27 września 2018

[Recenzja] Popol Vuh - "Hosianna Mantra" (1972)



Na początku lat 70. Florian Fricke przeszedł duchową przemianę, co bardzo wpłynęło na charakter granej przez niego muzyki. Efekty było słychać już na drugim albumie jego grupy Popol Vuh, "In den Gärten Pharaos" - prawdopodobnie najbardziej uduchowionym ze wszystkich krautrockowych wydawnictw. Wkrótce po jego wydaniu, Fricke doszedł do wniosku, że syntezatory nie pasują do muzyki tak mocno nawiązującej do religii. Postanowił więc sprzedać swojego Mooga (nabył go inny muzyk ściśle związany ze sceną krautrockową, Klaus Schulze) i zastąpić go akustycznymi instrumentami - pianinem oraz klawesynem. Całkowicie zmienił też skład zespołu - nowymi współpracownikami zostali gitarzysta Conny Veit (znany także z krautrockowych grup Gila, Guru Guru i Amon Duul II), oboista Robert Eliscu (z folkowo-krautrockowego Between), grający na tamburze Klaus Wiese (bardzo zasłużony dla muzyki elektronicznej instrumentalista), a także koreańska wokalistka Djong Yun (córka kompozytora Isanga Yuna).

Powyżsi muzycy (wsparci przez grającego na skrzypcach Fritza Sonnleitnera) zarejestrowali materiał na album "Hosianna Mantra". Tytuł wiele mówi o jego zawartości. Utwory z jednej strony nawiązują do europejskiej poważnej muzyki sakralnej, a z drugiej - do tradycyjnej muzyki Środkowego Wschodu. No właśnie - Popol Vuh na tym albumie nie gra już krautrocka, ani żadnego innego rodzaju muzyki rockowej (choć jej fani z pewnością docenią gitarowe solówki Veita). Tak właściwie to problematyczną kwestią jest zakwalifikowane zawartości "Hosianna Mantra" do jakiegokolwiek rodzaju muzyki. Niektórzy nazywają ją akustycznym ambientem, inni zaliczają do classical crossover, a jeszcze inni doszukują się tutaj początków world music i new age. Fricke, samodzielny kompozytor całości, stworzył niewątpliwie oryginalny styl, łącząc - jakby się zdawało - zupełnie nie pasujące do siebie elementy. Trudne, a być może całkowicie niemożliwe, jest wskazanie czegokolwiek podobnego.

Jednak album zachwyca nie tylko oryginalnością, a przede wszystkim swoim niebywałym pięknem. Wypełnia go muzyka bardzo subtelna i uduchowiona, przepełniona wręcz religijnym mistycyzmem. Klasycyzujące partie pianina, oboju, klawesynu i sopran Djong Yun (śpiewającej teksty o tematyce biblijnej, oparte na twórczości filozofa Martina Bubera), a także pojawiające się czasem skrzypce, tworzą nastrój zbliżony do muzyki sakralnej, podczas gdy drone'owe partie tambury dodają medytacyjnego charakteru, typowego dla muzyki hindustańskiej. W całość doskonale wtapiają się partie elektrycznej gitary Conny'ego Veita, których nie powstydziłaby się chyba żadna grupa wykonująca klasyczny rock progresywny. Opisywanie poszczególnych utworów nie ma większego sensu, ponieważ tworzą bardzo spójną, jednorodną, ale nie monotonną całość. I tak też najlepiej jej słuchać - bez analizowania poszczególnych elementów, po prostu dając się zachwycić jej pięknu.

Popol Vuh to jeden z naprawdę nielicznych zespołów o - mimo wszystko - rockowych korzeniach, które potrafiły umiejętnie czerpać z muzyki klasycznej, nie ocierając się o kicz, śmieszność lub patos, ani jej nie trywializować. "Hosianna Mantra" jest tego najlepszym przykładem.

Ocena: 9/10



Popol Vuh - "Hosianna Mantra" (1972)

1. Ah!; 2. Kyrie; 3. Hosianna Mantra; 4. Abschied; 5. Segnung; 6. Andacht; 7. Nicht hoch im Himmel; 8. Andacht

Skład: Florian Fricke - pianino, klawesyn; Conny Veit - gitara; Klaus Wiese - tambura; Robert Eliscu - obój; Djong Yun - wokal
Gościnnie: Fritz Sonnleitner - skrzypce
Producent: Popol Vuh


6 komentarzy:

  1. Uwielbiam ten album. Działa na mnie niezwykle kojąco. Zresztą pisałem o nim kilka lat temu u siebie na blogu. Fajnie że podzielasz moje zdanie jeśli idzie o ocenę tej niesamowitej płyty.
    Dzięki za przypomnienie o tym zespole. Pisząc te słowa wrzuciłem do odtwarzacza ich płytę "Einsjäger & Siebenjäger". Coś niebywałego jak to pięknie gra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, też dopiero co słuchałem "Einsjäger & Siebenjäger" - dzisiaj doszedł do mnie winyl ;)

      Usuń
  2. Skoro to leci już w inne rejony - polecasz mi zagłębienie się w nich z moją krautraumą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tym albumie nie ma niczego krautrockowego (poza paroma muzykami wywodzącymi się z tej sceny).

      Dałem 9 = polecam każdemu.

      Usuń
    2. Tago Mago, od którego się odbiłem i zaliczyłem glebę też dostało 9. Brak krautrocka to jednak wystarczająca rekomendacja.

      Usuń
    3. Większość krautrocka nie jest nawet podobna do "Tago Mago".

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.