[Recenzja] Henry Grimes Trio - "The Call" (1966)

Dopiero zbierając informacje do tej recenzji, dowiedziałem o niedawnej śmierci Henry'ego Grimesa. Basista zmarł 15 kwietnia, po komplikacjach wywołanych zarażeniem koronawirusem. Grimes był bardzo interesującą postacią. Karierę muzyczną zaczynał pod koniec lat 50., w czasach popularności hard bopu. Grywał w tamtym okresie m. in. z Theloniousem Monkiem, Charlesem Mingusem, Sonnym Rollinsem, Gerrym Mulliganem oraz McCoyem Tynerem. Był niezwykle rozrywanym sidemanem. Podczas edycji słynnego Newport Jazz Festival z 1958 roku wystąpił aż w sześciu różnych składach. Z czasem zainteresował się bardziej awangardową muzyką i stał jednym z prominentnych przedstawicieli free jazzu. Współpracował wówczas z takimi muzykami jak Albert Ayler, Cecil Taylor, Don Cherry, Archie Shepp czy Pharoah Sanders. Nagrał też solowy album "The Call".
Pod koniec lat 60. - prawdopodobnie na początku 1967 roku, tuż po słynnych koncertach z Aylerem uwiecznionych na albumie "In Greenwich Village" - Grimes postanowił opuścić Nowy Jork. Udał się na drugie wybrzeże, do Kalifornii, po czym słuch o nim zaginął. Wielu uważało go za zmarłego. I być może jego losy na zawsze pozostałyby tajemnicą, gdyby w 2003 roku nie natknął się na niego niejaki Marshall Marrotte, pracownik socjalny i jednocześnie wielbiciel jazzu. Grimes żył w nędzy, przez pewien czas był nawet bezdomny, utrzymywał się z prac dorywczych. Okazało się też, że cierpi na zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Kontrabas sprzedał na początku lat 70. Nie miał pojęcia, że część jego dawnych współpracowników już nie żyje, ani w ogóle nie wiedział co działo się przez ten czas na scenie jazzowej. Jednak dzięki wsparciu innych muzyków (m. in. Williama Parkera, który podarował mu nowy instrument), Grimes wrócił do grania, zaczął też regularnie koncertować i nagrywać płyty. Pozostał aktywny prawie do śmierci.
Zarejestrowany niedługo przed nagłym zniknięciem basisty album "The Call" - owoc sesji z 28 grudnia 1965 roku w Nowym Jorku - nie zyskał tak kultowego statusu, jakim cieszy się wiele wydawnictw, na których Grimes wystąpił w roli sidemana. Jest to jednak bardzo interesująca pozycja, która powinna zainteresować miłośników free jazzu. Ciekawy jest już sam skład, gdyż liderowi towarzyszą tu tylko perkusista Tom Price oraz klarnecista Perry Robinson. Muszę przyznać, że nie znam żadnego innego albumu, na którym klarnet były głównym - i teoretycznie jedynym - instrumentem solowym. Teoretycznie, ponieważ w takim składzie instrumentalnym rola sekcji rytmicznej nie mogła ograniczać się tylko do trzymania rytmu. Grimes i Price występują w roli solistów nie rzadziej niż Robinson. Cała trójka ma zresztą sporo przestrzeni do zaprezentowania swoich możliwości, przy czym najważniejszy dla nich jest efekt końcowy, dlatego ściśle ze sobą współpracują, zamiast konkurować o to, kto da najlepszy popis.
Album składa się tylko z sześciu nagrań, z których cztery to kompozycje lidera, a za pozostałe dwie ("Walko On", "Son of Alfalfa") odpowiada Robinson. Najciekawiej prezentują się dwa pierwsze utwory, składające się na stronę A winylowego wydania. "Fish Story" wyróżnia się agresywnymi partiami kontrabasu, kojarzącymi się z poważną awangardą współczesną, perkusyjną nawałnicą, a także typowo freejazzowymi, jazgotliwymi dźwiękami klarnetu. Z kolei najdłuższy na płycie "For Django" z początku (i pod koniec) intryguje minorowym klimatem - partie muzyków w tej części są bardziej rozluźnione, ale z czasem zaczynają grać coraz gęściej, coraz ściślej się zazębiając. Jest to na pewno porywający przykład zespołowej interakcji. Kompozycje ze strony B już tak charakterystyczne nie są, ale to wciąż bardzo solidne granie, pokazujące duży kunszt instrumentalny i dobre zgranie tego efemerycznego tria. Może trochę szkoda, że nagrania nie zostały rozmieszczone inaczej, jednak wciąż jest to bardzo dobry album.
Pod koniec lat 60. - prawdopodobnie na początku 1967 roku, tuż po słynnych koncertach z Aylerem uwiecznionych na albumie "In Greenwich Village" - Grimes postanowił opuścić Nowy Jork. Udał się na drugie wybrzeże, do Kalifornii, po czym słuch o nim zaginął. Wielu uważało go za zmarłego. I być może jego losy na zawsze pozostałyby tajemnicą, gdyby w 2003 roku nie natknął się na niego niejaki Marshall Marrotte, pracownik socjalny i jednocześnie wielbiciel jazzu. Grimes żył w nędzy, przez pewien czas był nawet bezdomny, utrzymywał się z prac dorywczych. Okazało się też, że cierpi na zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Kontrabas sprzedał na początku lat 70. Nie miał pojęcia, że część jego dawnych współpracowników już nie żyje, ani w ogóle nie wiedział co działo się przez ten czas na scenie jazzowej. Jednak dzięki wsparciu innych muzyków (m. in. Williama Parkera, który podarował mu nowy instrument), Grimes wrócił do grania, zaczął też regularnie koncertować i nagrywać płyty. Pozostał aktywny prawie do śmierci.
