29 grudnia 2017

[Recenzja] Miles Davis - "On the Corner" (1972)



Dzięki kilku poprzednim albumom, Miles zaczął cieszyć się popularnością wśród białej, rockowej publiczności. Trębacz pragnął jednak dotrzeć ze swoją twórczością także do czarnej młodzieży, która w tamtym czasie zasłuchiwała się przede wszystkim w muzyce funk i soul. Dlatego też postanowił się skierować w stronę bardziej tanecznej, rytmicznej muzyce, inspirowanej dokonaniami Jamesa Browna, czy Sly and the Family Stone. Lecz jednocześnie zafascynowały go koncepcje awangardowego twórcy Karlheinza Stockhausena. Z tego niezwykłego połączenia odległych inspiracji powstał album "On the Corner" (zarejestrowany w ciągu trzech dni: 1 i 6 czerwca, oraz 7 lipca 1972 roku, tradycyjnie pod okiem producenta Teo Macero).

Muzyka zawarta na albumie skupia się wokół rytmu - to on jest tutaj podstawą, stanowi główną oś utworów, której podporządkowana jest cała reszta. Rytm z jednej strony ma w sobie coś z funkowej taneczności i afrykańskiej egzotyki, a z drugiej, podobnie jak w muzyce elektroakustycznej, jest bardzo jednolity, układający się w pętle. Potężne i wszechobecne brzmienie perkusjonaliów to zasługa aż trzech perkusistów - Jacka DeJohnette'a, Ala Fostera i Billy'ego Harta, oraz grającego na tabli Badala Roya. Warstwa rytmiczna odbudowana jest ścianą dźwięku tworzoną przez pozostałych instrumentalistów, których improwizacje są zupełnie nietypowe dla jazzu - zamiast rozwijania harmonii, skupiają się na samym dźwięku, przetwarzając go na różne sposoby. Czasem z tej całej masy ciężko wyodrębnić partie poszczególnych instrumentów, tak bardzo się ze sobą zlewają. Oprócz solówek Davisa na zelektryfikowanej trąbce, największą rolę zdają się odgrywać psychodeliczno-kosmiczne brzmienia elektrycznych i elektronicznych klawiszy Herbiego Hancocka, Chicka Corei, Harolda Williamsa i Lonniego Listona Smitha, orientalne dźwięki elektrycznego sitaru w wykonaniu Collina Walcotta i Khalila Balakrishny, oraz pulsujące linie elektrycznego basu Michaela Hendersona. Sporadycznie dochodzą do tego partie saksofonów Dave'a Liebmana i Carlosa Garnetta, basowego klarnetu Benniego Maupina, oraz gitar Johna McLaughlina i Dave'a Cramera.

Opisywanie poszczególnych utworów nie ma większego sensu, bowiem całość jest tak spójna i jednolita, że przy pierwszych przesłuchaniach ciężko w ogóle się zorientować, że mamy do czynienia z kilkoma różnymi kompozycjami, a nie jednym długim jamem, w trakcie którego następuje kilka mniejszych lub większych przetworzeń rytmu i brzmienia. Na pewno nie jest to muzyka łatwa w odbiorze. To bez wątpienia najtrudniejszy album w bogatej dyskografii Davisa. Z początku bardzo przytłaczający i zniechęcający, sprawiający wrażenie zbyt monotonnego. Trzeba wielu przesłuchań, by wczuć się w klimat tej muzyki. Najlepiej wcześniej sięgnąć po inne nagrania Milesa z tamtego okresu (zebrane w boksie "The Complete 'On the Corner' Sessions"), które choć podobne pod względem klimatu, tej transowej jednolitości, również mocno zorientowane na rytm, to jednocześnie są znacznie przystępniejsze, bardziej melodyjne, bliższe zwykłego funku, a czasem też rocka.

