[Recenzja] Camel - "Rain Dances" (1977)

Okładka płyty "Rain Dances" Camel.


Eksplozja popularności punk rocka z 1977 roku najwyraźniej nie zrobiła na muzykach Camel żadnego wrażenia. Nagrywany pomiędzy lutym a sierpniem "Rain Dances" nie odchodzi daleko od stylu wypracowanego przez grupę na czterech poprzednich płytach. A jednak pewne zmiany są tu wyraźnie słyszalne; wynikają natomiast przede wszystkim ze zmian w składzie. Już na trasie promującej poprzedni album, "Moonmadness", do zespołu dołączył Mel Collins, były saksofonista King Crimson. Perkusista Andy Ward uznał, że takie poszerzenie instrumentarium to dobry pretekst, aby pójść w nieco bardziej jazzowym kierunku. Andrew Latimer i Pete Bardens nie mieli nic przeciwko, w przeciwieństwie do basisty Douga Fergusona, którego w efekcie wymieniono na Richarda Sinclaira, byłego muzyka Caravan i Hatfield and the North. Przy okazji rozwiązał się problem braku wyrazistego wokalisty. W nagraniu "Rain Dances" gościnnie uczestniczył też Brian Eno oraz jazzmani Malcolm Griffiths i Martin Drover. Opierając się wyłącznie na liście płac, można by pomyśleć, że Camel postanowił zwrócić się ku bardziej ambitnemu, złożonemu graniu. Stało się tak jednak na niewielką skalę.

Jedynym nagraniem, jakie faktycznie odchodzi od dotychczasowego stylu w zdecydowanie jazzowym kierunku, jest sześciominutowy instrumental "One of These Days I'll Get an Early Night". Kawałek łączy energetyczny, funkowy puls sekcji rytmicznej z jazzującymi partiami trzyosobowej sekcji dętej oraz Bardensa na pianinie elektrycznym, pojawia się też ostrzejsze i nieco bardziej techniczne niż zwykle gitarowe solo Latimera. Ta wyprawa w rejony fusion wyszła muzykom naprawdę fajnie, może to być nawet moje ulubione nagranie grupy. Inny instrumental, "Skylines", to już próba połączenia jazz-rocka z camelowym progiem, całkiem udana, tylko brzmienie syntezatora nienajlepiej się zestarzało.

Ogólnie na płycie przeważa granie instrumentalne. Otwieracz "First Light" to w sumie takie rozciągnięte intro, z tym charakterystycznym zarówno dla Camel, jak i Caravan, pastelowym brzmieniem, jednak melodyjne solówki Bardensa, Latimera oraz Collinsa wypadają dość błaho. Bardziej subtelnie, na szczęście, wypada "Elke", quasi-ambientowa miniatura, zarejestrowana przez Latimera jedynie z pomocą Eno oraz harfistki Fiony Hibbert. To także jeden z nielicznych fragmentów, gdzie lider zespołu gra na flecie - szkoda, bo zawsze wolałem go jako flecistę niż gitarzystę. Tytułowy "Rain Dances" zawiera z kolei syntezatorowe sekwencje bliskie progresywnej elektroniki. Jednak pozostałe elementy - a zwłaszcza samo niepasujące zestawienie ze sobą miałkich melodycznie partii solowych oraz symfonicznego tła z syntezatora - to dla mnie zwyczajny kicz.

Z piosenkowych kawałków lepiej prezentują się te śpiewane przez Sinclaira. Zespół w końcu zyskał prawdziwego wokalistę, którego dostojny, bardzo brytyjski głos idealnie pasował do jego muzyki. "Metrognome" udanie łączy baśniowy prog Camel z frywolnością i finezją Caravan - czy też ogólnie sceny Canterbury - dodając do tego nawet odrobinę atmosfery i melodyki wczesnego King Crimson (konkretnie to te symfoniczne wstawki wyraźnie nawiązują do "The Court of the Crimson King"), a wszystko to w formie bardzo sympatycznej piosenki. W łagodniejszym "Tell Me" - muzycznie zdominowanym przez subtelne, znów nieco ambientowe tło klawiszy Bardensa oraz bezprogowy bas i flet Latimera - jeszcze lepiej wypada nowy wokalista, którego wyrafinowana partia jest autentycznie nową jakością u Camel.