![]() |
| Henry Grimes (3.11.1935 - 15.4.2020) |
Zarejestrowany niedługo przed nagłym zniknięciem basisty album "The Call" - owoc sesji z 28 grudnia 1965 roku w Nowym Jorku - nie zyskał tak kultowego statusu, jakim cieszy się wiele wydawnictw, na których Grimes wystąpił w roli sidemana. Jest to jednak bardzo interesująca pozycja, która powinna zainteresować miłośników free jazzu. Ciekawy jest już sam skład, gdyż liderowi towarzyszą tu tylko perkusista Tom Price oraz klarnecista Perry Robinson. Muszę przyznać, że nie znam żadnego innego albumu, na którym klarnet były głównym - i teoretycznie jedynym - instrumentem solowym. Teoretycznie, ponieważ w takim składzie instrumentalnym rola sekcji rytmicznej nie mogła ograniczać się tylko do trzymania rytmu. Grimes i Price występują w roli solistów nie rzadziej niż Robinson. Cała trójka ma zresztą sporo przestrzeni do zaprezentowania swoich możliwości, przy czym najważniejszy dla nich jest efekt końcowy, dlatego ściśle ze sobą współpracują, zamiast konkurować o to, kto da najlepszy popis.
Album składa się tylko z sześciu nagrań, z których cztery to kompozycje lidera, a za pozostałe dwie ("Walko On", "Son of Alfalfa") odpowiada Robinson. Najciekawiej prezentują się dwa pierwsze utwory, składające się na stronę A winylowego wydania. "Fish Story" wyróżnia się agresywnymi partiami kontrabasu, kojarzącymi się z poważną awangardą współczesną, perkusyjną nawałnicą, a także typowo freejazzowymi, jazgotliwymi dźwiękami klarnetu. Z kolei najdłuższy na płycie "For Django" z początku (i pod koniec) intryguje minorowym klimatem - partie muzyków w tej części są bardziej rozluźnione, ale z czasem zaczynają grać coraz gęściej, coraz ściślej się zazębiając. Jest to na pewno porywający przykład zespołowej interakcji. Kompozycje ze strony B już tak charakterystyczne nie są, ale to wciąż bardzo solidne granie, pokazujące duży kunszt instrumentalny i dobre zgranie tego efemerycznego tria. Może trochę szkoda, że nagrania nie zostały rozmieszczone inaczej, jednak wciąż jest to bardzo dobry album.
Ocena: 8/10
Henry Grimes Trio - "The Call" (1966)
1. Fish Story; 2. For Django; 3. Walk On; 4. Saturday Nite What Th' ; 5. The Call; 6. Son of Alfalfa
Skład: Henry Grimes - kontrabas; Perry Robinson - klarnet; Tom Price - perkusja
Producent: -
Henry Grimes Trio - "The Call" (1966)
1. Fish Story; 2. For Django; 3. Walk On; 4. Saturday Nite What Th' ; 5. The Call; 6. Son of Alfalfa
Skład: Henry Grimes - kontrabas; Perry Robinson - klarnet; Tom Price - perkusja
Producent: -

Zdaje się, że życiorys tego pana posłużył za scenariusz do filmu 'Solista' z 2009 z Jamie Foxx'em.
OdpowiedzUsuńZ tego co widzę, to ten film (na podstawie książki biograficznej) opowiada o zupełnie innej, choć też autentycznej postaci.
UsuńA tego nie wiedziałem. Ale historia bliźniaczo podobna.
UsuńTo najlepszy basista w historii jazzu!
OdpowiedzUsuńJak to nie znasz żadnego albumu wybitnych klarnecistów takich jak: Jimmy Hamilton, Tony Scott, Buddy DeFranco, Don Byron, Johnny Dodds, Benny Goodman, Artie Shaw, Buster Bailey, Woody Herman. Nie wierzę!
OdpowiedzUsuńNie da się przecież znać wszystkiego. Goodmana słyszałem grającego z Bartókiem i Szigetim (ale "Contrasts for Violin, Clarinet and Piano" to nie jazz, a o klarnecie z tej płyty chyba trudno powiedzieć, że jest głównym/jedynym solowym instrumentem), pozostałych pewnie też gdzieś słyszałem. Ale nie pamiętam albumu, na którym byłby klarnet i żadnych innych dęciaków.
UsuńTu masz nawet więcej niż jeden:
Usuńhttps://youtu.be/bUvpT6ErXqM
Dzięki, sprawdzę.
UsuńKurde, swój talent i umiejętności mógł wykorzystać w genialny sposób, szkoda że sprzedał kontrabas. Sytuacja trochę podobna jak z Hermannem Szobelem.
OdpowiedzUsuń