wytyczającym szlaki dla wielu twórców, z Hendrixem czy Zeppelinami na czele. Mimo tego, raczej nikomu nie przyszłoby do głowy, by nazwać ich muzykę rockiem awangardowym czy avant-bluesem (ta druga nazwa byłaby tyle idiotyczna, co z pewnego punktu widzenia całkiem zasadna). Podobnie Black Sabbath i Deep Purple były niejako awangardą dla heavy metalu, choć wiem, że tu już brnę mocno niebezpiecznie.

    Idąc nieco dalej, w poszukiwaniu przykładu opartego na skrajnościach, można wskazać Kraftwerk. Na pierwszych albumach mocno nawiązywał do typowej dla awangardzistów kombinatoryki z brzmieniem i gotowym materiałem, ale same w sobie awangardowe te płyty raczej nie były (w czym nie pomagał fakt, że muzycy nie chwalą się faktem, że ten okres w ich twórczości w ogóle miał miejsce), lecz taką klasyfikację tych dzieł można spotkać. Od "Autobahn" w górę zmienili kierunek i stali się stricte awangardą dla niemal całej elektroniki, która nastąpiła po nich, jednak ponownie, nie określa się tego "avant-electro", awangardą elektroniczną ani niczym takim. Bo nie taki jest główny cel tych wszystkich nazw. Henry

    Kłopot z etykietami jest taki, że liczba możliwych określeń, które nie brzmią po prostu debilnie i jednocześnie wskazują słuchaczowi jakiś konkret, jest liczbą skończoną, zwłaszcza w obrębie jednego stylu (w tym przypadku punktem wyjścia jest rock progresywny). Prędzej czy później pozostanie więc albo tworzenie takich niekoniecznie idealnie dopasowanych, ale sensownych miksów, albo wymyślanie określeń, które nic nie mówią, a mają jedynie być różne od pozostałych, by przypadkiem nie nazwać czegoś czymś, czym w istocie nie jest. Wspomniany wyżej "rock neoprogresywny" to rzeczywiście kuriozum (głównie ze względu na to, jakie grupy w tej szufladce lądują), ale nie można zaprzeczyć, że przynajmniej do czegoś się odnosi. Tym samym taka etykieta szybko mogła utrwalić się w ogólnej świadomości i każdemu słuchaczowi mówi coś konkretnego, niezależnie czy uzna to za coś dobrego, czy wręcz przeciwnie.

    OdpowiedzUsuń
  9. @ Paweł

    „Przyjmuję, zgodnie z powszechną praktyką, że pojęcie "avant-prog" obecnie obejmuje zarówno twórców, którzy faktycznie inspirowali się awangardą lub byłli awangardowi sensu stricto (a jednocześnie w jakims stopniu rockowi), jak i tych, którzy bezpośrednio nawiązywali do stylistyki tych pierwszych”.


    Nie jest to „powszechna praktyka”. Rockiem progresywnym interesuję się od 36 lat. Z pojęciem „avant-rock” po raz pierwszy spotkałem się dopiero w „czasach internetowych”. Rzecz jasna w grę wchodzą głównie RYM i progarchives. Wcześniej nie spotkałem się z nim ani w czasopismach muzycznych, ani książkach (encyklopedie, biografie, monografie, eseistyka…). W książce Edwarda Macana „Rocking The Classics”, ważnej monografii poświęconej rockowi progresywnemu, autor również nie używa etykietki „avant-rock” w kontekście wiadomych wykonawców. Na „Muzycznych Dinozaurach” różne osoby również krytycznie odnosiły się do tego terminu. Widać wyraźnie, że znacznie chętniej używa go pokolenie 20-30 latków, które wiedzę czerpało głównie z Internetu. RYM, progarchives, ewentualnie inne portale, były i często nadal są dla nich ważnym punktem odniesienia. Podejrzewam, że jeśli obecnie w prasie muzycznej pojawia się pojęcie „avant-prog”, to źródło jego pochodzenia prawdopodobnie jest związane z Internetem. Nigdy nie słyszałem, aby tego terminu używali ludzie, którzy mogą uchodzić za autorytety w dziedzinie muzyki rockowej (np. Weiss. Kaczkowski), klasycznego rocka (Jacek Leśniewski), nie inaczej jest w przypadku legendarnego propagatora rockowej awangardy – Henryka Palczewskiego (książka, artykuły, audycje). Czy upowszechni się na tyle, że na stałe wejdzie do „literatury muzycznej”? Czas pokaże.



