[Recenzja] Camel - "The Snow Goose" (1975)



W połowie lat 70. większość czołowych grup progowych miała już na koncie album koncepcyjny. Część z nich - żeby wspomnieć tylko o "The Dark Side of the Moon" Pink Floyd czy "The Lamb Lies Down on Broadway" Genesis - przyniosło ich twórcom spory sukces komercyjny. Nic dziwnego, że muzycy Camel postanowili stworzyć swoją własną muzyczną opowieść. Nie zamierzali jednak pisać zupełnie nowej historii. Sukces utworu "The White Rider" z albumu "Mirage" - zainspirowanego twórczością J.R.R. Tolkiena - zachęcił ich do ponownego sięgnięcia do literatury. Po rozważeniu kilku propozycji, wybór padł na nowelę "The Snow Goose" amerykańskiego pisarza Paula Gallico.

Muzycy przygotowali materiał, włącznie z tekstami, jednak ostatecznie nie otrzymali zgody na wykorzystanie wybranej historii. Podobno jej autor był zagorzałym przeciwnikiem papierosów, co przełożyło się na jego niechęć do zespołu, który dopiero co współpracował z koncernem tytoniowym i wciąż dzielił z nim nazwę oraz logo. Ponieważ nie było już czasu na napisanie nowych tekstów, postanowiono wydać album w całości instrumentalny, nie licząc sporadycznych wokaliz. Zmieniono też tytuł z "The Snow Goose" na "Music Inspired by the Snow Goose", choć na okładce pierwsze trzy słowa napisano mniejszą czcionką - a w innych miejscach, np. na samej płycie, zupełnie je pominięto - przez co wydawnictwo i tak powszechnie funkcjonuje pod pierwotną nazwą.

Longplay składa się z szesnastu krótkich, czasem wręcz miniaturowych utworów. Podział na ścieżki jest jednak dość umowny, bowiem poszczególne fragmenty płynnie między sobą przechodzą, a część z nich rozwija te same motywy. Tak naprawdę jest to wiec jedna - dwuczęściowa z powodu podzielenia materiału na dwie strony płyty winylowej - kompozycja, a nadanie tytułów poszczególnym fragmentom służy głównie temu, aby słuchacz mógł śledzić historię opowiadaną przez muzyków za pomocą dźwięków. Zupełnie jak w klasycznej muzyce programowej. Ogólnie można odnieść wrażenie, że zespół chciał się tutaj zbliżyć do muzyki klasycznej, zwłaszcza z epoki romantyzmu - zarówno we wspomnianej formie, jak i w treści, stawiając na quasi-symfoniczne brzmienia. W nagraniach wzięła udział nawet orkiestra, choć jej udział jest dość ograniczony, często sprowadzający się do roli tła, choć w przerywniku "Friendship” występuje ona samodzielnie.

"The Snow Goose" budzi we mnie mieszane odczucia. Z jednej strony to taka bardzo sympatyczna muzyka, pełna wyrazistych melodii, konsekwentnie trzymająca się subtelnych, pastelowych brzmień i utrzymana w takim baśniowym klimacie. Całość zdominowana jest przez różne brzmienia klawiszowe Petera Bardensa, ale istotną rolę pełnią też solówki Andy'ego Latimera na gitarze lub flecie. O ile w tych pierwszych słychać mocną inspirację Davidem Gilmourem, przez co rażą wtórnością, tak partie fletu nadają płycie nieco indywidualizmu. Latimer był zdecydowanie lepszym, bardziej idiomatycznym flecistą niż gitarzystą. Sekcja rytmiczna z kolei trzyma się raczej w tle - jej partie nie są zbyt wyeksponowane, bo nie pasowałoby to do nastroju płyty. Do nielicznych wyjątków należy energetyczny, mocno floydowy tandem "Rhayader" / "Rhayader Goes to Town", będący zresztą także najbardziej wyrazistym segmentem płyty. Poza nim na plus szczególnie wyróżniłbym jeszcze "Rhayader Alone", akurat jeden z delikatniejszych momentów, pozbawiony sekcji rytmicznej, ale za to z ładnymi partiami wibrafonu oraz niemal ambientową atmosferą.

