4 lutego 2019

[Recenzja] Joy Division - "Unknown Pleasures" (1979)



Jeden z najsłynniejszych post-punkowych i nowofalowych zespołów, będący zarazem całkiem reprezentatywnym dla tej mniej eksperymentalnej odmiany tych nurtów. Pomysł na założenie zespołu pojawił się zresztą podczas występu Sex Pistols, w którym uczestniczyli Bernard Sumner i Peter Hook - późniejsi gitarzysta i basista Joy Division. Koncert przekonał ich, ze nie trzeba wielkich umiejętności, by grać w zespole i podbijać tłumy. Wkrótce jednak dołączył do nich wokalista Ian Curtis, który miał nieco ambitniejsze inspiracje - The Velvet Underground, The Doors, Davida Bowiego, a nawet krautrockowe Neu! i Kraftwerk. Skierował on zespół w mniej punkowe rejony. Po wypróbowaniu kilku perkusistów, stanowisko to ostatecznie objął Stephen Morris. W kwietniu 1979 roku zespół wszedł do studia, by w ciągu niespełna tygodnia zarejestrować materiał na swój debiutancki album, "Unknown Pleasures".

Zespół zaprezentował tutaj całkiem oryginalny, rozpoznawalny styl. Spora w tym zasługa producenta Martina Hannetta, który wymógł na muzykach staranniejsze wykonanie (oni sami chcieli zagrać jak na koncertach, bardziej punkowo). Najbardziej charakterystycznym elementem Joy Division jest wokal. W głosie i sposobie śpiewania Curtisa słychać trochę Bowiego, trochę Jima Morrisona, ale nie sposób pomylić go z nimi czy kimkolwiek innym. Jego głos jest zarazem pełen pasji, jak i zimny, wyobcowany. Towarzyszy mu odpowiednia muzyka oparta na wyrazistych, motorycznych partiach basu (będących głównym nośnikiem melodii), perkusji tak prostej, że mogłaby być grana przez automat (choć zdecydowanie brakuje jej precyzji automatu), oraz nieco wycofanych, prostych partiach gitary i klawiszy, które jednak pomagają stworzyć bardzo zimną, depresyjną, gotycką atmosferę. Właśnie ten nastrój jest główną zaletą albumu. Utwory w rodzaju "Days of the Lords", "Candidate", "I Remember Nothing", a zwłaszcza "New Dawn Fades" to prawdziwe mistrzostwo w kreowaniu posępnego, a zarazem hipnotycznego nastroju. Nie można zapomnieć o świetnym "Shadowplay", w którym większa żywiołowość nie sprawia, że utwór brzmi mniej chłodno i złowieszczo. Z kolei w "Insight" rytm i elektroniczne dodatki potwierdzają inspirację wspomnianymi wyżej przedstawicielami krautrocka. W kontekście całości mogą dziwić natomiast nieco pogodniejsze, najbardziej punkowe "Disorder" i "Interzone". O ile ten pierwszy jest bardzo udanym kawałkiem, dzięki czemu można traktować go jako przyjemne urozmaicenie, tak drugi wyraźnie odstaje poziomem od innych kompozycji.

Pomimo dzielnej promocji zespołu przez Johna Peela, album "Unknown Pleasures" nie sprzedawał się tak dobrze, jak się spodziewano. Do brytyjskiego notowania wszedł dopiero po samobójczej śmierci Iana Curtisa w następnym roku, nawet wtedy dochodząc zaledwie do 71. miejsca. Z czasem zyskał jednak status jednego z najbardziej kultowych i najpopularniejszych albumów w historii fonografii. Całkiem zasłużenie. Instrumentaliści nie byli żadnymi wirtuozami, ich partie słuchane osobno często są nijakie, ale złożone razem brzmią naprawdę efektownie, a wszelkie braki techniczne zespół nadrabia chociażby rozpoznawalnością, dużym zmysłem melodycznym, umiejętnością kreowania wciągającego klimatu i tworzeniem dość zróżnicowanych, jak na taką stylistykę, kompozycji. 

Ocena: 9/10



Joy Division - "Unknown Pleasures" (1979)

1. Disorder; 2. Day of the Lords; 3. Candidate; 4. Insight; 5. New Dawn Fades; 6. She's Lost Control; 7. Shadowplay; 8. Wilderness; 9. Interzone; 10. I Remember Nothing

Skład: Ian Curtis - wokal; Bernard Sumner - gitara, instr. klawiszowe; Peter Hook - bass, dodatkowy wokal; Stephen Morris - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Martin Hannett - syntezator
Producent: Martin Hannett


4 komentarze:

  1. Panie Pawle jestem zaskoczony recenzją płyty tego zespołu jak i samą tak wysoką oceną. Największy plus tej płyty to klimat, wszystko w niej służy do jego budowy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze napisane. Czekam z niecierpliwością na recenzję 'Closer'.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem prawie że bezkrytycznym fanem tego zespołu jak i recenzowanej płyty! Niesamowite, że album sprzed czterdziestu lat wywołuje wciąż tak wielkie emocje(przynajmniej u mnie).
    Zgodzę się z komentarzem że ta płyta to niesamowity klimat, posępny,,mroczny, beznadziejny, depresyjny... Płyta nie(idealna) na przełom zimy i wiosny, kiedy tak wielu nachodzą myśli samobójcze. Ciekawe że właśnie w tym okresie wielu słynnych muzyków zakończyło życie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Za to "Wilderness| ma chyba najlepszą melodię.... ileż ona mi siedziała w głowie po pierwszym przesłuchaniu.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.