[Recenzja] Breakout - "Blues" (1971)



1971 rok przyniósł aż dwa albumy grupy Breakout. Muzycy wyciągnęli wnioski z "70a" i zamiast wydawać kolejny eklektyczny zbiór, brzmiący jak split dwóch zespołów, przygotowano dwa oddzielne zestawy utworów. Na oba - pierwszy w całości, a drugi prawie - złożyły się kompozycje Tadeusza Nalepy z tekstami Bogdana Loeobla, jednak ich charakter jest całkiem odmienny. Wydany najpierw "Blues" to, zgodnie z tytułem, blues-rockowe kawałki śpiewane przez Nalepę, podczas gdy "Mira" to bardziej różnorodne, ale na ogół łagodniejsze piosenki z wokalem Miry Kubasińskiej.

Płyty nie są efektem jednej sesji - nagrano je w odstępie pięciu miesięcy i w nieco innym składzie. Na "Blues" z poprzedniego wcielenia grupy zostali tylko Nalepa oraz perkusista Józef Hajdasz. Józef Skrzek odszedł po tym, jak podczas wspólnego oglądania meczu pokłócił się z bębniarzem (Skrzek założył wówczas własny Silesian Blues Band, czyli SBB), a Kubasińska nie czuła się dobrze w tej stylistyce, więc oficjalnie pozostając w zespole, odpuściła sobie tę sesję. Nowym basistą został Jerzy Goleniewski, a do składu dokooptowano też świetnego gitarzystę Dariusza Kozakiewicza (obecnie w grupie Perfect) i grającego na harmonijce Tadeusza Trzcińskiego. Pół roku później, gdy nagrywano "Mirę", wokalistce towarzyszyli Nalepa, Goleniewski, Trzciński, a także wyjątkowo zastępujący Hajdasza Jan Mazurek oraz saksofonista Włodzimierz Nahorny, dobrze znany z gościnnych występów na dwóch pierwszych albumach Breakoutu.

Z tych dwóch płyt "Mira" jest tą, na której powracają wszystkie problemy "Na drugim brzegu tęczy" i "70a". A więc wszystko to, co do zespołu wnosiła Kubasińska - elementy bigbitu oraz ludowej tradycji w najbardziej przaśnym, folwarcznym wydaniu, gryzące się z wpływami zachodniego rocka w warstwie instrumentalnej. Pozytywnym zaskoczeniem jest jedynie "W co mam wierzyć", jedna z najlepszych kompozycji Breakoutu, gdzie nawet Mira śpiewa bardziej jak anglosaska piosenkarka niż reprezentantka archaicznej polskiej rozrywki. Za to "Blues" jest tym albumem, na którym zespół całkiem porzuca tę swojską prowincjonalność i proponuje solidnego blues-rocka, który zachodnim kapelom ustępuje jedynie brakiem własnego charakteru, pewnym zapóźnieniem oraz gorszą produckją.

Działając za żelazną kurtyną muzycy za bardzo nie mieli wpływu na dwie ostatnie kwestie. Zachodnia muzyka dochodziła tu z opóźnieniem, a najnowsza technologia nie była dostępna. Gorzej, że zespół nie wnosi niemal nic swojego do tej estetyki. Muzycznie to właściwie jedna wielka klisza Johna Mayalla, Fleetwood Mac Petera Greena, Savoy Brown czy Free, z dodatkiem swingującego numeru w stylu Ten Years After ("Przyszła do mnie do bieda") oraz paru bardziej hardrockowych momentów podchodzących pod Led Zeppelin ("Oni zaraz przyjdą tu", "Pomaluj moje sny"), a nawet Black Sabbath z jego osadzonego w bluesie debiutu ("Dzisiejszej nocy"). Muzycznie jest to bardzo eleganckie granie, z dodającymi nowej jakości partiami Kozakiewicza i Trzcińskiego, ale to wciąż tylko solidne epigoństwo.