Lecz z drugiej strony, "The Snow Goose", zarówno na poziomie konceptu, jak i wykonania, jest dziełem bardzo naiwnym, niemającym do zaoferowania właściwie nic, poza uroczymi melodiami oraz ładnym brzmieniem. Przy czym te melodie nierzadko ocierają się o banał i przesadną ckliwość, a brzmienie w wielu momentach jest aż nadto przesłodzone, z kolei dźwięki syntezatorów często źle się zestarzały. Do tego czasem dochodzi jeszcze sporo patosu, który w połączeniu z ogólną prostotą kieruję te muzykę w stronę kiczu, czego przykładem chociażby tytułowa "The Snow Goose", "Flight of the Snow Goose", a zwłaszcza silnie zorkiestrowana "La princesse perdue", która w najgorszy możliwy sposób skupia wszystkie wymienione wyżej problemy całego albumu. Trudno mi zatem uznać tę płytę za jakieś wybitne dzieło rocka progresywnego. Sam Camel ma w swoim dorobku bardziej udane wydawnictwa, na których środki wyrazu są zestawione ze sobą w bardziej adekwatny sposób. Tutaj ambicje nieco przerosły muzyków.

Ocena: 6/10

Zaktualizowano: 6.2025



Camel - "Music Inspired by the Snow Goose" (1975)

1. The Great Marsh; 2. Rhayader; 3. Rhayader Goes to Town; 4. Sanctuary; 5. Fritha; 6. The Snow Goose; 7. Friendship; 8. Migration; 9. Rhayader Alone; 10. Flight of the Snow Goose; 11. Preparation; 12. Dunkirk; 13. Epitaph; 14. Fritha Alone; 15. La Princesse Perdue; 16. The Great Marsh

Skład: Andrew Latimer - gitara, flet, wokal; Peter Bardens - instr. klawiszowe; Doug Ferguson - gitara basowa, efekty (13); Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Bedford - aranżacja orkiestry
Producent: David Hitchcock


Komentarze

  1. Fajnie, że jeszcze zdarzają się takie 6-tkowe oceny. O co mi chodzi - albumy typu "nie do końca godne polecenia, ale z udanymi momentami" i wskazanie tych bardziej udanych fragmentów na które warto zwracać uwagę. Dlatego nieraz pytam w komentarzach czy jakiś utwór wybijał się na takim (bądź 5-tkowym) albumie, o którym nie ma jeszcze recenzji :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jest to moja ulubiona płyta Camel, ale oczywiście słucham jej z dużą przyjemnością. Powszechnie ten album jest uważany za najlepszy w karierze grupy z czym absolutnie się nie zgodzę. Ale też nie zgadzam się z dość surową oceną Pawła. Aż tak źle to nie jest. Owszem, brzmienie jest bardzo delikatne ale Latimer chciał pewnie stworzyć taki baśniowy klimat co w sumie nawet mu sie udało. Jakby poprawić produkcję to wyszło by znacznie lepiej. Moja ocena to 7.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba jednak "Mirage" jest najbardziej doceniany. I słusznie.

      Usuń
    2. Szperając po internecie to jednak nieznacznie ale więcej głosów widać że to nie Mirage ale Snow Goose to najlepsza płyta Camel.

      Usuń
    3. Nie wiem, gdzie szperałeś, ale np. na RYM "Mirage" ma nieznacznie wyższą średnią przy zdecydowanie większej ilości głosów (6,8 tys. do 4,2 tys.), a na Last.fm też Mirage ma więcej słuchaczy (120 tys. do 75 tys.), zaś w rankingu utworów te z tego albumu wyraźnie dominują nad kawałkami ze wszystkich pozostałych wydawnictw (top 5 to po prostu cały "Mirage", ponadto na 7. miejscu jest ponownie "Nimrodel" z inną pisownią). Więc nawet jeśli wśród fanów "The Snow Goose" ma więcej zwolenników, to i tak "Mirage" zna więcej osób.

      Usuń
    4. Wiesz U2 też zna więcej osób niż King Crimsona co nie znaczy że U2 jest lepsze. Liczy się opinia osób które znają oba albumy a nie tylko jeden z nich bo nie wiesz jaką ocenę miałby Snow Goose jakby usłyszały go te osoby które go nie słyszały a słyszały tylko Mirage. Więc dla mnie liczy się bardziej opinia fanów niż przypadkowych słuchaczy.