    @ JD

    „Chyba zbyt wiele wymagasz. Prawdziwa awangarda jest niemożliwa w świecie muzyki popularnej, gdzie żeby zostać zaliczonym do któregoś z jej gatunków trzeba stosować się do określonej konwencji. Innowacyjność bez kontynuacji jest na tym terenie niemożliwa”.


    Nieporozumienie. Cały czas pisałem o awangardzie rockowej. „Poważna” awangarda to insza inszość. Jeśli na przykład wymagałem następujących rzeczy: generowanie nowych wartości estetycznych, innowatorskie podejście do kompozycji i technik nagraniowych, oryginalność, wpływ na współczesną scenę muzyczną, ewentualnie kolejną generację muzyków, to tylko w obrębie rocka. Dobrym przykładem może być Magma circa z lat 1969-1974 i jej „wynalazki” oraz fakt, że dzięki jej twórczości powstał nowy styl - „zeuhl”. W zderzeniu z „poważną” awangardą innowacyjność bandu Vandera zaczyna mocno blednąć. Okazuje się bowiem, że to, co było prekursorskie w obrębie rocka, w szerszym kontekście niejednokrotnie jest wtórne. Język harmoniczny, jak na rockowe standardy, nowoczesny, w porównaniu z dwudziestowieczną moderną jawi się jako mocno konserwatywny.



    @ pablo1371000

    „Określanie muzyki takiej jak na "In this life" avant-progiem ma o tyle sens, że zadaniem etykiet raczej nie jest oddawanie możliwie faktycznego stanu rzeczy, lecz bycie użytecznymi”.


    W tej dziedzinie wcale nie jesteśmy skazani na „dychotomię”. Sensowna etykietka może, używając Twoich określeń, zarówno oddawać faktyczny stan rzeczy, jak i być użyteczna.

    Wymiana poglądów w tym wątku pokazuje, że w tej dziedzinie mogą być różne metodologie. No i dobrze, oby tylko prowadziły do wypracowania optymalnego rozwiązania. Nie jesteśmy skazani tylko na to, z czym mamy do czynienia w przestrzeni medialnej. Możemy krytycznie odnosić się do zespołu pojęć, który jest nam proponowany. Każdy z nas może go twórczo modyfikować.

    Jaka jest geneza powracających często sporów o etykietki w obrębie muzyki rockowe? Skąd chaos i niekonsekwencje? Zainteresowanym polecam znakomity esej Andrzeja Dorobka „Heavy metalowy flet Iana Andersona, czyli terminologii rockowej ogród nieplewiony”. W pełni podzielam diagnozę autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mahavishnuu, to co teraz napisałeś nie wyklucza się z tym, że w kręgach, które stosują dany termin, może istnieć powszechna praktyka w kwestii znaczenia tego terminu. Nie rozstrzygamy tu przecież, czy "avant-prog" to powszechnie stosowany w całym środowisku muzycznym termin, tylko jak przeważnie jest rozumiany przez tych, którzy go używają.