"On the Corner" to album trudny do zaklasyfikowania, przez co spotkał się z kompletnym niezrozumieniem ówczesnych krytyków. Dotarcie do właściwej publiczności uniemożliwił natomiast wydawca, Columbia Records, który nie mając pojęcia do jakiej szufladki wrzucić ten materiał, wysłał kopie promocyjne do rozgłośni grających konwencjonalny jazz. Jaka była reakcja ortodoksyjnych słuchaczy jazzu, łatwo się domyślić. "On the Corner" to przecież całkowite odejście od jazzowej stylistyki. To album prawdziwie awangardowy, wizjonerski, wyprzedający swój czas o co najmniej dekadę. Niezwykle inspirujący dla późniejszych twórców ambitnego jazzu i funku, ale też post-punku, hip hopu i muzyki elektronicznej, także techno (z którym "On the Corner" ma naprawdę wiele wspólnego, mimo że został w całości zarejestrowany na żywo, przy użyciu tradycyjnych instrumentów i metod). Longplay zdecydowanie wart polecenia, ale tylko osobom już dobrze osłuchanym z elektrycznymi dokonaniami Davisa.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "On the Corner" (1972)

1. On the Corner / New York Girl / Thinkin' One Thing and Doin' Another / Vote for Miles; 2. Black Satin; 3. One and One; 4. Helen Butte / Mr. Freedom X

Skład: Miles Davis - trąbka; Dave Liebman - saksofon (1); Carlos Garnett - saksofon (2,4); Bennie Maupin - klarnet basowy (2); John McLaughlin - gitara (1); Dave Creamer - gitara (2-4); Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Chick Corea - instr. klawiszowe; Harold Williams - instr. klawiszowe; Lonnie Liston Smith - instr. klawiszowe (1,3,4); Collin Walcott - sitar (1,3,4); Khalil Balakrishna - sitar (2); Michael Henderson - bass; Jack DeJohnette - perkusja; Al Foster - perkusja; Billy Hart - perkusja; James Mtume - instr. perkusyjne; Badal Roy - tabla
Producent: Teo Macero


19 komentarzy:

  1. Gdy poznałem On the Corner wydawał mi się oderwany od wszystkiego co wcześniej słyszałem, jednak po przesłuchaniu dwóch kolejnych studyjnych płyt Milesa i trzech koncertówek nieco oswoiłem się z tym stylem. Tamte albumy są raczej bardziej przystępne, może poza Dark Magus, jednak według mnie to właśnie On the Corner jest z nich najlepszy, przekonać się do niego jest trudno, ale na prawdę warto.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pomimo powtarzających się w niektórych recenzjach stwierdzeń, że jest to muzyka trudna w odbiorze, album ten wszedł mi wyjątkowo gładko (w przeciwieństwie do np. "In a Silent Way") już za pierwszym razem i czas przy jego słuchaniu uważam za miło spędzony. Może dlatego, że nawet lubię takie funkowe rytmy i klimaty. To chyba najlepsza płyta Milesa z tych, które do tej pory słyszałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio? ;)

      https://tufotki.pl/LqMQG - jak widać, Davis jeszcze mnie nie zawiódł, tylko mimo wysokiej oceny do "In a Silent Way" nie chce mi się wracać (ale na pewno kiedyś to nastąpi). W sumie "In Corner" zachęcił mnie trochę do zapoznania się z innymi dziełami Davisa (ale od razu mówię, że boksy "Full Sessions" są na razie dla mnie za długie). A przyznam, że mimo pozornej monotonii nie nudziłem się wcale podczas słuchania tego wydawnictwa.

      Usuń
    2. Pewnie, cieszy mnie jak komuś spodoba się album, który polecam, zwłaszcza z tych ambitniejszych i mniej znanych ;)

      Na "In a Silent Way" jest dużo gitary McLaughlina i ogólnie wyraźnie słychać wpływy rockowe, więc trochę mnie to dziwi. Ale to nic. Widzę, że jeszcze masz przed te najsłynniejsze albumy, czyli "Kind of Blue" i "Bitches Brew". I "Miles in the Sky", który bardzo spodobał się paru Czytelnikom po tym, jak go zrecenzowałem.

