[Recenzja] King Crimson - "THRAK" (1995)

Na drugą reaktywację King Crimson zanosiło się już od początku lat 90., gdy Robert Fripp i Adrian Belew zaczęli dyskutować o możliwym powrocie. Po nieudanej próbie pozyskania do składu Davida Sylviana, z którym Fripp wówczas współpracował, ściągnięto sprawdzonych muzyków: Tony'ego Levina i Billa Bruforda. Powrót kwartetu z okresu tzw. kolorowej trylogii - trzech albumów nagranych przez King Crimson w latach 80. - byłby jednak zbyt zachowawczym pomysłem jak na grupę, która cały czas stawiała na rozwój. Dlatego tez Fripp postanowił zaangażować dwóch dodatkowych instrumentalistów - swojego ucznia z zajęć Guitar Craft, Treya Gunna - mającego grać na Chapman sticku - oraz perkusistę Jerry'ego Marottę, z którym grał podczas współpracy z Peterem Gabrielem. Ostatecznie jednak miejsce tego ostatniego zajął Pat Mastelotto, bębniarz towarzyszący projektowi Sylvian/Fripp. Po raz pierwszy skład zespołu rozrósł się do sekstetu, a właściwie podwójnego tria, ze zdublowanymi funkcjami gitarzysty, basisty i perkusisty.
Nowy King Crimson zadebiutował w Halloween 1994 roku minialbumem "VROOOM", składającym się z sześciu utworów, z których cztery - w poprawionych wersjach - pól roku później powróciło na pełnowymiarowym ”THRAK". Tak obszerna zapowiedź osłabiła element zaskoczenia na pierwszym od jedenastu lat longplayu. Wiadomo już było dokładnie, jaki kierunek obrali muzycy. A, oczywiście, nie była to prosta kontynuacja stylistyki z poprzedniej dekady. Z tamtego okresu zachowano precyzyjnie przeplatające się partie gitar, zastosowanie Chapman sticka oraz elektroniczną perkusję, uzupełniającą akustyczny zestaw bębnów. Jednocześnie wrócono do ciężaru charakteryzującego te instrumentalne, najbardziej pogmatwane nagrania zespołu z lat 1972-74, co akurat nieźle pasowało do ówczesnych trendów w muzyce, gdy do łask wróciło bardziej surowe brzmienie, a ogromną popularnością cieszył się grunge czy różne formy metalu. Bardziej ryzykownym posunięciem było wyciągniecie z piwnicy melotronu, jednak użyto go z umiarem i całkiem sensownie. To wszystko nie znaczy jednak, że nie ma tu żadnych nowych elementów. Wspomnieć trzeba o zastąpieniu Frippertronics przez Soundscapes, czyli porzucenie technologii opartej na taśmach na rzecz nowoczesnego rozwiązania korzystającego z MIDI.
Sztandarowym kawałkiem podwójnego tria jest grany do dziś na koncertach otwieracz albumu, "VROOOM". To instrumental łączący pogmatwany ciężar utworu "Red" - a nawet wyraźnie nawiązujące do niego motywy - z fragmentami o czystszym brzmieniu, przypominającymi math-rockową precyzję "kolorowej trylogii". Nieco paradoksalnie, akurat tutaj najmniejszy użytek zrobiono z rozbudowanego składu - partie wszystkich muzyków znajdują się w centrum miksu. Jednak z każdym kolejnym nagraniem oba tworzące ten skład tria stają się coraz bardziej odseparowane od siebie, na koniec już całkiem rozdzielone w kanałach stereo. Ten koniec to zresztą dwie repryzy otwieracza, "VROOOM VROOOM" (zawierający partie napisane już w czasie prac nad kompozycją "Red") i "VROOOM VROOOM: Coda", jeszcze bardziej stawiające na instrumentalna wirtuozerię, kosztem melodyjności. W środkowej części albumu pojawia się natomiast jeszcze jeden masywny, złożony instrumental, z metalowym brzmieniem i industrialnymi eksperymentami, czyli tytułowy "THRAK". Tu najlepiej słychać interakcję całego składu. Wyczerpując temat nagrań instrumentalnych, należy do nich także "B'Boom" - intrygujący popis perkusistów - a także dwie miniatury o wspólnym tytule "Radio", pierwsza kojarząca się z sonoryzmem, druga ambientowa.
Reszta płyty to już granie o piosenkowym charakterze. Metalowego ciężaru nie brakuje w "Dinosaur" i "Sex Sleep Eat Drink Dream", przy czym pierwszy z nich w chwytliwej warstwie melodycznej zdradza fascynację Adriana Belew rockowymi dinozaurami z lat 60., a drugi to już bardziej współczesne, zwariowane granie. Energetyczny, ale już nie tak ciężki brzmieniowo "People" jest natomiast najbliższy tego, co King Crimson grał w poprzedniej dekadzie - to taki bardziej pogmatwany, ale przebojowy post-punk, rozwijający pomysły Talking Heads. Do łagodniejszych utworów z tamtego okresu nawiązuje natomiast subtelny ballada "Walking on Air", bardzo ładna, ale niezbyt pasująca do reszty albumu. Trochę lepiej w całość wtapiają się pozostałe nastrojowe nagrania: oparty na dubowej rytmice "One Time" oraz podzielony na dwie części oniryczny "Inner Garden".