Gdyby był to brytyjski zespół, to w 1971 roku mało kto zwróciłby uwagę na kolejny tego typu album. I to mimo całkiem udanych utworów, wśród których warto wyróżnić chociażby energiczny "Ona poszła inną drogą", nastrojowy "Usta me ogrzej", rozimprowizowany "Gdybym był wichrem", udramatyzowany "Co się stało kwiatom" czy najbardziej chwytliwy - i faktycznie najbardziej znany - "Kiedy byłem małym chłopcem". Tym, co je odróżnia od nagrań anglosaskich kapel są oczywiście śpiewane po polsku teksty. Nalepa wielkim wokalistą nie był, wręcz dość bezbarwnym, jednak dobrze czuł tę konwencję. A jeszcze lepiej wyczuł ją Loebl, którego teksty poruszają typowo bluesowe tematy, ale są na tyle sprawnie napisane, że idealnie wpisują się w ówczesne polskie realia.

Siła i znaczenie "Bluesa" tkwią przede wszystkim w tym, że nikomu innemu nad Wisłą nie udało się tak przekonująco zagrać w tym stylu. Tu już nie ma tego dysonansu, jak w dokonaniach Breakoutu z Mirą. Wszystko - muzyka, teksty i wokalna interpretacja - idealnie ze sobą współgra, wpisuje się w konwencję. Co więcej, połączenie tej typowo anglosaskiej estetyki z polskojęzycznymi tekstami wypada zaskakująco naturalnie. Patrząc na "Blues" z szerszej perspektywy, jest to granie wtórne i nieistotne, natomiast ograniczając się do polskiej muzyki - trudno byłoby wskazać lepszy album z takim klasycznym rockiem bez artystycznych ambicji. Nawet późniejszy Breakout bez Miry, czyli albumy "Karate" i "Kamienie", to już tylko powtórka z mniej wyrazistym materiałem.

Ocena: 7/10
4/10 dla "Mira"

Zaktualizowano: 4.2026



Breakout - "Blues" (1971)

1. Ona poszła inną drogą; 2. Kiedy byłem małym chłopcem; 3. Oni zaraz przyjdą tu; 4. Przyszła do mnie bieda; 5. Pomaluj moje sny; 6. Usta me ogrzej; 7. Gdybym był wichrem; 8. Co stało się kwiatom; 9. Dzisiejszej nocy

Skład: Tadeusz Nalepa - wokal i gitara; Dariusz Kozakiewicz - gitara; Jerzy Goleniewski - gitara basowa; Józef Hajdasz - perkusja; Tadeusz Trzciński - harmonijka
Producent: Janusz Urbański


Mira Kubasińska & Breakout - "Mira" (1971)

1. Do kogo idziesz; 2. W co mam wierzyć; 3. Tysiąc razy kocham; 4. Zapytam ptaków; 5. Kwiaty nam powiędły; 6. A miałeś przyjść; 7. Byłeś we śnie tylko; 8. Luiza; 9. Miałam cały świat

Skład: Mira Kubasińska - wokal; Tadeusz Nalepa - gitara, dodatkowy wokal; Jerzy Goleniewski - gitara basowa; Jan Mazurek - perkusja; Włodzimierz Nahorny - flet i saksofon; Tadeusz Trzciński - harmonijka
Producent: Janusz Urbański


Komentarze

  1. Niby wolę "70a" (gdzie sekcja rytmiczna ma troszkę większe pole do popisu) i debiut, ale "Blues" to także bardzo solidna porcja muzyki. Fajnie, że doceniasz takie polskie wydawnictwa. Mam nadzieję, że pojawią się tu jeszcze kiedyś inne płytki Breakoutu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli można słówko na temat tej płyty czy Breakoutu w ogóle. Fakt to najlepsza płyta bluesowa płyta w historii polskiej muzyki tylko, że problem polega na tym, że myśmy mieli jednego Nalepę ... Gdybyśmy mieli trzech, pięciu... Ale popatrz na Niemena Wybitny no nie ? Błagam pojechał do USA nagrał shitaw sumie to chyba 3 dla CBS i co ? Dramat. Dobra płyta. DObre numery i dobry Kozakiewicz ale patrząc obiektywnie Breakout to był taki zwykły bluesrockowy bend bez wokalisty :) NO sorry taka prawda ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepsza bluesowa płyta w PL to Irek Dudek No.1 ;)