      Jak spodobał Ci się tak "On the Corner", to po "Complete Sessions" koniecznie powinieneś sięgnąć, bo jest tam mnóstwo muzyki tego typu, wcale nie gorszej poziomem. Nie mam pojęcia, czemu wiele tych nagrań musiało tyle czasu czekać na premierę... Oczywiście, to jest wydawnictwo do słuchania na raty.

      Usuń
    3. Oczywiście mam na myśli "The Complete 'On the Corner' Sessions". Najlepszy z tych boksów.

      Usuń
    4. No, prawie 7 godzin z Davisem to jednak troszkę za długo, więc słuchanie na raty jest jedyną racjonalną opcją :) Za "Kind of Blue" zabieram się od dłuższego czasu, ale myślę, że nadszedł w końcu ten moment, więc... A to "In a Silent Way" to nie wiem, może na razie zbyt spokojne jak dla mnie (jak sama nazwa wskazuje - coś w rodzaju "W cichy sposób").

      W ogóle skąd taka popularność "Bitches Brew"? Widziałem, że to dużo bardziej popularny album od sąsiadujących z nim, nie mówiąc już o późniejszej twórczości.

      Usuń
    5. Popularność "Bitches Brew" wynika z wielkiego nowatorstwa i wpływu, jaki wywołał na późniejszą muzykę. Można powiedzieć, że jazz dzieli się na przed i po "BB". Choć w sumie trudno powiedzieć, czy to jeszcze jazz, czy już zupełnie nowy gatunek ;) Krytyka bardzo doceniła ten album, co na pewno pomogło w dotarciu do szerszego grona odbiorców.

      "Kind of Blue" w klimacie jest podobny do "In a Silent Way", tylko stricte akustyczny.

      Usuń
    6. Z "Kind of Blue" słyszałem kiedyś pierwsze 10 minut (wtedy jeszcze nie odważyłem się sięgnąć po całość) i zrobiły na mnie wrażenie, więc to dobry znak. W sumie moje nowo przesłuchane albumy można obserwować tu - https://rateyourmusic.com/~Rosa2207. Ostatnio nie słucham zbyt często, ale staram się co jakiś czas poznawać coś nowego.

      Usuń
    7. Pierwsze 10 minut dobrze zapowiada, co będzie dalej. Sam teraz nabrałem ochoty na przesłuchanie tego albumu ;)

      Usuń
  3. Dziwi mnie ta panująca opinia jakoby miałby to być najtruniejszy album Davisa. Dziś go kupiłem, wwłaśnie przesłuchałem i bardzo mi sie podoba ale ze wszystkich płyt dotychczas przesłuchanych uważam że to najprostsza płyta Davisa. Bardzo łatwo mi weszła. Jednostajny rytm, brak zmian tempa, powtarzające się zagrywki. Nie rozumiem tej niby trudności. O niebo trudniejszy jest Brew a nawet Kind of Blue. Trochę mi to przypomina granie Hancocka z okresu Mwandishi tyle że Hancock jest bardziej skomplikowany (tzn. w ogóle jest skomplikowany bo Corner nie jest).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, że dla Ciebie - od dawna chyba słuchającego takiej muzyki - nie jest to trudne, nie znaczy, że muzyka nie jest skomplikowana i złożona ;) Ta muzyka wymagała od instrumentalistów dużych umiejętności. A dla wielu odbiorców właśnie taka jednostajność jest problemem, wydaje im się, że takiej muzyce nic się nie dzieje i jest nudna. Tymczasem wcale tak nie jest, dzieje się tu bardzo wiele rzeczy, często wiele jednocześnie, na bliższym i dalszym planie. Trzeba wielu uważnych przesłuchań, żeby wyłapać przeróżne smaczki, jakie się tu kryją.

