9 sierpnia 2019

[Recenzja] Tool - "Ænima" (1996)



Dokładnie przed tygodniem dyskografia Tool trafiła w końcu na serwisy streamingowe. To zapewne część kampanii promocyjnej zapowiadanego na koniec sierpnia nowego albumu grupy, "Fear Inoculum". Zawsze to jeden news więcej na każdym portalu zajmującym się muzyką. Ale sama inicjatywa godna pochwały. Od teraz nie trzeba już męczyć się na YouTubie, ręcznie przewijając co bardziej denerwujące fragmenty poszczególnych albumów. Wystarczy jedno kliknięcie, by przejść do następnego utworu. Miło. Zwłaszcza, że na bardzo długich albumach grupy nie brakuje zbędnych wypełniaczy. Wyjątkiem bynajmniej nie jest drugie pełnowymiarowe wydawnictwo zespołu, "Ænima". Zespół nie miał żadnej litości dla słuchaczy - umieścił na albumie niemal dokładnie tyle muzyki, ile mieści się na płycie kompaktowej.

W pierwszej kolejności powinny wylecieć stąd wszystkie przerywniki, których zespół nawpychał tu do cholery. Część z nich to ewidentne wygłupy (organowa melodyjka "Intermission", industrialny "Die Eier von Satan" z recytowanym po niemiecku przepisem na ciasto), inne mają zapewne pokazywać ambicje zespołu (oparty na brzmieniu pianina i wokalnych sampli "Message to Harry Manback", elektroniczny "Cesaro Summability"), a pozostałe to... sam szum ("Useful Idiot" i trwający aż cztery minuty "(-) Ions"). W sumie jedenaście zbędnych minut, rozproszonych po całym albumie, kompletnie rujnując jego spójność. Szkoda, że zespół nie podszedł ambitniej do tematu brzmień klawiszowych i humoru, wplatając jedno i drugie w pełnowymiarowe utwory. Takie urozmaicenie mogłoby dać znacznie ciekawszy efekt.

W następnej kolejności pozbyłbym się najdłuższego, czternastominutowego "Third Eye", z mozaikową strukturą, sprawiającą wrażenie kompletnie przypadkowej, jakby zespół wprowadzał kolejne sekcje wyłącznie po to, by były. Im dłużej to trwa, tym bardziej wydaje się pozbawione jakiegokolwiek zamysłu. Może zespół goniły terminy, więc posklejał wszystkie niedokończone utwory w jeden... Odrzuciłbym jeszcze najbardziej metalowy, a tym samym najbardziej zwyczajny "Hooker with a Penis". Razem kolejne osiemnaście minut mniej. Zostałyby niewiele ponad trzy kwadranse, a więc w sam raz na długogrający album. W takiej formie sprawiałby dużo lepsze wrażenie, choć zdecydowanie nie byłby wielkim dziełem.

Aż cztery nagrania promowały album na singlach. "Stinkfist" to jeden z najbardziej zwartych i konwencjonalnych utworów, nie obiegający daleko od stylistyki poprzedniego albumu, choć byłby tam jednym z bardziej wyrazistych momentów. "H." pokazuje zespół od trochę innej strony - bardzo melodyjnej, nieco łagodniejszej brzmieniowo (choć nie brakuje ostrzejszych momentów z gitarowymi sprzężeniami). "Forty Six & 2" oparty jest właściwie na jednym - ale fajnie zakręconym, intensywnym - motywie, jednak granym ze zmiennym natężeniem dźwięku, co daje całkiem ciekawy efekt. To zdecydowanie jeden z najbardziej udanych fragmentów albumu. Na singlu wydany został także prawie-tytułowy "Ænema" - całkiem chwytliwy utwór, o dość zwartej, ale urozmaiconej strukturze. Od singlowych kawałków nie odstaje "jimmy" - niezły melodycznie, niebanalny w warstwie instrumentalnej, ale bez przesadnego, prowadzącego na manowce kombinowania. Dwa pozostałe utwory są już bardziej rozbudowane. W "Eulogy" przez pierwsze dwie i pół minuty zespołowi udaje się budować całkiem wciągający klimat, którego kulminacją jest jednak toporne, metalowe przełamanie w refrenie. Potem jest już dość nierówno. Bardziej przekonujący jako całość jest "Pushit", w którym ciężkie partie gitary lepiej wtapiają się w klimatyczną resztę.