      Weiss, Kaczkowski, Leśniewski nie specjalizują się w takich odmianach rocka, a wręcz od nich stronią. Nie sądzę więc, by obchodził ich problem terminologii. Natomiast moim zdaniem powinno istnieć osobne określenie na rocka z elementami XX-wiecznej muzyki poważnej (a zarazem pozbawionej wpływów wcześniejszej poważki), obejmujący i poszukujących twórców rockowych, i ich bezposrednich naśladowców. Termin "avant-prog" jest niefortunny, ale w pewnych kręgach się przyjął, a inni nawet nie proponują dla niego żadnej sensownej alternatywy, poza przypisywaniem takich twórców do różnych nurtów.

      Usuń
    2. @ mahavishnuu
      Odnosząc się do zaproponowanych kryteriów, zamiast "generowania nowych wartości estetycznych" wolałbym coś w stylu przedstawiania nowych i radykalnych koncepcji estetycznych, lepiej raczej unikać mówienia o wartościach - awangardowości nie można przecież odmawiać propozycjom, które po czasie okazały się chybione. Szczególnie chciałem podkreślić, że nie każda nowa i oryginalna twórczość musi być awangardowa. W muzyce popularnej, żeby zostać zaliczonym do konkretnego gatunku trzeba implementować określone dla niego wyróżniki.  Dlatego rockowa awangarda powinna w jakiś sposób odnosić się do tego problemu, dążąc do dekonstrukcji schematów (ukazując ich sztuczność i konwencjonalny charakter, tym samym wskazując, że może istnieć coś poza inimi), skupiając uwagę słuchacza na strukturze kompozycji. Wprowadzane nowe techniki powinny służyć rozbijaniu zastanych wzorców, a nie być tylko dodatkami urozmaicającymi aranżacje czy służyć budowaniu klimatu (patrzcie jakie to dziwne i ekscentryczne!). Dlatego strategie takich zespołów jak Kraftwerk, który stępiał radykalny potencjał muzyki elektronicznej, łącząc ją z sentymentalnymi piosenkami, awangardowe nie są. Magma też dla mnie nie jest awangardowa mimo ich wszystkich awangardowych zabiegów, wydaje mi się, że z ducha bliższa jest ona eskapizmowi klasycznego rocka progresywnego, w gruncie rzeczy podobnie naiwna. Nie wiem czy istnieje jakaś inna możliwość, np. rockowy pop-art (Neu!?).
      Jeśli chodzi o wpływ na współczesnych i kolejne generacje to wydaje mi się, że w przypadku rockowej awangardy musi on być z konieczności marginalny. Przeważająca większość twórczości rockowej to tylko produkt, nie jest możliwe zaabsorbowanie przez nią odkryć rockowej awangardy (ewentualnie tylko płytkie naśladownictwo). Twórczość awangardowa powinna odmawiać słuchaczowi łatwej przyjemności i zmuszać go przewartościowania swoich sądów estetycznych.
      To tylko takie luźne uwagi i nie bierz proszę tego zbyt serio.

      Usuń
  10. @ Paweł

    W przypadku Weissa trzeba oddzielić dwie rzeczy – komercyjna działalność w „Teraz rocku” i jego wiedza oraz zainteresowania muzyczne. Na rocku progresywnym (różne odmiany) zna się naprawdę dobrze. W „Wielkiej Rock Encyklopedii” jest mnóstwo wykonawców progresywnych, także tych bardziej eksperymentalnych. Jeden z najbardziej zakręconych albumów Zappy - „Lumpy Gravy” usłyszałem po raz pierwszy w 1987 roku w jego „Trójkowej” audycji. Do dzisiaj pamiętam, jak tuż przed prezentacją powiedział - „proszę nie regulować radioodbiornikiem”.

