23 lutego 2020

[Recenzja] Frank Zappa - "Waka/Jawaka" (1972)



Po trzech latach od wydania "Hot Rats" - wypełnionych intensywną działalnością z Mothers of Invention - Frank Zappa postanowił nagrać coś w rodzaju kontynuacji tamtego albumu. O tym zamyśle świadczy już sama okładka "Waka/Jawaka". A kolejnym dowodem jest sama muzyka, ponownie zdominowana przez porywające jamy o jazz-rockowym charakterze. Warto wspomnieć, że album powstał w wyniku następstw paru niefortunnych zdarzeń z grudnia 1971 roku. Najpierw, podczas występu w szwajcarskim Casino de Montreux, doszło do pożaru, w którym Zappa i jego zespół stracili cenny sprzęt muzyczny (wydarzenie to zostało uwiecznione w tekście "Smoke on the Water" Deep Purple). Zaledwie parę dni później, w trakcie występu w londyńskim Rainbow Theatre, Frank został zepchnięty ze sceny przez jednego z uczestników koncertu. Muzyk odniósł ciężkie obrażenia, po których długo dochodził do siebie, poruszając się na wózku.

Zappa nie zamierzał jednak odpoczywać. Praktycznie od razu zabrał się za tworzenie nowego materiału. A już na przełomie kwietnia i maja 1972 roku, wciąż nie poruszając się o własnych siłach, odbył sesję nagraniową w kalifornijskim Paramount Studios. Zarejestrował wówczas materiał na dwa albumy, z których pierwszy - właśnie "Waka/Jawaka" - ukazał się już w lipcu ("The Grand Wazoo" został opublikowany w listopadzie). Do studia Zappa zaprosił zarówno muzyków o jazzowym, jak i rockowym lub bluesowym doświadczeniu; takich z którymi współpracował już wcześniej, jak również takich, z którymi nie miał jeszcze okazji grać. W sumie w nagraniach z "Waka/Jawaka" wzięło udział kilkunastu muzyków (grających w różnych konfiguracjach w zależności od utworu), z których warto szczególnie wyróżnić jazzowego pianistę George'a Duke'a, trębacza Sala Marqueza, saksofonistów Mike'a Altschula i Joela Peskina oraz sekcję rytmiczną złożoną z basisty Alexa Dmochowskiego i perkusisty Aynsleya Dunbara.

Album rozpoczyna ponad 17-minutowy "Big Swifty". To taki Zappa, jakiego lubię najbardziej - w pełni instrumentalne nagranie o improwizowanym charakterze, bez tych typowych dla jego twórczości wokalnych wygłupów, które odciągałyby uwagę od instrumentalnego kunsztu. Porywającym popisom gitarowym lidera towarzyszą nie mniej interesujące partie Marqueza i Duke'a, a także błyskotliwa, urozmaicona gra Dunbara i Dmochowskiego. Równie udanie prezentuje się 11-minutowy finał, tytułowy "Waka/Jawaka" - nagranie o podobnym charakterze, utrzymane w tej samej stylistyce i posiadające dokładnie te same zalety. Brzmienie jest tu jednak bogatsze za sprawą rozbudowanej sekcji dętej, kojarzącej się z jazzowymi big-bandami, a także dźwięków syntezatora. Oba utwory stanowią bardzo udaną kontynuację "Hot Rats", nie powielając jednak rozwiązań z tamtego albumu, lecz pomysłowo rozwijając jego stylistykę. Niestety, środek albumu to dwa krótsze kawałki o quasi-piosenkowym, pastiszowym charakterze - bluesujący "Your Mouth" i ocierający się o country "It Just Might Be a One-Shot Deal". W pierwszym z nich dzieje się trochę ciekawego w warstwie instrumentalnej - szkoda tylko, że zagłusza to żartobliwa warstwa wokalna. W drugim już sama muzyka przez większość czasu jest po prostu banalna (może z wyjątkiem gry Dunbara) i jedynie krótkimi momentami muzycy proponują coś bardziej interesującego. Szkoda, że te kawałki się tutaj znalazły, bo nie tylko nie pasują stylistycznie, ale też zaniżają poziom.

