29 sierpnia 2017

[Recenzja] John Coltrane - "Olé Coltrane" (1961)



"Olé Coltrane" to efekt sesji nagraniowej z 25 maja 1961 roku. Johnowi towarzyszył wówczas rozbudowany skład, obejmujący - poza McCoyem Tynerem i Elvinem Jonesem - trębacza Freddiego Hubbarda, saksofonistę/flecistę Erica Dolphy'ego, oraz dwóch kontrabasistów - Reggiego Workmana i Arta Davisa. Muzycy zarejestrowali wówczas cztery utwory, z których trzy trafiły na płytę (czwarty, zatytułowany "To Her Ladyship", został dołączony dopiero na reedycji z okazji 50-lecia tego wydawnictwa).

Całą pierwszą stronę wydania winylowego wypełnia tytułowa kompozycja "Olé", której melodia opiera się na hiszpańskiej pieśni folkowej "El Vito" (znanej też pod tytułami "El Quinto Regimiento" i "Venga Jaleo"). Być może Coltrane zainspirował się wydanym rok wcześniej albumem Milesa Davisa, "Sketches of Spain" (na którym zresztą grał Jones), jednak efekt moim zdaniem jest dużo ciekawszy. Przede wszystkim zupełnie inny był zamysł. Wspomniana melodia posłużyła jedynie za punkt wyjścia do porywającej jazzowej improwizacji, której struktura zdradza raczej inspirację indyjskimi ragami, niż muzyką z Półwyspu Iberyjskiego. Jedynie krótka partia trąbki dodaje nieco hiszpańskiego klimatu. Świetnym pomysłem było zaangażowanie dwóch basistów - jeden z nich zapewnia, wraz z Jonesem i Tynerem, fantastyczny podkład rytmiczny, zaś drugi dodaje różne ciekawe ozdobniki (w trakcie utworu zamieniają się rolami). Każdy muzyk dostaje czas na zaprezentowanie swoich umiejętności i wykorzystuje je najlepiej, jak potrafi. Punktem kulminacyjnym jest oczywiście popis Coltrane'a. Jego orientalnie brzmiąca solówka na saksofonie sopranowym jest jedną z jego najlepszych, przynajmniej tych zarejestrowanych w studiu. Na wyróżnienie zasługuje również solówka Dolphy'ego na flecie, ciekawie urozmaicająca utwór. Całość ma naprawdę niesamowity klimat. Bez wątpienia jest to jedno z największych arcydzieł Coltrane'a.

Pozostałe dwa utwory nie robią już takiego wrażenia. Szczególnie po czymś tak wspaniałym, jak "Olé". Absolutnie nic nie można im zarzucić, ale też nie bardzo jest się czym zachwycić. "Dahomey Dance" to po prostu solidnie zagrany jazz, z długimi solówkami pokazującymi niewątpliwy kunszt instrumentalistów. Natomiast "Aisha" to całkiem ładna, klimatyczna ballada, momentami brzmiąca niestety dość archaicznie. Jeszcze bardziej staroświecko brzmi bonusowy "To Her Ladyship", co tłumaczyłoby, dlaczego zabrakło go w oryginalnym wydaniu. Zdecydowanie warto jednak poznać ten album - dla samej kompozycji tytułowej, choć pozostałe nagrania nie zaniżają znacząco poziomu.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Olé Coltrane" (1961)

1. Olé; 2. Dahomey Dance; 3. Aisha

Skład: John Coltrane - saksofon; Eric Dolphy - flet (1), saksofon (2,3); Freddie Hubbard - trąbka; McCoy Tyner - pianino; Reggie Workman - kontrabas; Art Davis - kontrabas (1,2); Elvin Jones - perkusja
Producent: Nesuhi Ertegun


4 komentarze:

  1. Witam, fajnie, że fan Gentle Giant, których szanuję zresztą recenzuje Ole, może dzięki temu fani proga sięgną po tę płytę ... ale cytat Natomiast "Aisha" to całkiem ładna, klimatyczna ballada, momentami brzmiąca niestety dość archaicznie. Problem na tym polega, że tą archaiczną Aishe grali wszyscy począwszy od studentów wydziałów jazzowych po ukształtowanych artystów z jakiegoś powodu to grali... A BTW w których momentach jest archaiczna w 5-tym 7mym 116 takcie a w 3cim nie ? :) I tak pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodzi tylko o to, że o ile kompozycja tytułowa była czymś bardzo nowatorskim w chwili powstania, tak "Aisha" tkwi jeszcze w patentach i brzmieniu poprzedniej dekady. Tak przynajmniej ja to odbieram.

      Usuń
  2. Okładka płyty: George Lane,flute

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. George Lane to Eric Dolphy. Muzyk nie mógł zostać podpisany własnym nazwiskiem, ponieważ miał kontrakt z inną wytwórnią płytową, która nie wyraziła na to zgody.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.