      Usuń
  3. Patrząc na otoczkę historyczną: rok wydania, komuna, żelazna kurtyna itd. to jest to polskie arcydzieło. Być może było to wtórne do zachodu, gdzie płyt na takim poziomie co roku ukazywało się kilkadziesiąt. Ta muzyka nie starzeje się i chyba nigdy nie zestarzeje. 10/10.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może w ostatnim kawałku - Dzisiejszej nocy - Nalepie udało się wyprzedzic zachód. Ten doomowy pochód gitary brzmi jak Sabbathy z Master Of Reality, a różnica w wydaniu płyt to pół roku, na korzyść Bluesa ;)

      Usuń
    2. Mnie się to w ogóle z Sabbath nie kojarzy. A jeśli już, to tym z debiutu, bo kawałek Breakout jest mocno osadzony w bluesie, od którego grupa Iommiego na późniejszych albumach całkiem odeszła ;)

      Usuń
    3. Co do "Dzisiejszej nocy" też mi się kojarzy z BS z debiutu najbardziej.

      Usuń
  4. Ten album jest rewelacyjny
    Można puścić którykolwiek utwór i będzie wtedy zachowany poziom

    Utwór "Co stało się kwiatom" jest o tyle wyjątkowy że został zagrany na pogrzebie Tadeusza Nalepy

    OdpowiedzUsuń
  5. Muzyka znakomita. Niestety Nalepa mial słabiutki glos.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nalepa spiewal słabo i bezbarwnie ale i tak dobrze ze nie śpiewała tu Mira. Za to gral Kozakiewicz! Lubię te płytę.

    OdpowiedzUsuń
  7. A znasz innych epigonów - zespół Test? W sumie mam go w dupie, ale właśnie wyświetlił mi się artykuł z imponującym w zamierzeniu nagłówkiem Pierwszy polski album hardrockowy . A rok był już 1974. Grał tam właśnie Kozakiewicz.

    Ciekawe na ile stopnieje teraz Breakout. Ruszysz wreszcie z kopyta z poprawkami? ;) Bo w sumie jak szacuję to parę lat Ci zajmie dobrnięcie do kwietnia 2018 (zakładam że poprawki na pewno będą do Radiohead Ok C)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że był taki zespół i czym się wsławił na krajowej scenie, ale nie pamiętam, czy cokolwiek słyszałem.

      Nie ma szans na częstsze poprawki w najbliższym czasie. W tym miesiącu zamierzam utrzymać nowe recenzje co drugi dzień, co nie jest łatwe, bo wymaga ode mnie pisania nocami. A z poprawkami i tak już dotarłem do miejsca, gdzie recenzje są nie najgorzej napisane i nie zdezaktualizowały się bardzo (nawet te Breakoutu mogą nie zmienić się bardzo). Choć z drugiej strony, recenzje zawsze mogą być napisane lepiej, z wykorzystaniem póżniej zdobytej wiedzy. Całkiem prawdopodobne, że zakończę poprawianie w okolicach 2018 roku.

      Usuń
    2. Piszesz, że album wcale nie wypada gorzej od dokonań brytyjskich grup bluesrockowych. Ja jestem zdania, że zachwyca bardziej niż słynny "John Mayall with Eric Clapton - "Blues Breakers". Oczywiście Mayall był pierwszy i jemu podobni brytyjscy wykonawcy, ale gdyby tak wyobrazić sobie że "Breakot Blues " byłby pionierski, to widziałbyś różnicę na plus dla polskiego zespołu. Mnie się o wiele lepiej tego albumu słucha niż jedynki Johnna. Nie dość że Tadeusz Nalepa, choć może nie idealny dla bluesa, to jednak ma lepszy głos od Mayalla, to i kompozycje wydają mi się ciekawsze. Zaznaczę że bardzo lubię płyty Johnna Mayalla.

      Usuń
    3. …gdyby tak wyobrazić sobie że "Breakot Blues " byłby pionierski…

      W ten sposób można próbować dowodzić wyższości czegokolwiek nad czymkolwiek. Gdyby Greta Van Fleet była przed Led Zeppelin, to ta pierwsza grupa byłaby nowatorska, a druga epigońska. Tylko że rzeczywista kolejność jest inna i nie rozumiem, czemu ma służyć takie odwracanie faktów. Można sobie gdybać, ale faktem jest, że "Blues" instrumentalnie to całkowicie odtwórcza płyta, oparta wyłącznie na kliszach z rożnych zachodnich kapel.

