19 września 2018

[Recenzja] Henry Cow - "Legend" (1973)



Henry Cow to jeden z najciekawszych i najwybitniejszych przedstawicieli rocka progresywnego. Zespół zresztą tak bardzo oddalił się od rockowego mainstreamu i grał tak zaawansowaną muzykę, że można mieć wątpliwości, czy to w ogóle rock. Początkowo jego twórczość była zaliczana do sceny Canterbury - głównie ze względu na silne wpływy jazzu (i personalne powiązania). Obecnie częściej określa się ją terminem Rock in Opposition (RIO), jednak jest to nie tyle konkretny styl, co pewna ideologia. Nazwa pochodzi od założonej pod koniec lat 70. przez członków Henry Cow organizacji zrzeszającej wykonawców grających muzykę zbyt trudną, by dotrzeć do szerszej publiczności, a także głoszących (niestety) skrajnie lewicowe poglądy. Samą muzykę chyba najlepiej byłoby określić jako avant-prog.

Debiutancki album "Legend" (tytuł czasem pisany jest też "Leg End") nie jest jeszcze tak radykalny, jak większość późniejszych wydawnictw zespołu. Słychać tutaj pewne podobieństwa do przedstawicieli sceny Canterbury (z naciskiem na Soft Machine, który w podobny sposób czerpał z jazzu), ale też do Franka Zappy i Gentle Giant (zwłaszcza w skomplikowanej warstwie rytmicznej i nieco w melodyce) czy King Crimson i Van der Graaf Generator (ze względu na podobny ciężar i nastrój). O ile jednak ci wykonawcy zwykle tylko ocierali się o awangardę, tak Henry Cow jest awangardowy przez cały czas. Nawet w tych (pozornie) bardziej przystępnych utworach, jak "Nine Funerals of the Citizen King" (jedyny ze zwykłą partią wokalną, w wykonaniu wszystkich muzyków, przywołującą skojarzenia z twórczością Caravan czy Hatfield and the North), "Nirvana for Mice",  lub "Teenbeat" i jego repryza, trudno o zapamiętywalne melodie. Ta muzyka cały czas płynie, rozwija się, a poszczególne motywy (czasem faktycznie melodyjne, szczególnie w "Extract from 'With the Yellow Half-Moon and Blue Star'" i "Amygdala") nie są już powtarzane. Do tego jeszcze dochodzi silna inspiracja free jazzem i awangardowymi kompozytorami, najbardziej słyszalna w atonalnych, dysonansowych improwizacjach "Teenbeat Introduction" i "The Tenth Chaffinch", które są najczystszym free improvisation, bez żadnych odniesień do rocka.

"Legend" zawiera muzykę niezwykle wyrafinowaną i skomplikowaną, która dla większości rockowych słuchaczy będzie kompletnie niezrozumiała i niesłuchalna. Dla osób otwartych na nowe muzyczne doznania będzie to jednak idealna pozycja. Jeśli już poznało się dobrze dokonania wyżej wymienionych wykonawców, warto w następnej kolejności sięgnąć właśnie po Henry Cow, jako kolejny krok ku prawdziwej awangardzie.

Ocena: 10/10



Henry Cow - "Legend" (1973)

1. Nirvana for Mice; 2. Amygdala; 3. Teenbeat Introduction; 4. Teenbeat; 5. Extract from 'With the Yellow Half-Moon and Blue Star'; 6. Teenbeat Reprise; 7. The Tenth Chaffinch; 8. Nine Funerals of the Citizen King

Skład: Geoff Leigh - saksofony, flet, klarnet, wokal; Tim Hodgkinson - instr. klawiszowe, saksofon altowy, klarnet, instr. perkusyjne, wokal; Fred Frith - gitara, skrzypce, altówka, pianino, wokal; John Greaves - bass, pianino, wokal; Chris Cutler - perkusja i instr. perkusyjne, pianino, wokal
Gościnnie: Jeremy Baines - instr. perkusyjne (5); Sarah Greaves, Maggie Thomas, Cathy Williams - dodatkowy wokal (4)
Producent: Henry Cow


8 komentarzy:

  1. durna nazwa + durna okładka skutecznie usypiają czujność gdy szuka się płyty z czymś z wyższej półki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta durność jest całkowicie celowa. Z Wikipedii: In a 1974 interview, Cutler said the name was chosen because "[i]t's silly. What could be sillier than Henry Cow?". Sama muzyka też jest dość frywolna - jak u Zappy czy Gentle Giant albo Soft Machine przed "Third" - więc Tobie pewnie nie będzie się podobać.