    Kaczkowski w latach 70. prezentował dużo różnych odmian rocka progresywnego, także bardziej eksperymentalne odmiany (przede wszystkim w pierwszej połowie dekady), choć, fakt, nie było tego dużo. Opowiadali mi o tym starsi koledzy, którzy słuchali i nagrywali płyty z jego audycji „Mini-Max”, ponadto na „Muzycznych Dinozaurach” starszyzna forum niejednokrotnie poruszała ten temat. Podobno wcale nie było tak źle, jak przedstawiają to młodsi słuchacze w Internecie. Swoją drogą, gdy owe audycje były nadawane, jeszcze nie było ich na świecie. ;)

    Leśniewskiego znam całkiem nieźle. Przez dłuższy czas kupowałem u niego płyty. Do dzisiaj mam w domu katalog. Rozrzut słuchanej muzyki miał bardzo duży – od heavy metalu do bardziej eksperymentalnych odmian progrocka i jazz-rocka. Fakt, to nie był jego ulubiony gatunek, ale był całkiem nieźle zorientowany. W latach 90. słuchałem audycji Beksińskiego, w których pojawiał się Leśniewski. Muzyka była przeróżna – od hard rocka do Soft Machine i Nucleus.

    O żadnym z wspomnianej trójki nie napisałbym, że unikał bardziej zakręconych odmian progrocka, choć z pewnością nie były to ich ulubione klimaty muzyczne.

    OdpowiedzUsuń
  11. @ JD

    „Magma też dla mnie nie jest awangardowa mimo ich wszystkich awangardowych zabiegów, wydaje mi się, że z ducha bliższa jest ona eskapizmowi klasycznego rocka progresywnego, w gruncie rzeczy podobnie naiwna”.

    Co do eskapizmu - pełna zgoda, jednak myślę, że warto docenić również istotną wartość dodaną. Wedle mojego przekonania, Magma w obrębie rockowego idiomu była w swoim najbardziej progresywnym okresie bytem awangardowym. Nie jest to może przykład szczególnie wyrazisty, jednak nie brakuje argumentów przemawiających na ich korzyść. Wskazałbym kilka faktów:
    - antycypowanie różnych pomysłów i rozwiązań, które na na gruncie rocka były czymś nowym
    - trzeba oddać Vanderowi i jego orkiestrze, że w obrębie szeroko pojętego rocka powstała nowa jakość muzyczna – wielce specyficzny melanż rocka progresywnego, jazzu nowoczesnego i pomysłów rodem ze świata dźwiękowego Strawińskiego, Orffa i Bartóka
    - rzadko zdarza się, aby twórczość danego podmiotu wykonawczego doprowadziła w prostej linii do powstania nowego stylu muzycznego – w tym przypadku zeuhl
    - Magma była prekursorem, miała też swoich kontynuatorów – to bardzo ważny aspekt, bo w przypadku awangardy istotne jest nie tylko to, aby antycypować nowe pomysły i wzorce, ale także mieć wpływ na rozwój muzyki w przyszłości (w tym przypadku pojawił się cały tabun naśladowców)

    „Postępowość” niektórych wykonawców zaliczanych do rockowej awangardy nie była wolna od paradoksów. Tak jest właśnie w przypadku Magmy. W pierwszej połowie lat 70. w świecie rocka zespół był synonimem postępu Tymczasem, jeśli przyjrzymy się uważnie, jakie idee i twórcy byli dla grupy szczególnie inspirujący, rychło przekonamy się, że, owszem, zazwyczaj byli to przedstawiciele awangardy, tyle że... sprzed wielu lat. Aby nie być gołosłownym – Bartók circa w latach 1908-1936, czyli od 14 Bagatel na fortepian do Muzyki na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę. Koncepcje muzyczne Strawińskiego z tzw. okresu rosyjskiego, które tak bardzo wpłynęły na Magmę (od Ognistego ptaka do Wesela), przypadają na lata 1910-1923. Jeszcze większy problem będziemy mieli z Carlem Orffem, który już w okresie międzywojennym przez wielu był postrzegany jako niepoprawny konserwatysta, mocno zapatrzony w świat przeszłości. Francuską orkiestrę inspirował również neoklasycyzm, który, jako żywo, w muzyce artystycznej XX wieku nie kojarzył się z ideami progresywnymi. Inny paradoks polega na tym, że to, co w muzyce rockowej jest synonimem wyrafinowania, w obrębie „poważnej” sztuki dźwięku może kojarzyć się z topornością, a nawet złym smakiem. Kłania się przykład Carla Orffa, którego krytycy zajmujący się muzyką klasyczną postrzegali jako przedstawiciela „neoprymitywizmu”. Katalog zarzutów był niemały. Przypomnijmy tylko niektóre: ubóstwo środków wyrazu, przesadne upraszczanie kompozycji, schlebianie pospolitym gustom, „muzealny” język dźwiękowy. Wcześniej wspominałem jeszcze o innym paradoksie, a mianowicie języku harmonicznym – nowoczesnym w obrębie rockowego idiomu, staroświeckim jak na modernistyczne standardy.