      … to widziałbyś różnicę na plus dla polskiego zespołu.

      To znów tylko gdybanie, projektowanie swojej opinii na mnie. Uważam, że na "Bluesie" nic nawet nie zbliża się do takiego "All Your Love", nie ma też tak porywających improwizacji, jak "Steppin' Out" i "Hideaway". Jedyna ewentualna przewaga polskiej płyty nad "Blues Breakers" jest taka, że u Breakout nie ma takich archaicznych kawałków, jakie zdarzają się u Mayalla i Claptona. Tylko to wynika właśnie stąd, że John z Erykiem dopiero wymyślali takie granie, a Nalepa z kolegami mieli na kim się wzorować i to nijak nie przemawia na korzyść Breakoutu.

      Usuń
    4. Tak, bardzo dobrze to wyjaśniłeś. Chyba jednak w przypadku Grety jest to takie bardziej frajerskie zrzynanie z Led Zeppelin. Polski zespół zza żelaznej kurtyny pewnie miał mniejsze możliwości rozwoju. Mimo to stworzył płytę, która w moim mniemaniu jest bardziej klimatyczna od "Blues Breakers". Nie mam tu na myśli na pewno porównań umiejętności muzyków. Tak jakoś słuchając Nalepy i reszty bardziej czuję tą muzykę. Czasem muzycy mogą mieć większe umiejętności, ale nie budują takiego super klimatu. Właśnie ten klimat jest dla mnie bardziej namacalny niż w duecie Mayall/Clapton - wiem - idę do piekła.

      Usuń
  8. Absolutna perła, na razie niestety mój jedyny polski album na winylu, polecę grubo, ale to chyba nawet lepsze od Mayalla (choć wiadomo, że to on był pionierem blues-rocka i bez niego nie byłoby tej płyty).

    OdpowiedzUsuń
  9. Na Polskie warunki płyta wibitna. Dariusz Kozakiewicz w tamtym czasie, mógł konkurować z najlepszymi w Europie, co słychać dobitnie na jedynej płycie Test-u.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak to mniej wyraziste kompozycje? A "Rzeka dzieciństwa" czy "Modlitwa"? Blues, Karate i Kamienie to wyborna trylogia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podając jedynie pojedyncze utwory niejako potwierdzasz, że jako całość są to mniej wyraziste zbiory utworów.

      Usuń
  11. Przez wokal Nalepy czuć brak ciekawego pociągnięcia tego materiału. Nie wiem czy Riedel by nie lepiej wyszedł tutaj, no instrumentalnie jest ciekawie jak na Polską scenę. Kiedyś czytałem poprzednią recenzję co miała wyższą notę chyba o dwa oczka. I wszystko się zgadza: odtwórczość oraz wokal mało angażujący pogrzebał potencjał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, Riedel jest zbyt manieryczny - pozbawiłby muzykę zespołu tej naturalności. Nalepie brakowało charyzmy, wyrazistości i umiejętności, ale umiał się wpasować w tę bluesową stylistykę. Najlepiej, jakby po prostu było tu mniej śpiewu, a więcej instrumentalnego grania.

      Usuń
    2. Teksty windują tę płytę na znacznie wyższy level niż to by wynikało z samej oceny muzyki. Są znacznie powyżej średniej anglosaskiej (a wręcz znalazłyby się w topie)- uniwersalne, mądre, wyjątkowe trafione poetycko. Dlatego mniej śpiewu nie wpłynęłoby moim zdaniem korzystnie na poziom płyty - bo oznaczałoby automatycznie mniej tekstu. Z większą ilością "instrumentali" album zmieniłby nieco charakter z bluesrockowego na hardbleusrockowy i tyle.

      Usuń
    3. Nie bardzo rozumiem - dlaczego od mniejszej ilości śpiewu miałby się automatycznie zmienić styl?

      Usuń
    4. Ano dlatego, że trzeba by było to bardziej instrumentalne granie czymś wypełnić. I tym czymś musiałyby być w tym składzie solówki Kozakiewicza, który był zdecydowanie najlepszym instrumentalistą w zespole. A Kozakiewicz - w przeciwieństwie do Nalepy, który był stylowym gitarzystą bluesrockowym, ciążył zdecydowanie w kierunku ciężkiego grania (Hendrix/Zeppelin).

