[Recenzja] Amon Düül II ‎- "Wolf City" (1972)



Piąty album Amon Düül II powstawał równolegle z innym wydawnictwem. Producent Olaf Kübler postanowił wykorzystać okazję do zrealizowania własnego albumu pod szyldem Utopia. W projekt zaangażowani byli także muzycy znani z innych niemieckich grup, jak Embryo czy Passport. Większości składu Amon Düül II pomysł od początku nie przypadł do gustu. Jednie Lothar Meid bardzo mocno się w niego zaangażował - jako jedyny zagrał we wszystkich utworach, które zresztą napisał wspólnie z Küblerem. Pozostali muzycy obawiali się, że producent chce wykorzystać ich popularność dla własnych korzyści. Podejrzenia budziła jego decyzja, aby jeden z utworów Utopii, "Deutsch Nepal", umieścić także na mającym ukazać się wcześniej "Wolf City" (w niezauważalnie innym miksie). O motywacjach Küblera sporo mówi też fakt wznowienia albumu "Utopia" w latach 80. pod szyldem Amon Düül II. Pod względem stylistycznym jest to, mimo pewnych podobieństw, wyraźnie inna muzyka, kierująca się raczej w stronę jazz-rocka.

Cała ta sytuacja doprowadziła do kolejnych nieporozumień w zespole i kolejnych roszad w składzie. I to w momencie, gdy sytuacja personalna w końcu w miarę się ustabilizowała. W nagrywaniu "Wolf City" wzięli udział praktycznie ci sami muzycy, którzy wystąpili na poprzednim w dyskografii "Carnival In Babylon" i wcześniejszym "Tanz Der Lemminge". Zabrakło jedynie klawiszowca Karla-Heinza Hausmanna, na którego miejsce do podstawowego składu wrócił Falk Rogner. Za to Peter Leopold, do tamtej pory niezmiennie tworzący trzon zespołu, tym razem wystąpił w roli gościa. Skoro już mowa o gościach - bez których tradycyjnie nie mogło się obyć - to tutaj również przeważają dobrze znane nazwiska, jak Jimmy Jackson, Al Gromer czy Rolf Zacher (wszyscy trzej pojawili się już na "Tańcu lemingów").

Pod względem stylistycznym "Wolf City" stanowi bezpośrednią kontynuację "Carnival In Babylon", co było zapewne częścią kontraktu z United Artists. Wytwórnia oczekiwała materiału, który sprzeda się także na amerykańskim i brytyjskim rynku. Jest to więc wciąż granie bardziej przystępne niż w czasach "Phallus Dei" i "Yeti", bliższe anglosaskiej psychodelii. Jednak tym razem muzycy znacznie lepiej odnajdują się w takiej stylistyce. Zaczyna się od melodyjnego, ale charakteryzującego się dość niepokojącym klimatem "Surronded by the Stars". Partia wokalna Renate Knaup ociera się o fałsz, ale wynagradza to bardzo fajna warstwa instrumentalna. I wcale nie jest to aż tak bardzo piosenkowe granie. Muzycy starają się, z powodzeniem, urozmaicić strukturę. Jeszcze ciekawiej wypada "Jail-House-Frog", przypominający o bardziej eksperymentalnych początkach zespołu. Uwagę zwraca bogate brzmienie, a także liczne smaczki, jak rewelacyjne wejście saksofonu. Dalej w tym kierunku zmierza finałowy "Sleepwalker's Timeless Bridge", w znacznej części będący bardzo fajnym instrumentalnym jamem, a dopiero w drugiej połowie nabierający bardziej piosenkowego charakteru za sprawą partii wokalnej Daniela Fichelschera.

Faktycznie bardziej konwencjonalny okazuje się "Green-Bubble-Raincoated-Man", z początku balladowy, stopniowo zyskuje na dynamice. To jednak bardzo ładny utwór. Chyba po raz pierwszy w twórczości zespołu pojawia się syntezator, wykorzystany jednak z dobrym smakiem. O świetnej formie kompozytorskiej muzyków - za większość materiału odpowiadają Chris Karrer, John Weinzierl i Falk Rogner - świadczy nawet najbardziej jednorodny pod względem budowy i najuboższy brzmieniowo kawałek tytułowy. Świetne wypadają tu partie gitar i basu, fajnie dopełnione intensywną perkusją oraz wielogłosową partią wokalną. Naprawdę udanym urozmaiceniem jest subtelniejszy, bardzo nastrojowy "Wie der Wind am Ende einer Strasse", w którym istotną rolę odgrywają skrzypce, pulsujący bas oraz indyjskie instrumenty, jak sitar, tambura i tabla. Mniej przekonuje mnie natomiast wspomniany na początku "Deutsch Nepal", wyróżniający się podniosłą, quasi-horrorową atmosferą oraz teatralną deklamacją Rolfa Zachera. Wyraźnie odstaje poziomem i charakterem od reszty longplaya, co nie powinno dziwić, skoro nagranie powstało na inny album (gdzie z kolei jest jednym z lepszych fragmentów), a tutaj zostało wrzucone jako reklama tamtego wydawnictwa.