Niewątpliwie zespół poczynił pewne postępy od czasu debiutanckiego "Undertow". A właściwie poczynili je Maynard James Keenan, Adam Jones i Danny Carey. Basista Paul D'Amour nie chciał się rozwijać razem z resztą, więc na jego miejsce ściągnięto nowego muzyka, Justina Chancellora. Odświeżony skład, wsparty przez producenta Davida Bottrilla (który rok wcześniej pracował z King Crimson podczas sesji "THRAK"), nagrał album pokazujący nieco większe ambicje i umiejętności, nieznacznie bogatszy brzmieniowo (pomijając klawisze z miniatur, należy wspomnieć o perkusjonaliach). Utwory są bardziej złożone i dopracowane, a tym samym ciekawsze, choć czasem zbyt przekombinowane lub niedostatecznie przemyślane. Za to nie zlewają się ze sobą tak bardzo, jak te z debiutu. Tool nie rezygnuje jednak z bycia przede wszystkim zespołem metalowym, co mocno go ogranicza - aczkolwiek już w nieco mniejszym stopniu, niż na poprzednim longplayu.

A więc tak: z jednej strony zespół dopracował to, co było fajne na "Undertow" (niebanalne utwory, równouprawnienie pomiędzy wszystkimi instrumentami), zmienił to, co wtedy nie wyszło (małe zróżnicowanie materiału), ale z drugiej strony parę głupot powtórzył z nawiązką (całość jest jeszcze dłuższa) i popełnił kilka nowych (psujące spójność miniatury, trochę niepotrzebnego lub nieudolnego komplikowania). Niech więc będzie taka sama ocena, jaką dostał debiut - chętnie odjąłbym punkt za przegiętą długość, ale biorąc pod uwagę rozwój w słusznym kierunku, głupio byłoby ocenić ten album niżej od poprzedniego.

Ocena: 6/10



Tool - "Ænima" (1996)

1. Stinkfist; 2. Eulogy; 3. H.; 4. Useful Idiot; 5. Forty Six & 2; 6. Message to Harry Manback; 7. Hooker with a Penis; 8. Intermission; 9. jimmy; 10. Die Eier von Satan; 11. Pushit; 12. Cesaro Summability; 13. Ænema; 14. (-) Ions; 15. Third Eye

Skład: Maynard James Keenan - wokal; Adam Jones - gitara; Justin Chancellor - bass; Danny Carey - perkusja i instr. perkusyjne, sample
Gościnnie: David Bottrill - instr. klawiszowe; Eban Schletter - organy (8); Marko Fox - wokal (10); Chris Pitman - syntezator (15)
Producent: David Bottrill


13 komentarzy:

  1. No tego to ja się nie spodziewałem, czuje że będzie cała Dyskografia. Zespół rozwinął się w nieznacznym stopniu a zajęło mu to 3 lata od poprzedniej płyty. Zawsze przeginali z długością, gdyby nie ta dłużyzna i bezsensowne ozdobniki może bym był obojętny na ten zespół. A tak, to go nie lubię.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest wyjście z tej sytuacji - obniżyć ocenę debiutu za bycie monolitem, który jak sam napisałeś ma tylko 2 wyróżniające się utwory, a oprócz tego jest zalewającym posępnym, ograniczonym konwencjonalnymi instrumentami graniem brzmiącym jak przystało na lata 90. (dla mnie jest tam po prostu więcej plastiku). Ja to widzę tak - debiut 4/5 a to, tak jak byś chciał też 5.

    Moim zdaniem niepotrzebnie w recenzji debiutu przyjąłeś za tło muzykę lat 90. i jej wady (brak współpracy instrumentalistów, proste podkłady), bo w kontekście całej muzyki to jest tylko fajne przez kilka minut jamowanie.

    Z Lateralusiem będzie podobny problem, bo też jest cholernie długi (najdłuższy z dotychczasowych) a muzycy specjalnie próbują pojebać swoje granie, by ignorant słuchający post grunge i skate-punka (odnoszę się do gitarowej muzyki tamtych czasów) myślał że są objawieniem.
    W tym co piszesz może masz i rację, ale ja bym bardziej rozłożył to na czynniki pierwsze, odniósł się do tego co tak naprawdę oferuje zespół.

    Może w takim razie zainteresowałbyś się też debiutem /bo reszta to powielanie tej konwencji/ Korn? To granie które było bardzo (bardziej niż Tool) wpływowe, aczkolwiek zespoły inspirujące się nim to najgorszy śmietnik. Tak w kontekście Tool. Jak słucham zresztą teraz Toola to słyszę tam coś co potem też doklejali do swojej muzyki Riverside.

