[Recenzja] Camel - "Moonmadness" (1976)

Choć ”Moonmadness" pozostaje nieco w cieniu poprzedzających go "Mirage" i ”The Snow Goose", to właśnie czwarty album Camel zaszedł najwyżej w notowaniach. W Wielkiej Brytanii dotarł aż do miejsca 15., w Stanach - do 118. pozycji. W pierwszym z tych krajów uzyskał ponadto status srebrnej płyty, co oznacza sprzedaż ponad sześćdziesięciu tysięcy egzemplarzy. Podobny wynik osiągnęła jedynie "Śnieżna gęś". "Moonmadness" to także ostatni album Camel w pierwotnym składzie, tworzonym przez Petera Bardensa, Andrew Latimera i Andy'ego Warda z basistą Dougiem Fergusonem, który odszedł z zespołu wkrótce po wydaniu tej płyty.
O ile poprzednie wydawnictwo kwartetu zostało pomyślane jako całość, tak tutaj pojawia się tylko luźniejsze powiązanie pomiędzy czterema z siedmiu utworów. Każdy z nich jest próbą muzycznego przedstawienia osobowości jednego z muzyków: "Chord Change" Bardensa, "Another Night" Fergusona, "Air Born" Latimera, a "Lunar Sea" Warda. W dwóch środkowych, a także w "Song Within a Song" i "Spirit of the Water", powracają teksty i partie wokalne, których z przyczyn prawnych zabrakło na poprzedniczce. Z jednej strony to dobrze, bo glosy aż trzech muzyków dodają płycie większej różnorodności. Niestety, śpiew pozostaje najsłabszym ogniwem Camel - anemiczność tych głosów nieco pozbawia energii bardziej żywiołowe fragmenty, a tym delikatniejszym nadaje jeszcze bardziej smętnego wyrazu.
Pod względem instrumentalnym też przełomu żadnego nie ma. W dodatku o ile każdy z trzech poprzednich albumów miał nieco odmienny, swój własny charakter, tak o "Moonmadness" tego powiedzieć nie można. Nie jest też powtórką żadnej z tych płyt - raczej łączy te trzy oblicza Camel. Na eponimicznym debiucie - wypełnionym raczej prostymi, za to mającymi najwiecej rockowej żywiołowości piosenkami - spokojnie mogłyby znaleźć się "Another Night" i "Chord Changes". To jedne z najbardziej energetycznych utworów grupy. Pierwszy z nich jest oparty na wręcz hardrockowym riffowaniu, uzupełnionym nieco funkową grą sekcji rytmicznej oraz organowo-syntezatorowymi ozdobnikami. Quasi-piosenkowa forma nie wyklucza tu dynamicznych kontrastów ani dłuższego fragmentu instrumentalnego. Ostateczny efekt nieco jednak psuje bezbarwny i niepotrzebnie łagodzący te ostrzejsze fragmenty wokal Latimera. Drugi z tych utworów to jednak niemal w całości - poza wokalizami - instrumentalne granie, pokazujący dobrze zgrany zespół w lekko jamowym graniu, z jeszcze większą ilością zmian nastroju.
Na "Mirage" zespół zaczął tworzyć bardziej rozbudowane utwory, składające się z wyraźnie odrębnych segmentów, zbliżając się do estetyki grup progresywnych. Tutaj przykładem takiego grania są "Song Within a Song" i "Lunar Sea", przekraczające odpowiednio siedem oraz dziewięć minut. W obu muzycy kreują bardzo przyjemny, subtelny nastrój. Dłuższe solówki na organach, flecie czy gitarze nie zachwycają techniką, ale pod względem melodycznym oraz kreowania nastroju wypadają naprawdę znakomicie. Jedynie beznamiętny wokal Fergusona z tego pierwszego trochę pogarsza mój odbiór. Na kolejnym albumie "The Snow Goose", zespół poszedł w jeszcze bardziej baśniowe klimaty i pastelowe brzmienia, co miewa pewien urok, ale przeszkadza mi tam spora naiwność, czego konsekwencją bywa kicz. Tu dzieje się tak w otwieraczu płyty, "Aristillus", z fatalną, przesłodzoną melodyjką syntezatora na pierwszym planie. Odrobinę lepiej wypada bardziej oszczędny "Spirit of the Water", faktycznie z jakby podwodnym brzmieniem pianina, choć ta szeptana partia wokalna Bardensa jest trochę tandetna. Całkiem ładny, mimo pewnej ckliwości, jest natomiast "Air Born", z uroczymi solówkami na flecie oraz przyjemnie pulsującym basem. Nawet wokal Latimera tym razem wydaje się idealnie pasować.