      Usuń
  4. No własnie nie od dawna (o czym świadczy fakt że dziś dopiero poznałem On the Corner), bo przyznam że w sumie twój blog mnie zainspirował do słuchania jazzu a przecież też nie od dawna o tym piszesz. Przez całe życie słuchałem metalu (w dużej części tego ekstremalnego) a przez ostatnie kilka lat rocka progresywnego, którego porzuciłem poznając jazz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale trochę płyt z taką muzyką już zdążyłeś poznać. Ja po "On the Corner" sięgnąłem na pewno szybciej i wytrzymałem najwyżej 10 minut. Teraz sobie włączyłem (po wielu miesiącach od ostatniego odsłuchu) i też nie mogę zrozumieć, jak ta muzyka mogła kiedyś wydawać mi się trudna ;) Ale na pewno nie jest ona prosta z czysto technicznego punktu widzenia (a nie subiektywnego odbioru) - ma wiele płaszczyzn, na których wiele się dzieje jednocześnie, a muzycy musieli być bardzo czujni i przewidywać co zaraz zrobią inni.

      Usuń
  5. Na pewno do jazzu trzeba złapać bakcyla. Dawniej oczywiście zdarzało mi sie coś tam posłuchać ale nie brało mnie. Brak wokalu, brak nawalającej perkusji... Jazz wydawał mi się nudny. Przyszedł taki moment kiedy spodobał mi się Mahavishnu którego nie odbierałem jako jazz (a przełomem było A Love Supreme) i poszło. Teraz muzyka z wokalem mnie drażni i zalatuje banalnością. Jedyną śpiewaną płytą (nie liczę jakiś tam wyjątków jak np.na Soft Machine - Third, Love Supreme czy Karma) jaką mam na półce są Marionetki Niemena. Zaletą jazzu jest to że nie pamięta się ogólnie tej muzyki. Jak posłuchasz płytę rockową czy metalową czy popową ... to możesz sobie ja odtworzyć w głowie. Ja na przykład nie słuchałem płyty Metalliki kilka lat a mogę ją całą odtworzyć teraz w pamięci. Gdybym umiał grać i śpiewać to bym ją odegrał w całości. Nawet jak zaczniesz pierwszy raz słuchać rockowej płyty to już wiesz co za chwilę będzie a jazz jest tak nieprzewidywalny że słuchając go kolejny raz nie za bardzo pamiętasz co za chwilę będzie. A po przesłuchaniu płyty prawie jej nie pamiętasz co sprawia że chce ci się jej znowu posłuchać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj mogę się prawie ze wszystkim zgodzić (poza tym, że mam i wciąż lubię więcej albumów z wokalem).

      Usuń
    2. Jest takie powiedzenie że rock jest z serca a jazz z rozumu. Obecnie nie lubię emocjonalności w muzyce a śpiew takie emocje wywołuje i w ogóle rock w którym słyszę za dużo emocji. Jazz to dla mnie po prostu muzyka płynąca z techniki i nie wywołująca emocjonalnych uniesień których nie potrzebuję. Teraz na chwilę puściłem w necie Pink Floyd i niestety słyszę tam za dużo ckliwości. Jazz to jak matematyka :))

      Usuń
    3. Z tym się kompletnie nie zgadzam. W jazzie jest mnóstwo emocji. Weźmy takiego Coltrane'a, zwłaszcza późnego - przecież jego gra na saksofonie jest jak śpiew, pełna różnych emocji, ekspresji, zaś pozbawiona technicznego chłodu. Jazz dostarcza mi mnóstwo uniesień, ale takich głębszych, duchowych, niż większość rocka.

      Natomiast wokal traktuję po prostu jako jeden z instrumentów. Często jest najsłabszym elementem całości, ale czasem wnosi do niej jakąś jakość. Np. wokale u Gentle Giant z tym mistrzowskim operowaniem kontrapunktem. I jak o nich teraz myślę, to więcej w nich techniki/matematyki, niż emocji.

      Usuń
  6. No właśnie mnie ten spirytualny jazz mniej leży.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.