"Wolf City" to powrót Amon Düül II do poziomu, jaki zespół prezentował na swoich trzech pierwszych albumach. A nawet nieco wyższy od "Tanz Der Lemminge", choć tam na niekorzyść działa przede wszystkim długość, podczas gdy "Wolf City" nie przekracza nawet trzydziestu pięciu minut, dzięki czemu jest bardziej zwarty. Trochę słabiej wypadają tu tylko trzy minuty, którym cześć muzyków była przeciwna, ale producent nie pozostawił im wyboru. W porównaniu z "Carnival In Babylon" jest już dużo lepiej, bo tym razem muzycy nie pozwoli by ograniczyła ich piosenkowa forma utworów. Wręcz przeciwnie - starali się, by nawet te bardziej przebojowe utwory były ciekawie urozmaicone, więcej w tym wszystkim spontaniczności oraz dawnego szaleństwa. Niestety, "Wolf City" okazał się ostatnim przebłyskiem zespołu. Amon Düül II wydał później jeszcze kilkanaście albumów - ostatni w 2010 roku - ale jakościowo już znacznie słabszych.

Ocena: 8/10



Amon Düül II ‎- "Wolf City" (1972)

1. Surrounded by the Stars; 2. Green-Bubble-Raincoated-Man; 3. Jail-House-Frog; 4. Wolf City; 5. Wie der Wind am Ende einer Strasse; 6. Deutsch Nepal; 7. Sleepwalker's Timeless Bridge

Skład: Chris Karrer - gitara (1,2,4,7), skrzypce (1,5,7), saksofon sopranowy (3); John Weinzierl - gitara, wokal (3,4); Falk Rogner - instr. klawiszowe (1-5,7); Lothar Meid - gitara basowa, syntezator (1), wokal (3,4); Daniel Fichelscher - perkusja, gitara (7), wokal (4,7); Renate Knaup - wokal (1-4)
Gościnnie: Jimmy Jackson - instr. klawiszowe (1-3,6); Peter Leopold - syntezator (3), wokal (3), kotły (5); Olaf Kübler - wokal (3), saksofon sopranowy (5); Rolf Zacher - głos (3,6); Al Gromer - sitar (5); Liz van Neienhoff - tambura (5); Pandit Shankar - tabla (5); Paul Heyda - skrzypce (5)
Producent: Amon Düül II i Olaf Kübler


Komentarze

  1. Jestem świeżo po przesłuchaniu tej płyty. Tak, jak napisałeś, dosyć przystępne granie, ale w żadnym wypadku banalne. Fajnie zaaranżowane, melodyjne, a na te wejście saksofonu też zwróciłem uwagę ;) Tak swoją drogą, to planujesz recenzować w najbliższym czasie jakichś innych, chyba nieco mniej znanych "Niemców" typu Cluster, Harmonia, Gila, Guru Guru - chociaż ten zespół był raczej w miarę popularny?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie skończyłem z Amon Duul II i Faustem, a z Kraftwerka został jeden album w tym stylu, więc będę musiał rozpocząć recenzje kolejnego przedstawiciela krautrocka. Tylko jeszcze nie wiem jakiego.

      Usuń
  2. Jakoś nie mogę się przekonać do tego albumu. Pozostawia mnie raczej obojętnym (strona A nawet irytuje wokalami), brakuje tej bezkompromisowości poprzednich płyt.
    "Deutsch Nepal", na który narzekasz, jest dla mnie akurat zabawny, interesującym byłoby usłyszeć ten utwór w wykonaniu Magmy.
    "(...) okazał się ostatnim przebłyskiem zespołu"
    Z większością zespołów rockowych niestety tak jest, że tylko pierwszych pięć płyt daje się słuchać.
    "(...) będę musiał rozpocząć recenzje kolejnego przedstawiciela krautrocka"
    Tylko nie Klaus Schulze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Schulze'a zacząłem recenzować już rok temu... i utknąłem na debiucie.

      Usuń
    2. To dobrze! Tylko ktoś naprawdę twardy jest w stanie słuchać coś późniejszego niż "Timewind"!

      Usuń
    3. Słuchałem paru późniejszych albumów i o ile w większości pozostawiły mnie całkiem obojętnym, a dość chyba popularny "X" mnie wręcz wymęczył, tak "Moondawn" uważam za całkiem dobry przykład progresywnej elektroniki, czy ściślej mówiąc Szkoła Berlińska. Ogólnie solowa twórczość tego muzyka nie ma za wiele wspólnego z krautrockiem, choć z niego się wywodzi. Najbardziej krautowe są jego dokonania, gdy grał na perkusji w Ash Ra Tempel i Tangerine Dream.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)