Do czasu "THRAK" nowi muzycy w składzie King Crimson oznaczali istotne zmiany stylistyczne, nowe pomysły i inspiracje. Tym razem jednak zespół po prostu łączy patenty dwóch poprzednich wcieleń, choć dość sprytnie wybierając z nich akurat te elementy, które pasowały do rockowych trendów połowy lat 90., dzięki czemu album w chwili wydania nie brzmiał retro. W sumie dalej tak nie brzmi. Wykonawczo wciąż stoi to wszystko na wysokim poziomie, ale nie zaszkodziłaby większa selekcja materiału, który w porównaniu z całą wcześniejszą dyskografią jest najmniej wyrazisty. Nie był to w sumie tak udany powrót, jak można było oczekiwać po King Crimson.
Ocena: 7/10
Zaktualizowano: 9.2025
King Crimson - "THRAK" (1995)
1. VROOOM; 2. Coda: Marine 475; 3. Dinosaur; 4. Walking on Air; 5. B'Boom; 6. THRAK; 7. Inner Garden I; 8. People; 9. Radio I; 10. One Time; 11. Radio II; 12. Inner Garden II; 13. Sex Sleep Eat Drink Dream; 14. VROOOM VROOOM; 15. VROOOM VROOOM: Coda
Skład: Adrian Belew - wokal i gitara; Robert Fripp - gitara, melotron, Soundscapes; Tony Levin - gitara basowa, elektryczny kontrabas, dodatkowy wokal; Trey Gunn - Chapman stick, dodatkowy wokal; Bill Bruford - perkusja, elektroniczna perkusja i instr. perkusyjne; Pat Mastelotto - perkusja, elektroniczna perkusja i instr. perkusyjne
Producent: King Crimson i David Bottrill
Pamiętam, jak wyszedł ten album i jak mile wtedy zaskoczył swoją różnorodnością. Czuło się, że grupa chce przerzucić pomost między swoją przeszłością a teraźniejszością. Rzeczywiście, nie jest to szczytowe osiągnięcie King Crimson, ale, mimo wszystko, "Thrak" chce się pamiętać. Nie słuchałem albumu od lat, lecz parę melodii przypominam sobie bez trudu. Istotnie, "Walking On Air" to taka zapomniana perełka, cieszę się, że o tym napisałeś.
OdpowiedzUsuńOkrutnie po "Thrak" rozczarowała następna studyjna płyta,taka toporna w moim odczuciu.
Cóż, nikt nie jest doskonały.
Problem z King Crimson od "THRAK" (a nawet trochę wcześniej) po dziś dzień polega na totalnym rozproszeniu ciekawych pomysłów i fajnych nagrań pomiędzy setki (dosłownie!) płyt wydanych pod przeróżnymi szyldami. A co najgorsze te regularne, studyjne płyty King Crimson stały się de facto tylko jednymi z bardzo wielu rożnych, wydawanych przez Frippa nagrań - ani najlepszymi, ani najciekawszymi, ani nawet najbardziej dopracowanymi.
OdpowiedzUsuńNajbardziej jaskrawym przykładem jest tutaj przełom lat 90' i 00', kiedy to Fripp wydał sporo różnych płyt (genialne "The Repercussions of Angelic Behavior"!), w tym tak zwanych "ProjeKctów", z których cześć jest rewelacyjna (zwłaszcza ProjeKct Three, ale też ProjeKct One), część tylko dobra... ale i tak na ogół lepsza od "The ConstruKction of Light"! Kompletny absurd!
Mam wrażenie, że od lat 90' recenzowanie King Crimson w systemie studyjnych albumów podpisanych nazwą grupy traci jakikolwiek sens...
Ja uważam się za fana KC ale ten album poznałem dopiero teraz w 2017, kupiłem własnie album 3płytowy zawierający miksy przestrzenne. BTW chwała zarówno Stevenowi W. jak i wytwórni za pomysł uprzestrzenniania płyt KC!
OdpowiedzUsuńNie tylko swietnie się do tego nadają ale tez akurat miksy płyt KC są naprawdę kreatywnie zrobione, czego niestety bywa nie można powiedziec o innych tego typu wydawnictwach gdzie producent wysilił się jedynie na dodanie pogłosu w tylych głosnikach.
KC to jest KC i pozostanie zawsze zespołem intrygującym który nigdy nie pozwala się nudzic i zawsze zaskakuje.
Trzeba owej niezwykłosci Frippa żeby zamiast odrywac wciąz repertuar z lat 70 tych jak to robią Pink Floyd czy Yes, tworzyc nadal nowe, frapujące (czy frippujące;) rzeczy!
Co do Thrak, płyta jest znakomita.
I podoba mi się to cięższe, jakby grungeowe brzmienie, jakos bardziej do mnie przemawia niż np Three Of A Perfect Pair, której to plycie oczywiscie niczego nie ujmuję.
Podwójne trio, to też tylko Fripp mógł wymyslic.
Odnosnie Twojej recenzji uważam że jest bardzo rzeczowa, i nie przypomina pretensjonalnych i narcystycznych wytworów recenzentów na artrock.pl ;)
Dodam że każda płyta KC to wydarzenie i przeżycie.
Pozdrawiam!