[Recenzja] Camel - "Camel" (1973)



To mógł być pierwszy zespół neo-progresywny. Camel na scenie progowej pojawił się stosunkowo późno. W 1973 roku, gdy ukazał się eponimiczny debiut Wielbłąda, wszyscy główni przedstawiciele stylu - czyli ELP, Genesis, Gentle Giant, Jethro Tull, King Crimson, Pink Floyd, Van der Graaf Generator oraz Yes - mieli już za sobą dobre parę lat działalności i najpóźniej właśnie w tym roku wydali swoje najbardziej dojrzałe dzieło, na którym w pełni dopracowali własny styl. W przeciwieństwie do tamtych zespołów, Camel nigdy nie poszerzał granic rocka. Był to zespół progresywny wyłącznie w sensie stylistycznym, budujący swoją muzykę jedynie z elementów już w prog-rocku stosowanych. To taka mieszanka wczesnych Floydów, Wishbone Ash, grupy Santana czy zespołów ze sceny Canterbury, z Caravan na czele.

Jeśli jednak faktycznie uznać Camel za neo-proga, to jest to niewątpliwie najlepszy znany mi neo-prog. Szczególnie na pierwszych czterech płytach, w tym także na pozostającym nieco w cieniu "Mirage", "The Snow Goose" i "Moonmadness" eponimicznym debiucie. Brzmienie, jak przystało na 1973 rok, wciąż jest bardzo klasycznie i różnorodne - bez tandetnych syntezatorów, które u grup pokroju Marillion zastąpiły wszystkie inne klawisze - a utwory są raczej zwięzłe i udaje się w nich uniknąć patosu. Można by pewnie postawić zarzut, że to stosunkowo prosta, jak na standardy proga, muzyka. Instrumentaliści nie byli jakimiś wielkimi wirtuozami, jednak grają bardzo solidnie. Szczególnie dobrze wypadają partie klawiszowca, Petera Bardensa, zresztą najbardziej doświadczonego muzyka Camel - przewinął się przez Them i prowadził własny Shotgun Express, w którym karierę zaczynali Rod Stewart, Peter Green oraz Mick Fleetwood. Składu dopełnili początkujący muzycy: gitarzysta Andrew Latimer, basista Doug Ferguson i bębniarz Andy Ward.

Debiut Camel to zbiór ładnych, melodyjnych piosenek, w których muzycy starają się jakoś urozmaicić popowy schemat, choć szczególnie daleko od niego nie odchodzą. Brzmienie płyty jest raczej łagodne, pastelowe, choć nie brakuje nieco ostrzejszych partii elektrycznych organów - instrumentu, który póżniej Bardens w zasadzie porzucił - czy gitary. Latimerowi zdarza się tu nawet grać niemalże hardrockowe riffy i solówki, jak w "Separation", akurat najmniej tu ciekawym, bo najbardziej schematycznym. Jeśli chodzi o takie żywsze piosenki, to nieco więcej dzieje się w najmocniej santanowym "Slow Yourself Down", czy "Never Let Me Go", gdzie brzmienie poszerzono o flet, a zwłaszcza w "Curiosity" - najbardziej złożonym rytmicznie, pełnym ciekawych tekstur, nawet lekko jazzującym w partiach gitarowych i klawiszowych.

Szkoda tylko, że nawet w najbardziej energetycznych i zadziornych fragmentach powyższych kawałków partie wokalne są zawsze tak samo melancholijne, łagodne czy wręcz nieśmiałe. Śpiewem w poszczególnych utworach podzielili się Latimer, Bardens oraz basista Doug Ferguson, jednak wszyscy śpiewają w tak samo niepewny, beznamiętny sposób. Ewidentnie zabrakło w Camel wyrazistego, charyzmatycznego wokalisty - kogoś w rodzaju Petera Gabriela, Petera Hammilla, Grega Lake'a, Johna Wettona, Iana lub Jona Andersona czy nawet Rogera Watersa. Przynajmniej w trzech pozostałych nagraniach brak ten nie jest odczuwalny, tyle że "Mystic Queen" to ballada - nieco naiwna, ale bardzo urocza - w której akurat taki stonowany śpiew się sprawdza, a "Six Ate" i "Arubaluba" to w pełni instrumentalne utwory, o nieco jakby jamowym charakterze.

Pierwszy Camel to bardzo sympatyczna płyta, z wieloma naprawdę fajnymi melodiami i bardzo przyjemnym brzmieniem klasycznego rocka, raczej lekka i stosunkowo prosta, ale niepopadająca w banał. Z drugiej strony, nie najlepiej wypada tu warstwa wokalna, a całość wydaje się o dobre kilka lat spóźniona. Może w tych kwestiach należy upatrywać przyczyn braku sukcesu - album nie został odnotowany na żadnej liście sprzedaży, a rozczarowana tym wytwórnia MCA nie przedłużyła grupie kontraktu.

