5 września 2017

[Recenzja] Miles Davis - "E.S.P." (1965)



Pierwsza połowa lat 60. była dla kwintetu/sekstetu Milesa Davisa okresem nieustannych zmian personalnych. Po odejściu Cannonballa Adderleya i Johna Coltrane'a, przez skład przewinęło się co najmniej pięciu saksofonistów. Pod koniec 1962 roku odeszli natomiast jednocześnie Wynton Kelly, Paul Chambers i Jimmy Cobb. W tym burzliwym okresie zostały zarejestrowane dwa albumy, "Someday My Prince Will Come" i "Seven Steps to Heaven" - oba mało istotne w dyskografii Milesa, w znacznej części składające z przeróbek standardów. Dopiero pod koniec 1964 roku ukształtował się skład, który pozostał stabilny aż do początku 1969 roku, nagrywając w międzyczasie kilka interesujących albumów. Skład ten często bywa nazywany Drugim Wielkim Kwintetem Milesa Davisa (drugim ze względu na chronologię, nie jakość), a poza liderem tworzyli go:

  • Wayne Shorter - uznawany za drugiego najlepszego saksofonistę jazzowego, zaraz po Johnie Coltranie. Aktywny od 1959 roku, gdy zaczął nagrywać zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i z zespołem Arta Blakeya. Po odejściu z grupy Davisa, wspólnie z Joe'em Zawinulem stworzył grupę Weather Report. Ponadto występował m.in. na płytach Freddiego Hubbarda, Herbiego Hancocka i Joni Mitchell, zagrał także gościnnie na albumie "Bridges to Babylon" The Rolling Stones.
  • Herbie Hancock - prawdopodobnie najsłynniejszy jazzowy klawiszowiec, jeden z prekursorów używania w tym gatunku syntezatorów i funkowych rytmów. Zadebiutował na początku lat 60. w grupie Donalda Byrda. Niemal od początku kariery nagrywał też pod własnym nazwiskiem. Uznanie przyniosły mu już wydane w tamtym okresie albumy "Empyrean Isles" (1964) i "Maiden Voyage" (1965), jednak największą sławę zdobył dzięki jazz-funkowej twórczości z lat 70. Nie sposób wymienić wszystkich muzyków, na których płytach występował.
  • Ron Carter - kontrabasista znany przede wszystkim jako sesyjny muzyk, który współpracował niemal z każdym liczącym się jazzmanem. Aktywny co najmniej od 1960 roku. Jego grę można usłyszeć na ponad dwóch tysiącach (!) albumów (m.in. na dwóch wspomnianych wyżej longplayach Hancocka, na których grał też Tony Williams). Wydał także kilkadziesiąt albumów pod własnym nazwiskiem, jednak żaden nie okazał się komercyjnym sukcesem. 
  • Tony Williams - perkusista, który profesjonalną karierę zaczął w 1963 roku, mając zaledwie 17 lat. Występował m.in. z Chetem Bakerem, Erikiem Dolphym, Gilem Evansem, Joe'em Hendersonem i McCoyem Tynerem, a także z rockowymi wykonawcami, jak Ray Manzarek (z The Doors) czy Public Image Limited. Grał także na solowych albumach Shortera, Hankcocka i Cartera. Był liderem supergrupy Tony Williams' Lifetime, w której występowali także John McLaughlin, Larry Young i Jack Bruce.

Najwcześniej z tej czwórki dołączył Carter, który już w kwietniu 1963 roku wziął udział w pierwszej sesji nagraniowej na album "Seven Steps to Heaven". Podczas kolejnej sesji, w maju, w zespole byli już także Hancock i Williams. Półtora roku później dołączył Shorter, a w dniach 20-22 stycznia 1965 roku odbyła się pierwsza sesja nagraniowa tego składu. Jej rezultatem jest album "E.S.P.". Na jego repertuar składają się wyłącznie premierowe kompozycje: dwie autorstwa Shortera ("E.S.P.", "Iris"), dwie podpisane nazwiskami Davisa i Cartera ("Eighty-One", "Mood"), oraz po jednej Davisa ("Agitation"), Cartera ("R.J.") i Hancocka ("Little One"). Choć od dołączenia Shortera minęło niewiele czasu, zespół jest tutaj niesamowicie zgrany, co owocuje wieloma świetnymi improwizacjami - szczególnie w tych bardziej energetycznych utworach, jak "E.S.P." czy "Eighty-One". Nie brakuje tu też wolniejszych tematów - bardzo klimatyczne "Little One" i "Mood" są jakby rozwinięciem pomysłów z "Ascenseur pour l'échafaud", bardzo zresztą udanym, natomiast melodyjny "Iris" to nieco sentymentalna ballada w stylu Coltrane'a.