      Usuń
    5. Zresztą - nawet na płycie, w której styl jest tradycyjnie bluesrockowy z naciskiem na bluesa, czyli Karate - instrumentalny numer tytułowy wcale nie wnosi żadnej dodatkowej wartości . Wartość wnoszą teksty, które są kawałkiem świetnej poezji - osadzonej i w bluesowej konwencji i zarazem w tradycji polskiej poezji powojennej - to one sprawiają, że stylowa, choć niewybitna muzyka z beznamiętnym wokalem Nalepy - stoi na wysokim artystycznym poziomie (i nie można powiedzieć, żeby finalny rezultat był pozbawiony "artystycznych ambicji").

      Usuń
    6. A z drugiej strony jest też "Piękno" z "70a", które akurat całkiem sporo na tamten album wnosi, dając więcej przestrzeni sekcji rytmicznej. Niekoniecznie więc te dłuższe fragmenty instrumentalne musiałyby być zdominowane przez Kozakiewicza, ani iść w hardrockowym kierunku. I "Piękno" wciąż jest utworem z tekstem, ale z lepszą równowagą między fragmentami piosenkowymi a instrumentalnymi. Przy dłuższych utworach dla części kompozycji zabrakłoby miejsca, ale wciąż mogłby trafić na kolejny album, który też by na tym skorzystał.

      Usuń
    7. W "Pięknie" (które notabene tekstowo jest akurat słabe, bo Loebl dopiero się uczył pisania pod bluesy i to jest jeszcze nieporadny tekst nawet na poziomie gramatyczno-akcentowym, "czy piękno jest to gdy twoje włosy ja cału-ję) ten jam jest po prostu w porządku (jest i riff z Dazed and Conused i Skrzek, który gra solo na basie)- nie jest to coś co "wyrywałoby z butów" (jak np. jamy SBB). Z kolei "Karate" ma uboższe, suche brzmienie, no i te bluesy takie bardzo rudymentarne - ale znów tekstowo jest znakomicie, parę utworów wręcz genialnych ("Rzeka dzieciństwa", "Nocą puka ktoś", "Jest gdzieś taki dom").

      Usuń
    8. Istotne jest też to, że Loebl traktował teksty na "Bluesa" i "Karate" jako pełnoprawną wypowiedź poetycką (taką samą jak tomiki wierszy, które publikował) a nie jako "fuchę" - skrojoną pod przebój (takie były jego teksty dla Blackoutu czy wczesne teksty dla Breakoutów - również w ten sposób- na poły chałturniczo- należy traktować teksty, jakie Nalepie dostarczali Walicki, czyli Grań, i Gaszyński). To nadaje tym albumom wysoce indywidualny charakter - czegoś z pogranicza poezji śpiewanej i bluesrocka). Dlatego moim zdaniem nie da się ocenić sprawiedliwie tych albumów, nie biorąc pod uwagę tekstów (oczywiście nie wszystko jest w nich perfekcyjne - zdarzają się liryki słabsze -choćby "Dzisiejszej nocy" czy za bardzo wystylizowana na konwencję "Przyszła do mnie bieda").

      Usuń
  12. Jak rozumiem zarzut o gorszą produkcję dwóch poprzednich albumów w stosunku do zachodnich zespołów, tak nie rozumiem pod jakimi względami "Blues" jest od nich gorszy.
    Poza tym, że słychać tu wyraźny postęp względem dwóch poprzedzających wydawnictw to wydaję mi się, że produkcja wcale nie ustępuję np. Tons of Sobs Free lub debiutowi Rory Gallaghera. Fakt, nie jest to poziom brzmienia albumów Zeppelinów, ale w porównaniu do wymienionych przykładów słychać podobne surowe podejście do produkcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Debiutowi Gallaghera to akurat sporo ustępuje, zwłaszcza gitara basowa nie ma tu takiej głębi. No ogólnie brzmienie jest zbyt płaskie i wygładzone.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Swans - "Birthing" (2025)

[Recenzja] Boards of Canada - "Inferno" (2026)

[Recenzja] Laurence Pike - "Possible Utopias for Jazz Quintet" (2026)

[Zapowiedź] Premiery płytowe czerwca 2026

[Artykuł] Pablo's Guide to Polish Pop - najlepsze polskie płyty