"Moonmadness" zawiera w sobie wszystko co najlepsze i co najgorsze w Camel. Traci ta muzyka przede wszystkim przez brak wokalisty z prawdziwego zdarzenia - który nadałby tu wyrazistości - a często też przez swoją naiwność, która kontrastowała z mimo wszystko artystycznymi ambicjami, nawet jeśli te ograniczają się do naśladowania progresywnych twórców, a nie własnych poszukiwań. Z drugiej strony jest to jednak sympatyczne granie, z miłymi melodiami oraz przyjemnym brzmieniem.
Ocena: 7/10
Zaktualizowano: 7.2025
Camel - "Moonmadness" (1976)1. Aristillus; 2. Song Within a Song; 3. Chord Change; 4. Spirit of the Water; 5. Another Night; 6. Air Born; 7. Lunar Sea
Skład: Andrew Latimer - gitara, flet, wokal (5,6); Peter Bardens - instr. klawiszowe, wokal (4); Doug Ferguson - gitara basowa, wokal (2); Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne, głos (1)
Producent: Rhett Davies i Camel
Po prawej: okładka wydania amerykańskiego.
Mi się bardziej podoba Snow Goose i Moonmadness od słynnego Mirage.Może są to płyty mniej rockowe,ale bardziej klimatyczne.Myślę że bliżej tu do amerykańskiej odmiany rocka progresywnego.
OdpowiedzUsuńRacja. Camel to miałki zespół. Słaby wokal, brak zęba. jakiś taki nijaki. To już Marillion jest lepsze mimo plagiatu brzmieniowego i wizerunkowego jaki popełnił Fish na Gabrielu.
OdpowiedzUsuńMarillion zamienił nijakość na kicz, co dla mnie jest zamianą na gorsze.
UsuńScript for a Jester's Tear nie jest taka zła. Fugazi też jeszcze nie. Oczywiście nie ma sensu tego słuchać mając oryginał czyli Genesis ale to dzięki własnie Marillion zacząłem kiedyś szukać głębiej w rocku progresywnym i poznałem "prawdziwych" wykonawców.
OdpowiedzUsuńPewnie zostanę skrytykowany za swój żalosny gust, ale mój ulubiony Camel to ten od początku lat '80 aż do Rajaz z początku XXI w. Czy płyty z tego okresu się pojawią? Oczywiście te dla których Autor napisał recenzje, też lubię.
OdpowiedzUsuńNie pojawią się.
UsuńMnie się Rajaz cholernie podoba.
UsuńTypowy syndrom rocka progresywnego, jedno przesłuchanie to słaba ,każde następne przesłuchanie to ciąg wręcz geometryczny do wspaniałości.
OdpowiedzUsuńMój zespół wszechczasów nr.2: The Beatles.
OdpowiedzUsuńMój zespół wszechczasów nr.1: CAMEL.
Moonmadness to nie tylko wspomnienie studiów (to wtedy poznałem Camel), ale to przede wszystkim kompozycje z jajem, z rozmachem, różnorodne aranżacje, różne klimaty, lecz to nadal podobne brzmienie i jeden klimat, co jest wyjątkowe samo w sobie - taki niepowtzraalny, spójny klimat całej płyty.
Właściwie każdy utwór tu to perełka, i niekoniecznie Lunar sea jako największa z nich. Chord change - jakie świetne zagrania na start, jaka nietypowa harmonia dual-tone, 7 minut leci jak 3. Alo Song within a song - budowanie napięcia. Ok, moog może brzmieć niektórym staroświecko, ale kiedyś nawet hip-hop będzie tak samo stary.
A że wokale słabe? OK, może nie wybitne, ale idealnie schowane za pięknym graniem, które mówi i świadczy samo za siebie. A Latimer ma tyle feelu co Gilmour, tyle że stał się mniej popularny. Byłem na ich koncercie w UK ok. 2012r. - świetna rzecz; grali wtedy Snow Goose w całości plus swoje hity. Pełna sala, naprawdę dopieszczony występ, wszyscy zadowoleni.
Reasumując, wydawnictwo 9/10.