[Recenzja] John Coltrane - "A Love Supreme" (1965)



"A Love Supreme". Najważniejszy i najsłynniejszy album Johna Coltrane'a. Słusznie doceniony przez krytyków i słuchaczy (którzy już w roku wydania kupili blisko pół miliona egzemplarzy - był to naprawdę niesamowity wynik, jak na muzykę jazzową i to tą trudniejszą w odbiorze). Trudno się pisze o takich wydawnictwach. Po części dlatego, że już wiele o nich powiedziano, ale także dlatego, że ciężko oddać słowami ich geniusz.

Skąd ten cały fenomen "A Love Supreme"? Jest to na pewno album wyróżniający się na tle ówczesnego jazzu. Nie jest to zwyczajny zbiór kilku częściowo improwizowanych utworów zbudowanych na schemacie: temat - solowe popisy muzyków - powrót do tematu. Zawarta tutaj muzyka tworzy przemyślaną całość, swego rodzaju półgodzinną suitę, podzieloną na cztery części (utwory). Jest to muzyka niezwykle uduchowiona, będąca świadectwem duchowej przemiany Trane'a, który kilka lat wcześniej, po zwalczeniu nałogów, zwrócił się ku Bogu. Dlatego też "A Love Supreme" postrzegany jest jako pierwszy album spiritual jazzowy. Jest w tym trochę prawdy, to na pewno pierwsze tak dojrzałe dzieło w tym stylu, lecz przecież John już od dawna nagrywał utwory o spirytualnym nastroju.  W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję - jeżeli ktoś pozna "A Love Supreme" zaraz po lub przed "Blue Train" czy "Giant Steps", to może być zdziwiony, jak bardzo zmieniła się muzyka Coltrane'a przez te pięć lat. Dlatego warto poznać albumy wydane w międzyczasie, na których doskonale słychać, jak stopniowo, lecz konsekwentnie ewoluował jego styl, coraz bardziej oddalając się od hardbopowych korzeni, w stronę swobodniejszej i coraz bardziej uduchowionej muzyki.

Album został w całości nagrany podczas kilkugodzinnej sesji, wieczorem 9 grudnia 1964 roku, w słynnym studiu należącym do inżyniera dźwięku Rudy'ego Van Geldera, pod okiem producenta Boba Thiele'a. Co prawda nazajutrz muzycy wrócili do studia, by zarejestrować alternatywne wersje kilku fragmentów, jednak żadne nagranie z tego dnia nie trafiło na album. Co ciekawe, drugiego dnia w studiu pojawili się nie tylko członkowie John Coltrane Quartet, ale także dwóch dodatkowych muzyków - saksofonista Archie Shepp i kontrabasista Art Davis. Obaj zagrali w dwóch podejściach do kompozycji "Acknowledgement". W sekstecie nie udało się jednak powtórzyć tej magii, jaka pojawiła się podczas wykonania kwartetu. Wspomniana kompozycja rozpoczyna album i robi to w naprawdę wielkim stylu, przyciągając uwagę od początkowego uderzenia gongu i wchodzącej po chwili przepięknej solówki Johna. Cały utwór zbudowany jest na akompaniamencie bardzo chwytliwej zagrywki Jimmy'ego Garrisona, wokół której pozostali muzyce prezentują swoje umiejętności. Pod koniec pojawia się zupełnie nowy element w twórczości Trane'a - powtarzany przez niego jak mantra tytuł albumu. Dwa środkowe utwory, "Resolution" i "Pursuance", zdają się bardziej spontaniczne, w większym stopniu bazując na improwizacji, a nie gotowych tematach. Wszyscy muzycy grają w nich wspaniałe solówki. Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na te w wykonaniu Coltrane'a - momentami zmierzające w stronę freejazzowego hałasu, ale jednak zachowujące melodyjność. Najpiękniejszą solówkę lider zagrał natomiast w finałowym "Psalm" - wyjątkowo nieimprowizowaną, lecz będącą muzyczną narracją napisanego przez niego poematu (umieszczonego na okładce albumu). Czytany równo z utworem, tekst będzie idealnie pasować do melodii solówki.

Piękny album, stanowiący przemyślaną i dopracowaną całość, rewelacyjnie zagrany i brzmiący po prostu ponadczasowo. Do tego niezwykle ważny i inspirujący. Bez żadnych wątpliwości przyznaję maksymalną ocenę. Choć tak naprawdę taka muzyka jest ponad jakimikolwiek skalami.

