[Recenzja] Peter Hammill - "In Camera" (1974)

Okładka płyty "In Camera" Petera Hammilla.


Dość wymowna ta oprawa graficzna. To pierwsza okładka autorskiej płyty Petera Hammilla, na której artysta pojawia się we własnej osobie. I stoi na niej samodzielnie, tak jak niemalże w osamotnieniu nagrał ten materiał. Większość ścieżek na "In Camera" - czwarty album w solowej dyskografii - zarejestrował w domowym studiu, bez żadnych dodatkowych muzyków, bez producenta ani obsługi technicznej. Potem jednak zabrał taśmy do londyńskiego Trident Studio, gdzie dograł partie syntezatora ARP 2600. Wówczas dołączyli do niego też goście: Guy Evans dodał bębny do "Tapeworm" i "Gog", a Chris Judge Smith i Paul Whitehead zagrali na perkusjonaliach w "Magog". Hammilla w studiu wsparł też inżynier dźwięku David Hentschel, odpowiadający także za programowanie, miksy oraz całe te studyjne czarodziejstwo, dzięki któremu album nie brzmi jak nagrywane w domu demo, a w pełni profesjonalne nagranie.

"In Camera" jest zatem pierwszym autorskim albumem Hammilla, na którym nie towarzyszy mu kompletny skład - wówczas wciąż zawieszonego - Van der Graaf Generator. Ale nawet bez tych idiomatycznych, natychmiast rozpoznawalnych partii Hugh Bantona i Davida Jacksona nie jest to granie dalekie od dokonań zespołu. Zwłaszcza pod względem klimatu - bardzo mrocznego, klaustrofobicznego, dekadenckiego, wręcz apokaliptycznego. Zastępując jednak symfoniczny rozmach bardziej surowym graniem, bliższy jest tych późniejszych dokonań w rodzaju "Godbluff", niż albumów sprzed przerwy w działalności.

Najlepszym przykładem są tu zresztą oba nagrania z Evansem: wściekły, hałaśliwy - a przy tym dynamicznie i aranżacyjnie zróżnicowany - "Tapeworm" oraz "Gog", utwór bardziej rozbudowany, z początku podniosły, a potem coraz bardziej pokręcony. Zresztą płynnie przechodzi w eksperymentalny, inspirowany muzyką konkretną "Magog (in Bromine Chambers)". Szczerze powiedziawszy nie jest to najbardziej udana próba przejścia muzyka rockowego na terytorium współczesnej poważki. Chyba lepiej by to działało jako ścieżka dźwiękowa horroru niż jako muzyka do słuchania, bo wtedy odsłania braki warsztatowe w porównaniu z poważnymi kompozytorami.

Z pozostałych utworów wyróżnia się na pewno "(No More) the Sub-marner". Instrumentalnym szkieletem jest tu fortepianowa ballada, która łatwo mogła stać się kawałkiem jakim wiele, ale dochodzą tu jeszcze nawiedzone partie syntezatora - dłuższymi fragmentami na pierwszym planie - oraz ten udramatyzowany, momentami po prostu krzykliwy śpiew Hammilla. Także w "Faint-Heart and the Sermon" i "The Comet, the Course, the Tail", pozorna subtelność szybko ustępuje bardziej niepokojącemu graniu, a Peter w swoim stylu szarżuje wokalnie. Jedynie "Ferret and Featherbird" (nowa wersja odrzutu z czasów "The Aerosol Grey Machine") i "Again" są w całości subtelnymi piosenkami, z akustycznymi brzmieniami i zgrabnie poprowadzonymi liniami wokalnymi, bez typowych dla Hammilla odchyłów. Trochę szkoda, że zabrakło konsekwencji i nie utrzymano tego ponurego klimatu przez całą płytę, ale przynajmniej oba te utwory nie popadają w przeciwną skrajność - są na tyle neutralne, że album wciąż klei się w sensowną całość.

Na "In Camera" Peter Hammill pokazał większą samodzielność, już nie podpierając się całym składem Van der Graaf Generator, a wręcz znacząco ograniczając udział dodatkowych muzyków. Jednak samodzielnego stylu wciąż sobie nie wypracował - po raz kolejny robi to samo, co na wcześniejszych płytach, tych autorskich, i tych z zespołem. Robi to bardzo solidnie, ale co najwyżej z rzadka ocierając się o poziom największych rzeczy z własnej przeszłości… czy przyszłości.

Ocena: 7/10

Recenzja dodana 11.2025


Peter Hammill - "In Camera" (1974)

1. Ferret and Featherbird; 2. (No More) the Sub-mariner; 3. Tapeworm; 4. Again; 5. Faint-Heart and the Sermon; 6. The Comet, the Course, the Tail; 7. Gog; 8. Magog (in Bromine Chambers)

Skład: Peter Hammill - wokal, pianino (1-5,8), gitara (1,3-6,8), gitara basowa (2-4,6,7), syntezator (2,5,6,8), melotron (5,8), fisharmonia (7); Guy Evans - perkusja (3,7); Chris Judge Smith - instr. perkusyjne (8), głos (8); Paul Whitehead - instr. perkusyjne (8)
Producent: Peter Hammill


Komentarze

  1. A czy recenzje płyt Hammila były wcześniej na stronie? Bo nie pamiętam, żeby były, mimo że są sygnowane wczesnymi datami? Może warto je przesunąć do nowych recenzji? Więcej osób je wtedy przeczyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie było wcześniej Hammilla. W ramach poprawek starych recenzji uzupełniam też niektóre luki w omówieniach dyskografii, a solowy Peter pojawia się tu właśnie jako takie uzupełnianie cyklu VdGG. Te wszystkie teksty o zespole i jego liderze tworzą w zamyśle luźną, ale spójną całość, dlatego zależy mi na chronologicznej kolejności. Niekoniecznie odbija się to na ich widoczności - niektóre z tych dodanych recenzji PH mają więcej wyświetleń od nowych treści z bieżącą datą. Są też widoczne w wyszukiwarkach.

      Usuń
  2. Tak czy owak fajnie, że wziąłeś się za recenzje Hammilla, bo ich brakowało. Byłem wielkim fanem Petera pod koniec lat 90 i na początku 2000 - miałem większość płyt, widziałem go też 2 razy na żywo (ostatni raz przed 7 laty w Warszawie). Potem trochę mi przeszło, ale od kilku lat znowu wracam dość regularnie do jego solowej twórczości (nawet płyty z lat 90 - Fireships, Out of Water są bardzo fajne). Pod recenzjami w zasadzie mogę się podpisać - może brakuje słowa/dwóch o tekstach . Ciekawe, czy jak będziesz recenzował następną płytę "Over" zgodzimy się też co do krytycznej oceny jednego numeru - zasadniczo "Over" to bardzo dobry album, ale zawiera utwór, który dla mnie jest niewiarygodnym kiczem (i tekstowo i muzycznie). Nie powiem który - zobaczymy, czy będziesz miał podobne wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ok, dobry pomysł. Może nawet szybciej wezmę się za ten "Over", żeby domknąć temat solowego Hammilla, póki jestem na świeżo po powtórkach wcześniejszych płyt.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)