Ocena: 7/10

Zaktualizowano: 07.2024



Camel - "Camel" (1973)

1. Slow Yourself Down; 2. Mystic Queen; 3. Six Ate; 4. Separation; 5. Never Let Go; 6. Curiosity; 7. Arubaluba

Skład: Andrew Latimer - gitara, wokal (1,4), flet (5); Peter Bardens - instr. klawiszowe, wokal (5); Doug Ferguson - gitara basowa, wokal (2,6); Andy Ward - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Dave Williams


Komentarze

  1. Camela bardzo kiedyś lubiłem, ale przestałem z powodów osobistych. Pierwsza płyta jest świetna - pomimo swoich niedoskonałości. O wiele lepiej mi zawsze "wchodziła", niż "Mirage" czy "Snow Goose" (ta druga zresztą, uważam, jest mocno przereklamowana). Nie zgadzam się jednak, że, poza pierwszą czwórką albumów, Camel wypuszczał popelinę. Oczywiście, "Breathless" czy "Single Factor" to tragedia, ale już w latach '90 pojawił się "Dust And Dreams", którego zawsze będę bronił rękami i nogami. Choć już nigdy do niego nie wrócę... ale to już inna historia.
    I właściwie bardzo wątpię, czy Camel kiedykolwiek był "prograsywny". No bo niby w czym?
    Pozdrawiam. Czytam regularnie;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Camel należy do moich ulubionych grup. W sumie mało obchodzi mnie to czy ich muzyka zaliczana jest do nurtu rocka progresywnego, neoprogresywnego czy też jakiegoś innego. Jest to piękna muzyka, która potrafi oczarować i wzruszyć a która mi się bardzo podoba. Nie zgadzam się natomiast z tym że jest to ambitniejszy pop. Wystarczy posłuchać albumów koncertowych Camela aby przekonać się jak błędne jest to stwierdzenie. Pierwsza płyta grupy należy do moich ulubionych i cenie ją wyżej od również wspaniałych Mirage, Moonmadness czy słynnej Snow Goose. Choć bardzo lubię te płyty najpiękniejszymi albumami dla mnie są Dust and Dreams, Harbour of Tears i Rajaz. Uważam że to największe dzieła prog rocka tamtych lat. Muzyka zawarta na tych albumach hipnotyzuje swoim pięknem. Partie gitary Andy Latimera są tam szczególnie urocze i wzruszające. Solówka gitary z utworu Lawrence z płyty Rajaz należy to najpiękniejszych jakie słyszałem. Kto tego nie zna , niech żałuje. Andy Latimer należy do moich ulubionych gitarzystów. Wiem, że nie jest żadnym wirtuozem i wybitnym technikiem, ale uczucie jakie towarzyszy jego grze jest mi szczególnie bliskie. Czekam na kolejne recenzje Camela. Mam nadzieję, że Paweł nie zakończy opisów na płytach z lat 70, bo przecież lata 80 to chociażby rewelacyjne Nude czy Stationary Traveller (utwór tytułowy to cudo!!!) a lata 90 to wspomniane przeze mnie albumy. Tyle o Camel. Nie mogę zgodzić się z Pawłem w kwestii Marillion. Jeśli Paweł uważa że ta muzyka jest bezwartościowa to wydaje mi się że opinia ta wynika z jego nieznajomości tematu, bo nie wierzę w to że osoba słuchająca wszystkich wielkich prog rocka nie docenia wcielenia Marillion z Fishem. Czy naprawdę uważasz że np. Fugazi, Jigsaw czy Script for A Jester's Tear to bezwartościowe utwory? Czy koncept album Misplaced Childhood i pierwsze trzy płyty są bezwartościowe? Jeśli się bierze pod uwagę jedynie Kayleigh to pewnie tak. Czy Sugar Mice nie jest pięknym i wartościowym utworem? Albo The Space z płyty Seasons End (to już era Hogartha). Czy wreszcie trwający prawie 20 min. Grendel, który grany był jedynie na koncertach i nie znalazł się na żadnej studyjnej płycie jest bezwartościowy??? To jeden z tych długich kawałków prog rockowych , w których ani sekunda nie nudzi a kulminacja następuje w niesamowitej hard rockowej solówce gitarowej. Jeśli ktoś uważa że to bezwartościowa muzyka to ja mu serdecznie współczuję. Wymieniłem jedynie te najbardziej „bezwartościowe” płyty i utwory ery Fisha a przecież jest jeszcze etap z Hogarthem. Tutaj jest chociażby cała płyta Brave, ale znalazłoby się tego dużo więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marillion to nudziarze bezmyślnie kopiujący Genesis. Nie ma w tej muzyce niczego progresywnego. Jedynie powielanie pomysłów wspomnianej grupy, w bardziej kiczowatej i bardziej pretensjonalnej formie. Ich rzekoma wielkość to wymysł dziennikarzy Trójki i Teraz Rocka. To oni nakręcają popularność tej grupy, wmawiając ludziom, że to nie wiadomo jak wartościowa muzyka. Chyba tylko w Polsce traktuje się ich jako klasyków proga.