    @ Paweł

    „Natomiast moim zdaniem powinno istnieć osobne określenie na rocka z elementami XX-wiecznej muzyki poważnej (a zarazem pozbawionej wpływów wcześniejszej poważki), obejmujący i poszukujących twórców rockowych, i ich bezposrednich naśladowców”.

    Podzielam ten pogląd. Niejednokrotnie, różnice są łatwo zauważalne. Warto zaznaczyć, że bynajmniej nie są to drugorzędne kwestie. Ot, choćby – język harmoniczny, odmienne środki wyrazu, czasami specyficzna paleta instrumentalna. Trzeba jednak uważać, bo i na tym terenie czekają na nas różne pułapki. Zdarzają się wykonawcy o bardziej eklektycznym profilu, chętnie odwołujący się nie tylko do „muzealnych” odmian muzyki klasycznej (barok, klasycyzm, romantyzm, neoromantyzm), ale także nurtów modernistycznych. Niemniej, przy zdroworozsądkowym podejściu do tematu, jest to do ogarnięcia.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @ mahavishnuu
      Oczywiście zgadzam się z przedstawioną charakterystyką ich twórczości. I to nie tak, że ja ich nie doceniam. Twórczość Magmy nie wydaje mi się po prostu awangardowa. Opowiadane w utworach fantastyczne historie, charakterystyczna dla zespołu nadekspresja, (wszystko służy maksymalizacji efektu dramatycznego), dominacja rytmu i powtarzane wielokrotnie tematy (przywodzą na myśl jakieś obrzędy rytualne) to wszystko cechy, które łączą muzykę zespołu z przeszłością. Ich twórczość nie była nakierowana na tworzenie nowych form muzyki rockowej, a służyła jedynie realizacji, traktowanej bardzo serio, wizji lidera (inspirowanej nazizmem?) z ducha raczej romantycznej niż awangardowej.

      Usuń
    2. http://kohntarkosz.blogspot.com/2009/11/some-words-about-recent-controversy.html

      Usuń
  12. Teksty Magmy kojarzyły mi się zawsze z literaturą science-fiction klasy B. Wspomniany przez Ciebie wątek nazistowski jest wstydliwą częścią biografii Vandera. Osoby, które były u niego w mieszkaniu opowiadały, że widziały flagi nazistowskie powieszone na ścianach sypialni, zdjęcia Hitlera. Jest to tym bardziej dziwne, że perkusista pochodzi z kraju, który sporo wycierpiał w wyniku polityki hitlerowskich Niemiec. Wracając do wartości dodanej ich muzyki. Specyficzna sztuka wokalna była jednym z tych elementów, który można wyróżnić. Gra sekcji rytmicznej również była zindywidualizowana. Do tego koniecznie trzeba jeszcze dodać wymyślony na potrzeby twórczości Magmy język kobaïański. Vander uważał, że ani język angielski, ani francuski nie są w stanie w zadowalającym stopniu oddać ekspresji tworzonej przez niego muzyki. Nie chciał również, aby ograniczała go sfera semantyczna. Ważniejsze były dla niego walory brzmieniowe. Wyśpiewywane słowa miały harmonijnie koegzystować z materią muzyczną, wydatnie przyczyniając się do wzmocnienia siły przekazu. Zapewne istotny był również czynnik związany z innowacyjnością, wszak w dużym stopniu wzmacniało to oryginalność artystycznego konceptu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to czasem nie Daevid Allen, postać mało wiarygodna, był źródłem tych rewelacji o Vanderze? Poza tym zdaje się, że Stella Vander to żydówka polskiego pochodzenia.