    Słuchałeś tego numeru Oasis co Ci mówiłem? Pytam bo teraz jak do tego wróciłem, to słyszę że to jeden wielki hołd dla Bitlesów (Let it Be, Hey Jude)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Debiut ma taką ocenę, jaką powinien mieć, a "Aenima", po rozważeniu plusów i minusów, też ma na ile zasługuje.

      Nie wiem skąd wniosek, że oceniam zespół wyłącznie na tle lat 90. Jakby tak było, to bym ocenił wyżej.

      Zdajesz się popadać w przeciwną skrajność, niż ci, dla których Tool jest objawieniem, a to też ignorancja. Bo właśnie "Lateralus" ma trochę wspólnego z istotą prawdziwego rocka progresywnego. Na ten temat więcej w recenzji, która jest już napisana i pojawi się za parę dni.

      Skoro Korn inspirował tylko śmietnik, a sam nie robił niczego lepszego od swoich epigonów, to nie wiem po co mi go w ogóle podsuwasz. Riverside, nawet jeśli czerpał z Toola, to efekt był nudny i pretensjonalny, jak cała ich twórczość. Tool przynajmniej nie jest pretensjonalny, choć nieco monotonny.

      Nie miałem jeszcze okazji go słuchać.

      Usuń
    2. 7/10? Zobaczę co tam napisałeś.

      sam nie robił niczego lepszego od swoich epigonów, to nie wiem po co mi go w ogóle podsuwasz

      nigdzie tego nie napisałem, a podsuwam przy okazji Tool.

      Masz plan by teraz co tydzień 9-16-23 wrzucać nowy Tool a 30 najnowszy? Słuchałeś ten utwór co udostępnili?

      Usuń
    3. To ja przy okazji Toola polecam tego Bobby'ego Hutchersona, którego recenzja pojawiała się wczoraj. Albo Magmę z przedwczoraj.

      Recenzje "Lateralus" i "10,000 Days" pojawią się nawet wcześniej (a przynajmniej pierwsza z nich). A nowego albumu - to zależy od tego, kiedy będzie można go posłuchać i jak długo zajmie mi oswajanie się z nim. Utwór słyszałem. Wygląda na to, że bardzo chcieli nagrać coś w stylu dwóch poprzednich albumów, ale pomysłów starczyło im na początek, a potem już błądzą bez celu. Jak taki utwór wybrali na singiel, to kiepsko widzę całość.

      Usuń
    4. Pewnie posłucham... w końcu. Albumy 9 nigdy mi nie umykają

      Usuń
  3. gwoli wyjaśnienia ten numer Oasis to "All Around The World" - o czym też napisałem w Q&A

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już w ogóle jest miałkie, mielenie jednej melodii przez 7 min. hołd dla Bitelsów? Dlaczego bo jest "la la la" teledysk jeszcze gorszy jak ta piosenka.

      Usuń
  4. a ja powiem tylko tak smuci mnie to, że do takiego Hutchersona nie ma komentów i tak dalej, a do pseudo progresywnych wysrywów Tool są i tyle :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Tool powraca w blasku i chwale więc poklonmy się mistrzom nowoczesnego grania..Żartuję.
    Taki powrót zawsze jest mierzony na łatwy zysk bo przecież polecimy na sentymentach a lud to kupi.
    Najsmutniejsze jest to,że ludzie,fani,wyznawcy jakkolwiek by ich nie nazwać tego właśnie potrzebują.
    Mimo że singiel brzmi jak mielenie tych samych motywów przez kilkanaście minut to i tak został przyjęty nad wyraz ciepło przez toolowcow.
    I tak też będzie z całą płytą. Ale zespół musi się wyjątkowo postarać bo jeżeli fani nie znajdując na rynku toolopodobnych produktów walkowali przez ostatnie trzynascie lat wydane do tej pory płyty to na pamięć znają toolowe patenty.Choć może właśnie o to chodzi - ta inność toola,pusta wewnętrznie wyprana ze świeżości sama w sobie stanowi wartość.
    W pewnym momencie życia byłem zafascynowany Toolem, a Lateralus stanowił dla mnie absolut.Aenima zresztą tak samo.Owszem od początku irytowaly mnie te przerywniki, dziwne dźwięki.
    Ale potrafiłem jakoś przebrnąć przez ten muzyczny gąszcz.
    Tylko że wraz z poznawana muzyką człowiek dojrzewa i rewiduje swoje poglądy.
    I teraz wolę posłuchać sobie esencji czterdziestominutowej na płycie Red Crimsonow niż męczyć się przez ponad godzinę z tzw. nowatorstwem Toola.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiem, ten najnowszy utwór Tool kojarzy mi się ze smęceniem Stevena Wilsona

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.