28 lutego 2019

[Recenzja] Joy Division - "Still" (1981)



Po sukcesie, który nadszedł po śmierci Iana Curtisa, kolejne wydawnictwa Joy Division były wyłącznie kwestią czasu. Oczywiście, stworzenie nowego materiału nie wchodziło w grę. Ale w archiwach pozostało sporo niewydanych nagrań. I właśnie część z nich wypełnia dwupłytową (w wersji winylowej) kompilację "Still". Ściślej mówiąc, znalazły się tutaj dwa wcześniej wydane - ale nie na regularnych albumach - utwory, siedem wcześniej niepublikowanych, a także dwanaście zarejestrowanych na żywo.

Pierwszą płytę wypełniają głównie nagrania studyjne, zarejestrowane pomiędzy październikiem 1978, a styczniem 1980 roku. Choć pochodzą z różnych sesji, styl zespołu jest na tyle charakterystyczny, że tworzą dość spójną całość. Jednak i tak trochę szkoda, że nie zdecydowano się na przedstawienie ich w kolejności chronologicznej. Najstarszym utworem z zestawu jest "Glass", znany już z EPki różnych wykonawców "A Factory Sample". Brzmienie jest tu nieco surowsze, niemal demówkowe, ale wszystkie charakterystyczne elementy stylu Joy Division są już na swoim miejscu. Aż cztery utwory to odrzuty z sesji nagraniowej "Unknown Pleasures" z kwietnia 1979 roku: "Exercise One", "The Only Mistake", "Walked in Line", i "The Kill". Co ciekawe, każdy z nich pasowałby na ten longplay bardziej od "Interzone" i tylko podniósłby jego wartość (szczególnie dwa pierwsze, utrzymane w posępniejszym klimacie). W lipcu zarejestrowano "Something Must Break", napędzany bardzo przyjemną partią basu, ale zawierający też nie najlepiej brzmiący syntezator. Z przełomu października i listopada pochodzą natomiast nagrania "Ice Age" i "Dead Souls" (drugi z nich został wcześniej wydany na niealbumowym singlu "Licht und Blindheit", zawierającym także kompozycję "Atmosphere"). Pierwszy z nich brzmi bardzo zadziornie, przypominając o punkowych korzeniach, podczas gdy drugi charakteryzuje się fajnym klimatem i całkiem nośną melodią - jedną z najlepszych w karierze zespołu. Najnowszym ze studyjnych utworów jest natomiast "The Sound of Music", zarejestrowany podczas tej samej sesji, co przebój "Love Will Tear Us Apart". Przyjemny kawałek, ale nie wyróżniający się niczym szczególnym na tle pozostałych dokonań grupy.

Na pierwszej płycie znalazło się też miejsce dla jednego nagrania z koncertu - przeróbki "Sister Ray" z repertuaru The Velvet Underground, zarejestrowanej 2 kwietnia 1980 roku w londyńskim Moonlight Club. Dość ciekawej, choć tracącej na wyjątkowo kiepskiej jakości dźwięku. Problem ten dotyczy zresztą także całej drugiej płyty, zawierającej zapis występu z 2 maja 1980 roku na Birmingham University. W archiwach były zapewne lepsze rejestracje, a wybór akurat tej wydaje się celowym żerowaniem na okolicznościach śmierci Curtisa, który popełnił samobójstwo zaledwie szesnaście dni po tym koncercie. Trudno o lepszą promocję. Niestety, kompilacja tylko traci przez wybór tak źle brzmiącego materiału, a w dodatku nie najlepszego pod względem wykonawczym. Zresztą nie widzę w ogóle sensu w wydawaniu koncertowych nagrań zespołu, który podczas występów po prostu odgrywał wiernie swoje utwory. Przy takim podejściu koncertowy materiał będzie zawsze słabszy od studyjnego, bo jedyne różnice będą polegać na obecności odgłosów publiczności i ewentualnych potknięciach muzyków, a czasem na gorszym brzmieniu. W tym wypadku można jednak zaliczyć na plus, że w repertuarze znalazły się utwory "Transmission" i "Digital" - wcześniej dostępne tylko na, odpowiednio, niealbumowym singlu i wspomnianym "A Factory Sample".

"Still" to cenny dodatek do podstawowej dyskografii, lecz sprawiałby o wiele lepsze wrażenie, gdyby składał się wyłącznie z pierwszej płyty lub gdyby nagrania koncertowe zastąpiono pozostałymi niealbumowymi utworami grupy, których trochę się nazbierało w ciągu krótkiej działalności zespołu (żeby wymienić tylko wspomniane już w tej recenzji "Atmosphere", "Love Will Tear Us Apart", "Transmission" i "Digital"). Na pomysł zebrania ich razem ktoś wpadł dopiero kilka lat później.

Ocena: 7/10



Joy Division - "Still" (1981)

LP1: 1. Exercise One; 2. Ice Age; 3. The Sound of Music; 4. Glass; 5. The Only Mistake; 6. Walked in Line; 7. The Kill; 8. Something Must Break; 9. Dead Souls; 10. Sister Ray (live)
LP2: 1. Ceremony (live); 2. Shadowplay (live); 3. Means to an End (live); 4. Passover (live); 5. New Dawn Fades (live); 6. Twenty Four Hours (live)*; 7. Transmission (live); 8. Disorder (live); 9. Isolation (live); 10. Decades (live); 11. Digital (live)

*pominięty na wydaniu kompaktowym

Skład: Ian Curtis - wokal; Bernard Sumner - gitara, instr. klawiszowe; Peter Hook - bass; Stephen Morris - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Martin Hannett


2 komentarze:

  1. Świetna recenzja, trafne podkreślenie głównego mankamentu albumów koncertowych. Kiedyś moja ciocia powiedziała że ona nie przepada za koncertowymi albumami bo jest gorsza jakość dźwięku i wtedy zrozumiałem że nie tylko ja tak mam. Dobrym przykładem jest Radiohead gdzie na żywo są wybitni a na płytach już nie tak bardzo. Czekam na następne recenzje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to, co napisałem, dotyczy tylko niektórych koncertówek. Na wielu brzmienie jest nie gorsze, a nawet i lepsze, niż studyjnych wydawnictw. Poza tym, na zdecydowanej większości albumów live z końcówki lat 60. i całej następnej dekady, muzycy grają inaczej swoje (lub cudze) utwory, zazwyczaj lepiej, bardziej kreatywnie. I takie wydawnictwa mają sens.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.