"Waka/Jawaka" to album przez większość czasu rewelacyjny, jednak te dwa krótkie momenty bardzo psują mi jego odbiór jako całości. Wiem, że te humorystyczne kawałki Zappy też zwykle mają sporą wartość artystyczną (choć akurat w takim "It Just Might Be..." jest ona raczej znikoma), ale subiektywnie po prostu mi się nie podobają. Na tym longplayu na szczęście dominuje granie instrumentalne, któremu nic nie mogę zarzucić. Zasłużony klasyk. Jeśli jednak ktoś go jakimś cudem nie słyszał, to powinien jak najszybciej nadrobić zaległości. 

Ocena: 8/10



Frank Zappa - "Waka/Jawaka" (1972)

1. Big Swifty; 2. Your Mouth; 3. It Just Might Be a One-Shot Deal; 4. Waka/Jawaka

Skład: Frank Zappa - gitara, instr. perkusyjne (1); Tony Duran - gitara (1-3), wokal (3); Sal Marquez - trąbka, instr. perkusyjne (1,4), wokal (2,3), skrzydłówka (4); George Duke - elektryczne pianino (1), pianino (2); Alex "Erroneous" Dmochowski - gitara basowa, wokal (3); Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne; Mike Altschul - saksofon barytonowy (2,4), flet (2,4), saksofon tenorowy (4), klarnet basowy (4); Joel Peskin - saksofon tenorowy (2); Chris Peterson - wokal (2); Jeff Simmons - gitara i wokal (3); Sneaky Pete Kleinow - gitara pedal steel (3); Janet Ferguson - wokal (3); Don Preston - pianino i syntezator (4); Billy Byers - puzon (4); Kenny Shroyer - puzon (4)
Producent: Frank Zappa


21 komentarzy:

  1. Za dwa kawałki obniżyłeś ocenę o 2?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie oceniam w ten sposób. Patrzę na całokształt, który w tym przypadku pozostawia trochę do życzenia. Nie jest też powiedziane, że gdyby zamiast tych dwóch kawałków było coś bardziej pasującego, dałbym maksymalną ocenę. Nie sądzę by tak było.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Nie pamiętam tego albumu.

      Usuń
    2. Uncle Meat to już totalna awangarda, choć i tak pod tym względem ustępuje Lumpy Gravy.

      Usuń
  3. Tak jako ciekawostkę, Waka/Jawaka została nagrana podczas tej samej sesji (podczas rekonwalescencji po upadku ze sceny) co równie świetny i bardziej jazzowy The Grand Wazoo, więc można je traktować jako 2 części.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiele lat słucham muzyki (celowo nie używam tu słowa: rockowej), a twórczość szalonego Franka Zappy wciąż czeka na swoje odkrycie. Dziwne.
    Wstyd się przyznać: na półce nie mam ani jednej płyty Zappy (jedynie ''brudnopisy'' ściągnięte z Internetu do przesłuchania). Trzeba będzie kiedyś zacząć - a na 99% wiem, że raczej ta muzyka mi się spodoba (i tu jest haczyk: jak się spodoba, to trzeba będzie kupić - na RockSerwis jest prawie wszystko - ale na półkach miejsca brak). :-/

    Kiedyś przeczytałem książkę autorstwa Franka Zappy ''Takiego mnie nie znacie'' - przyznam się szczerze, że mocno się rozczarowałem jego skrajnie lewackimi poglądami (z drugiej strony patrząc: czy on jeden jest zaczadzony taką ideologią?). Szkoda.

    PS. Co do książek: przydałoby się miejsce na Twojej stronie, szanowny Autorze, gdzie można by poruszyć temat ciekawych i godnych polecenia tytułów, po które warto sięgnąć. Skorzystam z tego miejsca i polecę tym, którzy nie czytali:

    Iommi Tony ''Iron Man. Moja podróż przez Niebo i Piekło z Black Sabbath'' (świetna pozycja!);

    Hernik Łukasz ''Genesis. W krainie muzycznych olbrzymów'' (cudo!);

    Stenning Paul ''Iron Maiden: historia Żelaznej Dziewicy'' (fani metalu nie rozczarują się).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dyskografia Zappy jest przeogromna, co może trochę przytłaczać i zniechęcać, bo nie bardzo wiadomo, od czego zacząć. Jego twórczość jest też na tyle odrębna od reszty muzyki, że wielu słuchaczom może wydawać się zbyt dziwna. Osobiście na początek proponowałbym "Hot Rats", "Waka/Jawaka" i "The Grand Wazoo", ale muszę zaznaczyć, że to bardzo jazzowe granie (nie całkiem jazzowe, ale jednak oparte raczej na improwizacji niż kompozycjach).