Już na debiutanckim albumie Drugi Wielki Kwintet Milesa Davisa udowadnia swoją wielkość. "E.S.P." rozpoczął bardzo ciekawy etap w twórczości Davisa, w którym muzyk powoli zaczął oddalać się od bebopu i zmierzać w bardziej nowoczesnym, nieco awangardowym kierunku. Na koniec warto dodać, że trwający 48 minut "E.S.P." w chwili wydania był najdłuższym jazzowym albumem. Mimo tego, ani przez chwilę nie nudzi. To jazz wysokiej próby.

Ocena: 8/10



Miles Davis - "E.S.P." (1965)

1. E.S.P.; 2. Eighty-One; 3. Little One; 4. R.J.; 5. Agitation; 6. Iris; 7. Mood

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Irving Townsend


18 komentarzy:

  1. Uważasz, że Davis nagral kiedykolwiek coś złego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że tak. W okresie, o którym teraz piszę, miał jedną wpadkę - album "Quiet Nights" (takie tam orkiestrowo-jazzowe smęty, nie trwa to nawet pół godziny, a można zasnąć z nudów). Poza tym wszystko, co nagrał w latach 80. i 90. dalekie jest od poziomu, do którego wcześniej przyzwyczaił.

      Pozostawił po sobie jednak tyle wybitnych albumów, że te kilka słabszych nie ma absolutnie żadnego znaczenia. A nawet te słabsze nie są jakieś niesłuchalne.

      Usuń
  2. Osobiście nie mogłem doczekać się recenzji płyt drugiego kwintetu, ale mam nadzieję, że już nie będziesz pomijał jego płyt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lata 1965-79 to tak mocny okres w twórczości Davisa, że nie da się pisać tylko o wybranych pozycjach ;)

      Usuń
  3. Słuchałeś może "Bitches Brew"? Ciekawe jestem, co o nim myślisz, a recenzja pewnie pojawi się za parę miechów. Pamiętam, że przy pierwszym odsłuchu przytłoczył mnie kompletnie, ale potem było coraz lepiej. Te psychodeliczne, dziwne, dęciakowe "wiązanki" z pierwszych minut utworu tytułowego zawsze wywołują u mnie ciarki na plecach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też za pierwszym razem przytłoczył ten album. Nie byłem wtedy jeszcze gotowy na taką muzykę. Wróciłem do niego po kilku miesiącach przerwy, jak już się dobrze osłuchałem z innymi elektrycznymi albumami Milesa. Stopniowo coraz bardziej się do niego przekonuję. Choć od samego początku słyszałem, że to wielki i niesamowity album.

      Usuń
    2. Właśnie słucham "Beaches Brew", a w dżezie jestem świeży i to bardzo. Nie mogę się odessać :P

      Usuń
    3. Nie polecałbym tego albumu na początek, ale jak się podoba, to super!

      Ja dzisiaj sobie posłuchałem koncertówki "Isle of Wight", nagranej niespełna pół roku po wydaniu "Bitches Brew". To też niesamowite granie.

      Usuń
  4. A mnie właśnie jazz wciągnął przez Bitches Brew. To była właśnie pierwsza płyta jazzowa którą poznałem i potem poszło ! To zależy z jakiego punktu się zaczyna bo jeżeli od rocka czy progu to lepiej właśnie zacząć od brew. Jeżeli ktoś słucha popu to łatwiej zacząć od np.Kind of blue.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedziałbym raczej, że dla rockowych słuchaczy na początek najlepszy będzie "Jack Johnson". "Bitches Brew" raczej dla słuchaczy avant-proga, a "Kind of Blue" jest bardzo uniwersalny, ale bliżej mu do muzyki klasycznej (inspiracja impresjonizmem), niż popu. Słuchacze popu najwięcej znajdą dla siebie na wydawnictwach trębacza z lat 80.

      Usuń
  5. wiem ale mi chodzi raczej o brzmienie, ciężar. Jeżeli ktoś nie trawi metalu, rocka i cięższych brzmień to go Bitches odrzuci bo brzmienie jest szorstkie a Kind przynajmniej zacznie słuchać. Z kolei jak ktoś lubi ciężkie brzmienia to Kind wyłączy bo będzie za lekkie. Jednak większość ludzi odbiera pierwsze wrażenie poprzez brzmienie, dopiero jak to zaakceptują to wsłuchują się w strukturę. Przecież heavy metal niczym od popu się w zasadzie nie różni, ta sama struktura - zwrotka, refren solo refren a i melodie są niejednokrotnie bardziej wpadające w ucho niż w popie a jednak większość ludzi reaguje "wyłącz ten hałas" bo pierwsze wrażenie to właśnie brzmienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że właśnie przez ten brak piosenkowych struktur, a także nieobecność wokali i długość utworów, "Kind of Blue" dla słuchaczy popu może być nie tyle odrzucający, co po prostu nudny. To nie jest muzyka do zabawy, tylko do słuchania w skupieniu, podobnie jak muzyka klasyczna. Na pewno prędzej polubią Davisa z lat 80., bo to jest właściwie typowy dla tamtej dekady pop, tylko z trąbką zamiast wokalu. Inna sprawa, że te albumy trębacza na pewno nie pomogą w rozwijaniu ich gustów i na pewno nie ułatwią wejścia w prawdziwy jazz. Chociaż nie sądzę, żeby słuchacze popu w ogóle tego chcieli.