      Usuń
    5. Przykładem jest np.Nick Cave. Najwięcej osób zna Murder Ballads bo zna tylko Murder Ballads i nie słyszała nic innego (przez znany popowy singiel z Kylie Minogue). A to nie znaczy że jest to najlepsza płyta a absurd jest taki że wśród osób które słyszały wszystko jest to najgorsza płyta Nicka Cave'a (najlepsza to Let Love In). Więc jakby patrzeć na ilość znających płytę osób wychodzi że najgorsza płyta jest najlepsza ??? Trzeba znać kilka płyt wykonawcy i mieć porównanie aby postawić ranking która jest najlepsza a nie znać jedną i twierdzić że jest najlepsza.

      Usuń
    6. Ale fakt, że najwięcej ocen na RYMie i słuchających na Last.fm z albumów Camel ma "Mirage" daje do myślenia. Dlaczego właśnie ten album jest najpopularniejszy? Świadczy to o tym, że właśnie on jest najczęściej rekomendowany.

      Usuń
  3. A możliwe. Chociaż Snow Goose zawsze wymieniane jest w czołówce tych najlepszych.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przesłuchałem dziś uważnie Snow Goose i jakoś kiczu tam nie słyszę. To już kicz właśnie słyszę w Mirage bo dużo tam ckliwych momentów gitarowych a zwłaszcza wokalnych.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeśli patrzeć na ten album pod kątem prawdziwej progresywnosci,nietypowych brzmień to rzeczywiście trudno klasyfikowac go do tego nurtu.To nie zmienia faktu że jest to świetna, melodyjna muzyka urzekająca basniowym klimatem.
    Jest to pierwsza płyta Wielbłąda jaką usłyszałem i ma dla mnie także wartość sentymentalną, ale dostrzegam tutaj pewne braki i swoistą naiwność. W każdym razie dla mnie to mocna 7.Również nie słyszę żadnego kiczu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żaden kicz. Amen. To perełka w Camelu, i perełka na skalę światową.

      Usuń
    2. Snow Goose - 9,5/10
      Kicz? Nie no, pierwsza suita od początku do końca to 9 minut, 6 utworów, kilka razy więcej motywów, no i tam to się dzieje, oj, dzieje! I to niby kicz!? Kompozycyjnie - bomba! Np. idą tam bardzo skomplikowane, wymagające progresje (np. z G-dur do Cis-dur!? - trzy duże tony!), słyszane raczej w jazz-rocku niż "pop’ie". Jaki to pop zatem!? Sorry, ale to recenzja nietrafiona - ale wiadomo, każdy odbiera subiektywnie, jednak kicz to trzeba uzasadnić porządniej, tu natomiast zespół jak i orkiestra nie wchodząc sobie w drogę uzupełniają się pięknie, zaś poszczególne kawałki lśnią same za siebie, a co dopiero zestawione razem.
      Że motyw baśni był zbyt ambitny? A kicham na to, co ich zainspirowało i co miało wyjść, a co wyszło. Wyszło ar-cy-dzie-ło. Weźmy choćby strukturalnie: poszczególne utwory (szczególnie na stronie A) uzupełniają się lepiej niż strona B "Abbey Road". Czy czuć tam, w którym miejscu jest przejście? One są (muzycznie) logicznie spójne do bólu.
      Osobiście ciężko mi powiedzieć, która płyta Camela jest "najlepsza", bo wiele jest wybitnych, ale żeby na sekwencji utworów 4-6 na Snow Goose nie mieć serca podchodzącego pod gardło, to trzeba być albo twardzielem, albo przygłuchym.
      I generalnie nie trzymałbym się kurczowo pojęć typu "gatunek muzyki" taki a taki, i z niemożliwości przypisania kogoś do jednej wyciągać konsekwencje czy - co gorsza - robić zarzuty. Bo czy Camel, jeśli to prog-rock, to za bardzo popuje? Albo może to pop, ale prog'ujący? Kategorie zajmują głowę tym, co zamiast słuchać, patrzą w słupki kategorii i jak na iTunes opiszą im coś daną kategorią, to się skichają, ale nie nabędą niczego spoza swojej ulubionej "kategorii". A w/g mnie Camel wyłamuje się spod jednego nazywalnego gatunku i nie można ich dać do jednej jedynej szufladki jak np. AC/DC do szufladki hard-rocka, bo to będzie spłycenie osiągnięć Latimera/Bardensa karalne muzyczną gilotyną.
      Tak więc: Snow goose - 9,5/10.
      Howgh!

      Usuń
  6. Absolutnie piękny album ,subtelny baśniowy piękna gitara mistrza ,nie słyszę tu zadnego kiczu .

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.