      Dawniej był tutaj skromy dział z recenzjami książek muzycznych, ale dałem sobie spokój z pisaniem o nich, a opublikowane teksty zdjąłem. Wśród nielicznych recenzji była obecna zarówno autobiografia Iommiego, jak i książka Stenninga (której nie polecałem ze względu na błędy merytoryczne oraz zbyt fanowskie, bezkrytyczne podejście autora).

      Usuń
    2. Ja uważam że dla rockowego słuchacza najlepiej zacząć od "Over-Nite Sensation", "Apostrophe" i "One Size Fits All". To płyty o charakterze rockowym (gdzie oczywiście inne akcenty są) i można powiedzieć że jak na Zappę są konwencjonalne i rozrywkowe, ale oczywiście ambitne. Gdy słuchałem "normalnej muzyki" to wydawały mi śię dziwne i odjechane w kosmos. Teraz są dla mnie zwykłe i wolę te o których wspomniałeś. Są najłatwiejsze do połknięcia po czym przychodzi ochota na więcej. Ale na początek są idealne. No i patrząc obiektywnie są one najbardziej przebojowe w jego dyskografii.

      Usuń
    3. Akurat Sheik Yerbouti to był jedyny syf jaki nagrał Zappa Świadczy o tym fakt że to najlepiej sprzedająca się płyta bo własnie bardzo popowa i banalna a w dodatku zła. Ktoś kto od tego zacznie to szybko się Zappą zrazi. No chyba że to będzie słuchacz tandetnego popu z lat 80-ych, którzy właśnie zrobili sprzedaż tej płycie.

      Usuń
    4. Zabrałem sobie na rower ''Freak Out!'' (1966). Jest dobrze; w sumie jest lepiej, niż myślałem.

      Taaa, w maju 1966 roku przyszedłem na świat. ''Nie ma przypadków, są tylko znaki''? ;-)

      Usuń
    5. "Joe's Garage" jest dobre na początek.

      Usuń
  5. Progresywny urock jest bardzo ciekawą pozycją. Mahavishnuu już kiedyś na tym forum polecał tą pozycję

    OdpowiedzUsuń
  6. blackwaterpark@

    Zappa był lewakiem? Niestety, ale wygląda na to, że akurat ten wątek przeczytałeś nieuważnie. Było nieomal odwrotnie. Kilka przykładów. Zappa był zdecydowanym zwolennikiem kapitalizmu, Postulował minimalną obecność państwa w życiu jego obywateli, popierał podatki na rzecz armii. Dworował sobie z komunizmu – wedle niego ten system był absurdalny, choćby z tego powodu, że nie uznawał własności prywatnej. Sam czasami mówił o sobie, że jest konserwatywnym liberałem.

    A co do wspomnianego wcześniej „Uncle Meat” - moim zdaniem zdecydowanie jeden z najlepszych albumów w dorobku Zappy. Jest z nim jeden problem. Wersja kompaktowa została schlastana, ponieważ dodano do niej kilkadziesiąt minut „muzycznych” śmieci – dialogi ze ścieżki filmowej plus krótki materiał nagrany w latach 80. Trzeba słuchać tego albumu w wersji oryginalnej z 1969 roku.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zappa jest niezgłębiony, oby więcej tych recenzji jego płyt. Teraz wyszła edycja deluxe "Hot Rats"

    OdpowiedzUsuń
  8. Uncle Meat to najbardziej odjechana z płyt Matek, ale jaka dobra o czym niech świadczy najsłynniejszy z niej zamykacz (i mam tu na myśli wszystkie jego części) King Kong, który jest po prostu genialny.
    Według mnie dwie kolejne po Hot Rats jazz rockowe płyty Zappy, choć dobre, nie dorównują jej. Jak przedmówca pisał dobrym punktem na początek jest Over-Nite Sensations i w podobnym stylu utrzymane dwie kolejne płyty studyjne, ale według mnie najlepiej zacząć od początku. Freak Out to świetna płyta i choć oczywiście jest nieco dziwna, to nie jest to nic nadzwyczajnego, każdemu fanowi wczesnych Floydów nie powinna być to straszna muzyka. Dużo żartów, wygłupów i parodii nie wyklucza się tam ze świetną muzyką i ciekawymi eksperymentami. Słysząc po raz pierwszy sądziłem iż jest to dekonstrukcja albumu psychodelicznego, jednak jak potem się dowiedziałem FO wyprzedza 5th Dimension Byrdsów uznawane za pierwszy w pełni psychodeliczney album... Kto by pomyślał.