Warto zresztą porównać zwrotki Sinclaira i Latimera w "Unevensong". Śpiew tego pierwszego świetnie uzupełnia się z połamaną rytmiką (na 6/4, 7/4 oraz 11/4) i dodaje tym pogmatwanym fragmentom kanterberyjskiej lekkości. Drugi śpiewa natomiast podczas zwolnienia w podstawowym metrum 4/4, w zupełnie bezbarwny sposób, czyniąc ten fragment zbyt miałkim, co niezbyt dobrze kontrastuje z czadową i dość kreatywną - zwłaszcza w warstwie rytmicznej - resztą kawałka. Prawdziwą porażką jest natomiast singlowy "Highways of the Sun", w całości śpiewany przez Latimera. Jego nijaki głos tylko podkreśla banał samej kompozycji, bliższej estetyki AOR niż proga, z naprawdę tandetną melodyką oraz brzmieniem, a także głupawo pogodnym klimatem. Znośny jest jedynie bardziej nastrojowy fragment instrumentalny. Na kompaktowych wznowieniach i w streamingu do podstawowego repertuaru dorzucono jeszcze radiową wersję "Highways of the Sun", choć już sama albumowa mocno obniża tu poziom. Niczego bardziej żenującego autorzy "The Snow Goose" do tamtej pory nie nagrali.

"Rain Dances" to przede wszystkim zmarnowana okazja, by w końcu nagrać naprawdę dobry album. Niezrozumiałe jest dla mnie, dlaczego mając w składzie tak dobrego wokalistę, instrumentalistę i kompozytora, jak Richard Sinclair, nie dano mu wykonać wszystkich partii wokalnych, nawet nie w każdym utworze udziela się jako basista, a na płycie nie ma ani jednej jego kompozycji (bo trudno tak traktować podpisany przez cały zespół "One of These Days…"). Większy udział Sinclaira mógłby podnieść poziom tego albumu - najbardziej nierównego pod względem poziomu w dotychczasowej dyskografii Camel. Osobiście stawiam go jednak odrobinę wyżej od "The Snow Goose", bo po prostu znajduję tu więcej dla siebie - około połowa repertuaru "Rain Dances" to naprawdę przyjemne, sympatyczne i odrobinę bardziej niż dotąd finezyjne granie, w dodatku w końcu z porządnym wokalistą w części z tych nagrań.

Ocena: 6/10

Recenzja dodana 8.2025


Camel - "Rain Dances" (1977)

1. First Light; 2. Metrognome; 3. Tell Me; 4. Highways of the Sun; 5. Unevensong; 6. One of These Days I'll Get an Early Night; 7. Elke; 8. Skylines; 9. Rain Dances

Skład: Andrew Latimer - gitara (1,2,4-9), fletnia pana (1), flet (3,7), gitara basowa (3,8), dodatkowy wokal (3), wokal (4,5), pianino (7,9), elektryczne pianino (7), syntezatory (7), dzwonki (9), efekty (9); Pete Bardens - syntezatory (1-5,8,9), elektryczne pianino (2-6,8), organy (2,4), pianino (4), klawinet (5), efekty (9); Mel Collins - saksofon (1,2,6,8,9), klarnet (3), flet (4), efekty (9); Richard Sinclair - gitara basowa (1,2,4-6), wokal (2,3,5), efekty (4); Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne (1-6,8), okaryna (1), efekty (1,2,4)
Gościnnie: Martin Drover - trąbka (6), skrzydłówka (8); Malcolm Griffiths - puzon (6,8); Brian Eno - pianino (7), elektryczne pianino (7), syntezatory (7), instr. perkusyjne (7); Fiona Hibbert - harfa (7)
Producent: Rhett Davies i Camel


Komentarze

  1. Czym właściwie są poprawki z oceny "brak" ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To znaczy, że recenzji tego albumu tu wcześniej nie było, ale doszła w ramach poprawek/uzupełniania dyskografii jego wykonawcy.