      Usuń
  6. Wiesz ja też kiedyś tego nie wcale nie chciałem (pewnie ty też bo inaczej słuchałbyś od początku jazzu) a jednak się stało. To zależy czy złapie się bakcyla. Mało osób słucha od dziecka jazzu. Większość to słuchacze popu albo rocka. Więc zawsze jest dla ich szansajak sie trafi taki moment ale ie dla wszystkich. Mi czy tobie się trafił.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja też kiedyś nie słuchałem jazzu i ty też jak wiem i pewnie nie chcieliśmy słuchać wtedy jazzu bo jakbyśmy chcieli to byśmy słuchali więc na nich też może przyjdzie czas, bo nie bo rzadko się zdarza aby ktoś słuchał od razu jazzu bo większość słucha popu albo rocka. Ale to że nie chcą to nie znaczy że nie złapią bakcyla. Miałem kiedyś taką przyjaciółkę która kupowała (20 lat temu) taką serię z muzyką klasyczną. Śmieszne było to że wszystkie płyty były w foliach ale na wyeksponowanym miejscu. Kiedyś do niej przychodzę a jej ojciec mówi że Basia się uczy. Wchodzę do jej pokoju a ona studiuje książeczki załączone do każdej z płyt o danym kompozytorze a płyty nadal w foliach. Jak ktoś ma tak słuchać klasyki albo jazzu to niech lepiej będzie naturalny i słucha po prostu popu a nie robi z siebie bufona. Jak ktoś ma słuchać na zasadzie "muszę słuchać jazzu, muszę słuchać jazzu" to niech lepiej słucha sobie Madonny niż ma robić z siebie snoba.

    OdpowiedzUsuń
  8. Z resztą spotykam się z takimi zdarzeniami że jak mówię ludziom że słucham jazzu to reagują "o kurczę" i widzę ironiczne uśmieszki tak jakby twierdzili "o kolejny bufon który chce zrobić z siebie eł ął i tak jakby uważali że szpanuję albo kłamie czy coś w tym stylu. Nie uważają wcale że to po prostu styl muzyczny który można naprawdę lubić.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale w tym brzmieniu jednak coś jest. pracuję w biurze z dwoma kobietami. Jak puszczam na laptopie jakiś zwykły jazz typu Kind to siedzą cicho a jak puszczę własnie Bitches to od razu słyszę "wyłącz to" a przecież ani jednego ani drugiego nie słuchają tylko słyszą.

    OdpowiedzUsuń
  10. Trudność "Bitches Brew" polega nie tylko na brzmieniu, ale przede wszystkim na tym, że pierwsza połowa albumu to dwa 20-minutowe utwory z kompletnie rozluźnioną strukturą, gdzie kilkunastu muzyków jednocześnie improwizuje. To zupełnie inaczej niż w konwencjonalnej muzyce, gdzie zwykle jest tylko krótki fragmencik z solówką na jednym instrumencie i prostym akompaniamentem. A tutaj przez 20 minut są solówki grane przez kilkunastu muzyków ;) Coś takiego może odrzucić nie tylko słuchaczy popu, ale też być nie do ogarnięcia dla słuchaczy zwykłego proga, w stylu "Dark Side of the Moon" czy "In the Court of the Crimson King". Wbrew pozorom, więcej znajdą na "Kind of Blue" czy "In a Silent Way", które przecież nie są bardzo odległe pod względem klimatu. Co innego, jak ktoś zagłębił się w bardziej złożonego proga: późniejszy KC, Gentle Giant, VdGG, Soft Machine, Henry Cow, Art Bears, Univers Zero, Zappę, Beefhearta. Wtedy na pewno łatwiej mu przyjdzie zrozumieć i docenić "Bitches Brew".

    OdpowiedzUsuń
  11. Ale chodzi o to że przez brzmienie ludzie mają pierwsze wrażenie i tak jak moje koleżanki z pracy nie oponują jak puszczam Kind of Blue i teoretycznie po 20 razie może im się to spodobać, natomiast z Bitches Brew nie ma nawet teoretycznej takiej możliwości bo po 10 sekundach słyszę wyłącz to więc nie ma szans na coś więcej.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.