Ocena: 10/10



John Coltrane - "A Love Supreme" (1965)

1. Acknowledgement; 2. Resolution; 3. Pursuance; 4. Psalm

Skład: John Coltrane - saksofon, wokal (1); McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones  - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Bob Thiele


Komentarze

  1. Jak już pisałem pod inną recenzją nie jestem ogólnie fanem jazzu bo słucham ogólnie proga i jazz rocka i posiadam tylko 4 jazzowe płyty Astigmatic, Ascension, Kind of Blue i właśnie A love Supreme i jest to jedna z najlepszych rzeczy jakie w życiu słyszałem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Według mnie jak na razie najlepsza płyta w historii. 10/10 pod każdym względem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie dziś w pełni zrozumiałem i doceniłem tą płytę, a raczej coś więcej niż płytę
    Absolutne arcydzieło oraz pokaz geniusz Coltrane'a
    Słucham dzisiaj 4 raz, przegenialna płyta

    OdpowiedzUsuń
  4. Zajebista płyta, ale zrozumiałem ją i zachwyciłem się nią dopiero gdy posłuchałem jej w mono. W wersji stereo cała energia jak dla mnie jakoś ulatuje, tak jak np na pierwszych płytach Cream.

    OdpowiedzUsuń
  5. Chciałem zacząć przygodę z jazzem, postawiłem na ten album i "kind of blue", obie płyty wybitne, choć ta pierwsza jest dla bardziej emocjonalna.

    Poleciłbyś mi jakieś totalne jazzowe klasyki 10/10, od których warto zacząć słuchając jazzu? Z góry dzięki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Temat rzeka…

      Kiedyś zrobiłem takie listy:
      https://rateyourmusic.com/list/RocknRollWillNeverDie/pablos-guide-to-modern-jazz-except-fusion
      https://rateyourmusic.com/list/RocknRollWillNeverDie/pablos-guide-to-fusion-and-jazz-rock

      I na nich jest znaczna część tych najbardziej przełomowych, wpływowych czy w inny sposób wybitnych klasyków jazzowych. To jednak ponad 200 tytułów, co może przytłaczać i zniechęcać do słuchania czegokolwiek, a nie każda z tych płyt nadaje się dla początkującego słuchacza jazzu, bo nie są tak przystępne i uniwersalne, jak "A Love Supreme” czy ”Kind of Blue".

      O wiele łatwiej byłoby mi polecić konkretne tytuły, gdybym wiedział, jaką lubisz muzykę. Bo jazz to bardzo różnorodny gatunek, w którym można znaleźć płyty podobne do innych rodzajów muzyki. Weźmy tylko sam „elektryczny” okres Milesa Davisa:

      „In a Silent Way” - idealny dla słuchaczy ambientu lub rocka psychodelicznego;
      „Bitches Brew” - dla słuchaczy psychodelii, rocka progresywnego, lubiących dłuższe improwizacje;
      „Jack Johnson” - jego najbardziej rockowy album, świetna rzecz dla miłośników koncertowych dokonań Hendrixa czy Cream, ale też dla słuchaczy funk rocka;
      „On the Corner” i „Get Up with It” - dla miłośników funku, krautrocka, hip-hopu, wczesnych eksperymentów z elektroniką (Stockhausen!) i współczesnych elektronicznych nurtów;
      „Big Fun” - znów dla wielbicieli psychodelii, szczególnie tej o orientalnym zabarwieniu, a także słuchaczy ambientu czy wschodnich tradycji muzycznych, zwłaszcza hindustańskich.

      Usuń
  6. Jestem po wysłuchaniu już dwudziestu iluś jazzowych albumów, z czego chyba najbardziej oprócz wymienionych wcześniej spodobały mi się Maiden Voyage Hancocka, Monk's Music i My favorite things Coltrane'a, a z awangardy wysłuchałem out to lunch, które bardzo przypadło mi do gustu. W skrócie szukam modalnego jazzu, hard bopu, ale szególnie post-bopu. Dzięki za listę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie. No to kilka propozycji ode mnie:

      Jazz modalny:
      Bobby Hutcherson - Dialogue (1965)
      John Coltrane - Olé Coltrane (1961) - imo lepszy od wspomnianej wyżej płyty z tego samego roku
      John Coltrane - Coltrane "Live" at the Village Vanguard (1962) - a to w ogóle najlepszy z modalnych Trane'ów
      John Handy - Recorded Live at the Monterey Jazz Festival (1966) - prototyp fusion
      George Russell Sextet - Ezz-thetics (1961) - Russell to twórca jazzu modalnego, więc obowiązkowo
      Miles Davis Quintet - Miles Smiles (1967)
      Wayne Shorter - Juju (1965)

      Post-bop:
      Andrew Hill - Compulsion (1967)
      Andrzej Trzaskowski Quintet - The Andrzej Trzaskowski Quintet (1965)
      Anthony Williams - Life Time (1965)
      Bobby Hutcherson - Head On (1971)
      Eric Dolphy - Out There (1961)
      Eric Dolphy - Out to Lunch (1964)
      Grachan Moncur III - Evolution (1964)
      Herbie Hancock - Empyrean Isles (1964) - bardziej różnorodny od wspomnianego
      Komeda Quintet - Astigmatic (1966)

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)