      Usuń
  2. I tu Cię zaskoczę - słuchałem krótkiego fragmentu Zappy (album z "Meat" w tytule) i podobało mi się to bardziej niż Ga-Gatki czy wczesny Soft Machine. A własnie - wyszedł nowy album zespołu który używa obecnie tej nazwy. Sprawdzasz?

    Ale niepokoi mnie słowo "canterbury" w etykietach. Mam z nim związane podobne urazy jak z "kraut".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Zappy posłuchaj lepiej "Hot Rats" - kolejny świetny album doskonale przygotowujący do wejścia w świat jazzu. A etykiety "canterbury" i "krautrock" nie powinny do niczego zniechęcać, bo właściwie każdy przedstawiciel grał inaczej. Henry Crow z "Legend" przypomina trochę Soft Machine, ale ten z "Third". I też jest to granie głównie instrumentalne. A poza tym przykro mi, ale jeśli chcesz wejść w słuchanie ambitniejszej muzyki, to musisz wyzbyć się wszelkich uprzedzeń i oczekiwań, po prostu dać się jej porwać, starając się polubić elementy, które na początku mogą drażnić. Innego sposobu nie ma.

      O nowym "Soft Machine" wiem, ale nie zamierzam go słuchać. Pod recenzją na innym blogu napisałem: Jakie tam Soft Machine, skoro nie gra tu nikt z oryginalnego składu, ani chociaż z muzyków biorących udział w nagraniu trzech pierwszych albumów. Zwykły skok na kasę, co potwierdza obecność starszych kompozycji. Jakby panowie Marshall, Babbington, Etheridge i Travis chcieli sobie pograć dla samej przyjemności / realizowania artystycznych ambicji, to nie musieliby podpinać się pod słynny (nie dzięki nim) szyld.

      Usuń
    2. Ale "Hot Rats" jest chyba bardziej na poważnie, a "Uncle Meat" bardziej >>frywolny<< stąd ostatnio sięgnąłem własnie po niego, żeby zobaczyć jak wyglądają jaja w wykonaniu Zappy.

      "jeśli chcesz wejść w słuchanie ambitniejszej muzyki, to musisz wyzbyć się wszelkich uprzedzeń i oczekiwań, po prostu dać się jej porwać, starając się polubić elementy, które na początku mogą drażnić. Innego sposobu nie ma."

      Brzmi to przerażająco, bo wygląda na to, że jeżeli ktoś chce wejść w ambitniejsze granie, to musi zaciskać zęby i mimo że go to męczy, próbować zrozumieć - i to docenić - o co chodziło instrumentalistom uprawiającym ujmijmy to 'nietypowe' granie. Muzyka to nie matematyka powtarzasz, ale to właśnie do tego można porównać - rock progresywny to matematyka w lo, a krautwangarda i canterfusion to matematyka na studiach matematycznych, gdzie np. są działy gdzie wolno jedynie dodawać i mnożyć albo 1+1 to -2 (tak, są takie obszary)

      Muzyka w tym momencie z przyjemności staje się wyzwaniem dla intelektu.

      Usuń
    3. "Hot Rats" jest bardziej poważny w porównaniu z innymi albumami Zappy, ale to wciąż Zappa i mnóstwo tam niepoważnych motywów czy melodii.

      Nikt nie mówił, że będzie łatwo ;) Właśnie dlatego nie jest to muzyka popularna. Ale warto się pomęczyć, bo gdy już się to wszystko nauczy cenić i rozumieć, to taka muzyka zapewni znacznie większe i głębsze wrażenia estetyczne, czasem wręcz porównywalne do duchowych przeżyć. A wtedy nie będzie to już wyzwanie, tylko przyjemność.

      Tego Henry'ego Cowa z recenzji i następnego w dyskografii "Unrest" to ja niedawno słuchałem jako muzyki do ćwiczeń ;)

      Usuń
  3. Świetny zespół, moją ulubioną ich płytą jest nieco późniejszy Unrest. Swoją drogą, jeśli chcesz posłuchać Fritha w jeszcze bardziej awangardowym wydaniu, polecam ci Improvised Music New York 1981. Gra tam wraz z Derekiem Baileyem i Sonnym Sharrockiem, więc to jest naprawdę dzika jazda (składu dopełniają Bill Laswell, John Zorn i Charles K Noyes).

    OdpowiedzUsuń
  4. Przypomina Zappę z czasów Hot Rats

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.