      Usuń
  2. Album dla mnie takie 7,5/10 lub 8/10.

    OdpowiedzUsuń
  3. A potem coś zmienili w swojej muzyce?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po kolejnym albumie, czyli "Breathless", odeszli Sinclair i Collins, więc bardzo szybko zniknęły te jazzowe elementy, które i tak były w homeopatycznej dawce. Natomiast już od ”Rain Dances” słyszalny jest zwrot w stronę pop rocka, który potem coraz bardziej się nasilał. Zdaje się, że "Stationary Traveller” jest dość sympatyczną płytą w tej popowej estetyce, ale już taki "Harbour of Tears" to najbardziej ckliwy i naiwny album, jaki słyszałem, okropne to jest.

      Usuń
    2. Ale widzę, że Breathless już tak dobrze im nie wyszedł

      Usuń
    3. Nie, tam wady "Rain Dances" są bardziej uwypuklone, a zalety zminimalizowane.

      Usuń
    4. Biorąc pod uwagę opinię autora że można się domyślać jak są najsłabsze albumy zespołu (Breathless, I Can see your Home i Single Factor), to mimo wszystko można sobie zadać pytanie jakie oceny miały by one dostać czy to 4/10 czy może 5/10, a oprócz tego zastanawia mnie jakie są opinie Pawła wobec reszty ich albumów.

      Usuń
    5. Harbour of Tears pewnie miałby 2 lub 1

      Usuń
    6. Polemizowałbym z tym całym 1 lub 2, nawet jeżeli Paweł mówi negatywnie o albumie to wydaje mi się że dostałby co najwyżej 5 lub 4 (w sam sobie album nie brzmi wybitnie okropnie).

      Usuń
    7. To akurat jedna z tych płyt, których próby przesłuchania były dla mnie autentyczną męką, więc kwalifikuje się raczej na ocenę pomiędzy 1-3.

      Usuń
    8. Mimo że mam pewną słabość do zespołu Camel, to moja opinia na temat "Harbour of Tears" jest niestety zbieżna z opinią Pawła. Ckliwość tego albumu jest wręcz niestrawna. Jeśli natomiast chodzi o "Stationary Traveller" (tytuł przywoływany tu w komentarzach), to w swojej kategorii - pop rock nagrany przez progową kapelę - to prawdopodobnie jedna z najlepszych płyt, jakie powstały. Z "popowego okresu" wyróżniłbym jeszcze "Nude" (1981). Pozostałe albumy studyjne* z lat 1978-84 są przeciętne lub po prostu słabe. Z późniejszych płyt lubiłem kiedyś "Dust and Dreams" (1991) i "Rajaz" (1999). Tę pierwszą (koncept album zainspirowanymi "Gronami Gniewu") musiałbym sobie przypomnieć, żeby ewentualnie podtrzymać pozytywną ocenę. Tę drugą jakiś czas temu sobie odświeżyłem - z rozczarowującym efektem. To nie jest zła rzecz (na RYM ma bardzo wysoką notę, skutkującą wyboldowaniem), ale w moim odczuciu zbyt "trąci" neo-progowym przynudzaniem. Znacznie gorzej w tym kontekście wypada jednak "A Nod and a Wink" (2002) - potwornie nudna płyta. Dyskografię Camela zamyka... "The Snow Goose". Klasyk z 1975 roku ponownie nagrany i wydany w 2013. Nie wiem tylko po co (a jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o...). Przyznaję jednak, że nie słuchałem, ponieważ już oryginał uważam za mocno przeceniany (choć generalnie krążek z 1975 jest niezły).

      * Koncertówki "Pressure Points" (1984) słucha się przyjemnie, choć - o ile dobrze pamiętam - zespół nie odchodzi tu od studyjnych wersji utworów. "A Live Record" (1978) - "żywca" bardzo cenionego przez fanów - nie znam...