    OdpowiedzUsuń
  9. Freak Out! nie należy wprawdzie do najlepszych albumów w dorobku Zappy, jednak jego rola historyczna jest trudna do przecenienia. Z pewnością jest to jeden z najbardziej oryginalnych i najważniejszych debiutów w historii muzyki rockowej. Swego czasu napisałem nawet dłuższy tekst poświęcony Freak Out! (pojawił się w „Lizardzie”). Skupiłem się tylko na kwestiach związanych z jego prekursorskim charakterem. To bardzo szeroki wątek, gdyż dotyczy nie tylko kwestii stricte muzycznych.

    A propos prekursorstwa – w końcu wątek dotyczy albumu jazz rockowego. Za prekursorów tego nurtu na gruncie rockowym uchodzą najczęściej tacy wykonawcy, jak: Graham Bond Organisation, Chicago Transit Authority, Blood, Sweat And Tears, The Soft Machine, Colosseum. Zappa zazwyczaj pojawia się dopiero w drugim rzucie w kontekście „Hot Rats”, a więc dopiero w 1969 roku, ewentualnie „Uncle Meat”, który ukazał się w tym samym roku. Niektórzy z wyżej wymienionych (np. Colosseum) swoje pierwsze albumy wydali dopiero w 1969 roku, jednak muzyczną działalność zaczęli wcześniej. Tak naprawdę Zappa swoje eksperymenty z fuzją jazzu i rocka zaczął jednak znacznie wcześniej, co stawia go w gronie pionierów takiego podejścia do tematu. Oficjalne i nieoficjalne zapisy tras koncertowych The Mothers Of Invention wykazują, że grupa Zappy już w latach 1967-1968 w niejednej kompozycji wypracowała własną formułę jazz-rocka, wychodząc z pozycji rockowych, czego znamienitym przykładem jest wczesna wersja „King Konga”, granego na żywo już w 1967 roku. Szeroka publiczność pozna go dopiero w 1969 roku, gdy światło dzienne ujrzy album „Uncle Meat”. Jeśli chodzi o oficjalne wydawnictwa koncertowe dobrym przykładem niech będzie choćby „Ahead Of Their Time” (wydany dopiero w 1993 roku) - zapis występu z londyńskiego Royal Festival Hall, z października 1968 roku. W przypadku bootlegów mamy do czynienia z ogromnym bogactwem. W interesującym nas temacie warto przywołać: „’Tis The Season To Be Jelly”, zarejestrowany w 1967 roku, z wczesną szesnastominutową wersją „King Konga". Z kolejnego rocznika kłaniają się: „Mr. Gen’s Greens” i „Twenty Years Ago Again”. Takich przykładów można podać znacznie więcej. W czasie koncertów w latach 1967-1968 „King Kong”, dzięki długim improwizacjom, często rozrastał się do blisko 30 minut. „Hot Rats” nie był zatem jedną z pierwszych prób Zappy zmierzenia się z idiomem jazz-rockowym. W istocie był raczej zwieńczeniem pierwszych lat eksperymentów z jazzem nowoczesnym. Później, już w nieco innej formule, będzie te eksperymenty twórczo kontynuował. I w tym przypadku warto zwrócić uwagę nie tylko na oficjalne wydawnictwa studyjne („The Grand Wazoo”, „Waka/Jawaka”). Ze szczególną uwagą należy pochylić się nad różnymi archiwalnymi koncertami zarejestrowanymi w latach 1972-1974 i licznymi bootlegami. Bodaj najciekawsze są nagrania jego bandu z 1973 roku, bowiem to właśnie wtedy udało mu się zebrać wręcz fenomenalny zespół. Nic tylko słuchać…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza wspomniana prze ze mnie pod recenzją Hot Rats, płyta The Helsinki Tapes.

      Usuń
  10. No nie wiem, ja tam bardzo lubię Freak Out!, choć też nie jest mój ulubiony. Jednak właśnie najbardziej lubię wczesny okres jego twórczości 66-70, ewentualnie 66-74. A moim ulubieńcem jest chyba jego drugi album, absolutnie genialne Absolutely Free.

    OdpowiedzUsuń
  11. Czekam na recenzję "Burnt Weeny Sandwich" właśnie przesłuchałem, genialny album- drugie, po "Grand Wazoo", arcydzieło Mothers of Invention

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".