      Usuń
    2. Był jeszcze Emmanuel Borghi, który od 1990 do 2008 z wieloma przerwami robił w Magmie za klawiszowca. Na łamach m.in. Facebooka miał ochoczo i uparcie potwierdzać rzekomą fascynację Vandera nazizmem, odbijającą się na muzyce zespołu, wskazując na przesłania ukryte pod fragmentami tekstów niektórych utworów, na czele ze "słynnym" w tym kontekście "Fuhl mehn Fuhl ehndoh litaah" (pochodzącego z "MDK"), mającego się tłumaczyć z kobaiańskiego na coś w stylu "W imię mego wodza, Adolfa Hitlera" :D Wzmiankowano też o fragmencie wokalnym "Zess", mającym być fonetyczną adaptacją jednego z przemówień Hitlera.

      Oczywiście, trudno o potwierdzenie prawdziwości czy nawet wiarygodności tego typu plotek/doniesień. Samo to, że ktoś twierdzi, że widział w czyimś pokoju jakieś plakaty, a były członek grupy interpretuje sobie wymyślony, nieodnoszący się do niczego język to raczej za mało, by komuś przypisać coś tak poważnego.

      Usuń
    3. @pablo1371000
      Estetyka Magmy też może świadczyć o podobnych wpływach. Chyba, że to kwestia inspiracji kompozytorami o faszystowskich sympatiach jak Orff czy Stravinsky.

      Usuń
    4. @ mahavishnuu
      Bynajmniej nie neguję ich innowacyjności na tle rocka. Dzielą jednak oni wraz z pozostałymi zespołami rocka progresywnego hipisowską ideologię, która jest raczej antymodernistyczna. Tradycyjnie odróżniając awangardę od modernizmu, oczekujemy od niej pewnego radykalizmu i elementu prowokacji. Czy nie powinniśmy mieć podobnych oczekiwań i wobec rockowej awangardy?

      Usuń
    5. @Paweł
      Nie zapominaj o pochodzeniu samego Vandera ...

      Usuń
  13. Żydowskie pochodzenie mieli również inni muzycy Magmy (np. Seffer, Lasry, Cahen). Swoją drogą, dlaczego Daevid Allen, którego wypowiedź przywołałem, jest postacią mało wiarygodną? Gdyby był jedyną osobą, która przypisywała Vanderowi takie niezdrowe fascynacje, można by podejść do tego z dużym dystansem. Problem w tym, że jest ich więcej. Warto poczytać sobie stronę, do której link umieścił JD. Kiedyś najpierw trafiłem na wypowiedź Allena i zacząłem nieco bardziej drążyć temat, bo wydało mi się to mało prawdopodobne. Trafiłem wtedy na wspomnianą stronę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałem - chyba w jednym z numerów "Lizarda" - że Allen opowiadał wiele niestworzonych historii. Wiadomo też, że w latach 70. ćpał tyle, że raczej wiele z tamtego okresu pamiętać nie może.

      Usuń
  14. Sorry, że się wcinam w Waszą dyskusję, ale ćpanie i inne używki w historii muzyki to ciekawy temat, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Znacie jakieś książki na ten temat?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Waiting for the Man" - Harry Shapiro

      Usuń
    2. Dzięki, a znasz może jakieś filmy dokumentalne na ten temat?

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)