      Z pozdrowieniami,
      Upadły Meloman

      Usuń
    9. Ja zacząłem mieć przesłodzenie już na wysokości Snow Goose, tylko Mirage jest dla mnie znośny

      Usuń
    10. Jasne, "The Snow Goose" jest przesłodzony, ale w porównaniu z "Harbour of Tears" to jednak w całkiem znośnej dawce. "Mirage" znośny, nawet dobry, ale tam nie ma nic poza powielaniem różnych progowych klisz, przy czym Camel daleko pod względem umiejętności czy wyobraźni do grup z wielkiej szóstki oraz tych dwóch - Gentle Giant i Van der Graaf Generator - które szóstce ustępują wyłącznie popularnością. Jedyna wartość dodana to to pastelowe brzmienie i baśniowy klimat, ale tym z kolei ciekawiej operował Caravan. Na "Moonmadness" i "Rain Dances" zdarzają się bardziej interesujące pomysły, choć całościowo są nierówne. Niezły jest też przecież debiut, gdzie w przeciwieństwie do "Mirage” muzycy nie porywają się na granie w stylu wymagającym większych umiejętności i wyobraźni, to po prostu taki bezpretensjonalny, ale niepopadający w banał rock. Ogólnie Camel nie nagrał żadnego wybitnego, przełomowego dzieła i spokojnie można sobie ten zespół odpuścić, jeśli nie jest się miłośnikiem proga. A jeśli się jest, to na pierwszych pięciu albumach można poprzestać.

      Usuń
    11. Obadałem "HoT" i przecież tam jest trochę ostrzejszych, bardziej ofensywnie hitowych momentów, na RYM jest złośliwa recenzja tejże płyty która sugeruje że całość jest łzawa i smętna.

      Ale patrząc na popularność Camela w PL podejrzewam działalność trójkowego lobby

      Usuń
    12. W tych „ostrzejszych” fragmentach też jest ta ckliwa, sentymentalna melodyka.

      Camel odnosił spore sukcesy na najwiekszych muzycznych rynkach, więc to nie jest tak, że w Polsce jest jakoś nieproporcjonalnie popularny. Zresztą nie odnoszę wrażenia, by faktycznie był tu jakoś uwielbiany. Nie pamiętam, żeby w „Teraz Rocku” były o nim jakieś większe teksty, chyba nawet wkładki nie było. W latach 80. pewnie byli mocno promowani w „Trójce”, ale poza słuchaczami tej stacji z tamtych lat raczej mało kto w ogóle zagłębia się w ten zespół.

      Usuń
    13. W "Teraz" nie, ale w "Tylko" już tak.

      Usuń
    14. Czyli dobre ćwierć wieku temu. Już samo to, że nie powtórzono tej wkładki po zmianie tytułu - a niektórzy wykonawcy powtarzali się nawet we wkładkach w samym "Teraz Rocku" - pokazuje, że zainteresowanie Camelem dawno wygasło.

      Usuń
  4. Planujesz jeszcze recenzję "Stationary Traveller", czy dajesz już sobie spokój z poprawkami Camela?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamierzam odświeżyć sobie tę płytę i wtedy zdecyduję.

      Usuń
  5. Jakoś nie rozumiem zarzutów odnośnie gry na gitarze Latimera. Jest wtórna jak i cały Camel, ale specjalnie nie przeszkadza. Wokal już tak. Dziwnie to zabrzmi, ale recenzowanie Stationary Traveller jako fajnej płyty pop czy jak ją sobie nazwiemy to strata czasu. Już bardziej Breathless (po usunięciu tej wioskowej piosnki nawet słuchalna). Już Nude bardziej, bo to miła muzyka użytkowa.
    Z innej beczki: Spirogyra będzie kiedyś recenzowana? (Bells, boots and shambles np.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie twierdzę nigdzie, że jego gra na gitarze w czymkolwiek przeszkadza, tylko że ciekawsze są jego partie na flecie, bo na tym instrumencie wypracował bardziej indywidualny styl.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)