[Recenzja] Bob Dylan - "The Times They Are a-Changin'" (1964)



Pod pewnymi względami jest to przełomowe wydawnictwo w dorobku Boba Dylana. W przeciwieństwie do obu poprzednich, znalazły się na nim wyłącznie autorskie kompozycje (aczkolwiek w warstwie instrumentalnej często oparte na tradycyjnych pieśniach z Irlandii i Szkocji). Podobnie jak podczas nagrywania eponimicznego debiutu, a w przeciwieństwie do sesji "The Freewheelin' Bob Dylan", cały materiał został zarejestrowany bez udziału żadnych dodatkowych instrumentalistów. Nagrania odbyły się w ciągu kilku sesji, w sierpniu i październiku 1963 roku. Oprócz przygrywającego sobie na gitarze akustycznej i harmonijce pieśniarza, w studiu obecny był jedynie producent Tom Wilson. Dziesięć utworów składa się na prawdopodobnie najbardziej zaangażowany społecznie i politycznie album Dylana, zatytułowany od jednego z nich "The Times They Are a-Changin'".

Materiał zdaje się bardziej jednorodny od swoich poprzedników. Tym razem artysta rezygnuje z wpływów bluesowych, prezentując jedynie folkowe ballady. Aranżacje pozostały bardzo ascetyczne, a budowa poszczególnych kompozycji składa się właściwie z jednostajnych repetycji jednego gitarowego motywu, często urozmaiconych solowymi partiami harmonijki. Jednak w tych prostych partiach instrumentalnych słychać ogromne zaangażowanie Dylana, jeszcze silniej ujawniające się w warstwie wokalnej. Teksty są tu oczywiście świetnie napisane, ale już sam sposób, w jaki artysta je opowiada, przyciąga uwagę. Śpiewa w taki sposób, że nie trzeba nawet skupiać się na znaczeniu słów, by dać się im porwać.

Materiał jest ogólnie bardzo równy, niemniej jednak warto wyróżnić te najciekawsze momenty. Tytułowy otwieracz "The Times They Are a-Changin'" to jedna z najsłynniejszych kompozycji Dylana, która umocniła jego status głosu pokolenia, zdobyty parę miesięcy wcześniej za sprawą "Blowin' in the Wind" (wydanego na poprzednim longplayu). Oba utwory powstały według tego samego przepisu: łączą kontestujące teksty z przystępną formą muzyki rozrywkowej i atrakcyjną warstwą melodyczną. Choć kawałek tytułowy jest najbardziej znanym fragmentem tego albumu, moim zdaniem znalazły się tu przynajmniej trzy ciekawsze utwory. "Ballad of Hollis Brown", "North Country Blues" (tylko tytułem przypominający "Girl from the North Country" z "Freewheelin'") i "The Lonesome Death of Hattie Carroll" wyróżniają się świetnymi melodiami, bardzo zaangażowanym wykonaniem, fantastycznym klimatem oraz bardzo dobrze napisanymi historiami. Trochę ustępuje im "With God on Our Side", posiadający co prawda te same zalety, aczkolwiek długość siedmiu minut (wymuszona przez tekst) wydaje się zupełnie nieadekwatna do muzycznej treści. Przyjemnym kontrastem dla tych emocjonalnych utworów są utrzymany w żywszym tempie i pogodniejszym nastroju "When the Ship Comes In" oraz leniwy finał albumu, "Restless Farewell".

"The Times They Are a-Changin'" pokazuje coraz większą dojrzałość Boba Dylana jako kompozytora i tekściarza. Podobnie jak na obu wcześniejszych wydawnictwach, zawarta tu muzyka wciąż brzmi bardzo atrakcyjnie - nic się nie zestarzała. Jedynie część tekstów zdradza, kiedy album został nagrany. Ale przecież muzyki nie słucha się dla tekstów.

Ocena: 8/10



Bob Dylan - "The Times They Are a-Changin'" (1964)

1. The Times They Are a-Changin'; 2. Ballad of Hollis Brown; 3. With God on Our Side; 4. One Too Many Mornings; 5. North Country Blues; 6. Only a Pawn in Their Game; 7. Boots of Spanish Leather; 8. When the Ship Comes In; 9. The Lonesome Death of Hattie Carroll; 10. Restless Farewell

Skład: Bob Dylan - wokal, gitara, harmonijka
Producent: Tom Wilson


Komentarze

  1. Mi osobiście jest tu za bardzo folkowo. Gdyby to było grane z całym bandem może bym to lepiej odebrał. Niemniej utwór tytułowy i 'Ballad of Hollis Brown' są rewelacyjne. Ja daję temu albumowi 7.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę dziwnie brzmi twierdzenie, że album folkowy jest za bardzo folkowy ;)

      Usuń
    2. Tak, dziwnie to ująłem. Lepszym rozwinięciem myśli będzie - jednoosobowy folk w przypadku tej płyty mi nie podszedł. Na 'Freewilin' było bardziej bluesowo i dlatego tamten album bardziej do mnie przemawia.

      Usuń
    3. Nie wyobrażam sobie tych utworów w wersji na cały zespół. Nie mam w ogóle poczucia, że czegoś w nich brakuje. A wręcz straciłyby cały klimat, gdyby je jakoś wzbogacić.

      Usuń
  2. Przesłuchałem wczoraj urywkowo tytułowy i Ballad of Hollis Brown. Za prosta ta muzyka, jak dla mnie. Nic tu nie przyciąga uwagi. Stormcock Roya Carpera też taki się teoretycznie wydaje, ale dużo więcej, bez porównania więcej się tam dzieje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Utwory w rodzaju "Ballad of Hollis Brown", "North Country Blues" i "The Lonesome Death of Hattie Carroll" przyciągają moją uwagę tak bardzo, że zdarzało mi się słychać ich po dwa razy pod rząd.

      Istnieje bardzo wiele różnorodnej muzyki i żeby docenić jak najwięcej jej rodzajów, trzeba nauczyć się podchodzić do wszystkiego indywidualnie, bez żadnych oczekiwań ani uprzedzeń. Nie można skreślać danego albumu na podstawie fragmentów dwóch utworów, tylko trzeba przesłuchać uważnie całość i zastanowić się, co ta muzyka ma do zaoferowania, zamiast skupiać się na tym, że nie oferuje tego, co się lubi. Ja nie mam żadnego problemu z tym, żeby zachwycać się z jednej strony np. bogato zaaranżowaną twórczością Gentle Giant, a z drugiej ascetyzmem Dylana, a z jeszcze innej jazzem, elektroniką czy jakimś typowo rockowym graniem w rodzaju Hendrixa czy Cream. Albo żeby zachwycać się zarówno poważnym graniem Popol Vuh, jak i wygłupami Gong. Są oczywiście rzeczy, których nie trawię, ale często już okazywało się, że miałem po prostu niewłaściwe podejście do nich.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)