      "Harbour of Tears" Camela nie jest piękny, a kiczowaty. Okropnie ckliwa muzyka, mająca wywoływać u słuchacza wzruszenie, ale u mnie wywołuje tylko niesmak.

      Usuń
    2. Marillion poznałem jak byłem mały i powiem Wam, że całkiem mi się podobali. Kasetę z "Fugazi" mam do dzisiaj i nawet czasami zdarza mi się jej posłuchać. Niemniej o tym, że to niby jest rock progresywny dowiedziałem się dopiero po wielu latach z ProgArchives ;) Serio w życiu bym nie wymyślił, że to jest prog. Co w takim razie nim nie jest? Przecież cokolwiek z nowej fali się weźmie brzmi równie "progowo". Nie no, ten cały hajp na Marillion jest absurdalny i, jak pisze Paweł, wynika w znacznej mierze z działań Trójki i Teraz Rocka, czyli - nie oszukujmy się - mediów niezbyt poważnych...

      Usuń
    3. To czy Marillion należy do nurtu progresywnego rocka czy neoprogresywnego w sumie ma dla mnie drugorzędne znaczenie. To tak samo jak prowadzić dyskusję do jakiego stylu zaliczyć Queen. Niestety cały świat przyjął, że Marillion to rock neoprogresywny i może się to niektórym nie podobać ale tak już jest. Ja akurat nie inspirowałem się Trójka czy też Teraz Rockiem (chociaż kiedyś czytałem)sięgając po Marillion. Czy są nudziarzami? Na pewno nie w składzie z Fishem. Uważam, że jest tam mnóstwo energii i zaskakujących momentów. Natomiast faktem jest że era z Hogarthem momentami może być nudna. Co do Harbour of Tears to absolutnie nie zgadzam się z Pawłem. Ckliwy to jest np. wokal Jona Andersona z Yes, przez co nie da się go słuchać. Albo ckliwy jest kawałek All My Love Led Zeppelin, który notabene nawet lubię. Natomiast we mnie niesmak wywołuje np. rozciąganie w nieskończoność i bezsensowne komplikowanie utworów tylko po to by zachować progresywność. Było to oczywiście domeną wielu prog rockowych grup w latach 70.

      Usuń
    4. "Rozciąganie w nieskończoność i bezsensowne komplikowanie utworów" to domena grup neo-progresywnych i prog-metalowych. W latach 70. nikt niczego takiego nie robił. Te rozbudowane suity zawsze były dokładnie przemyślane i spójne, nawet jeśli niektórzy przesadzali z patosem i długością solówek (Yes, ELP). Dopiero u naśladowców można zaobserwować rozciąganie w nieskończoność utworów w których pomysłów jest na trzyminutową piosenkę (np. Marillion, albo uwielbiany przez redaktorów Trójki "Again" Archive), oraz przesadne komplikowanie i chaotyczne łączenie zbyt wielu - i zazwyczaj nieciekawych - pomysłów (np. Dream Theater).

      Znam trzy pierwsze albumy Marillion (z Fishem, żeby nie było wątpliwości), czyli trzy najbardziej cenione. I uważam, że tam w ogóle nie ma energii, ani żadnego zaskakującego momentu. Nudne smęcenie z kiczowatymi syntezatorami dominującymi w akompaniamencie. Jedynie wokal jest w miarę znośny. Późniejsze albumy nawet przez fanów są uważane za gorsze, więc wolę ich nie znać.

      Usuń
    5. Jeśli chodzi o Dream Theater to pełna zgoda. Natomiast to właśnie w latach 70 powstawały płyty, gdzie całą stronę albumu zajmował jeden utwór rozciągnięty do granic możliwości i niepotrzebnie skomplikowany, w którym przez tą całą progresywność melodia zostaje całkowicie zatracona.

      Usuń
    6. A jakieś konkretne przykłady? Bo mi żaden taki utwór nie przychodzi do głowy, a znam całe dyskografie najważniejszych grup progrockowych (nie słyszałem tylko późniejszych albumów Camel i VDGG).

      Usuń
    7. Yes, ELP czy Mike Olfield

      Usuń
    8. W suitach Yes i ELP jest mnóstwo fajnych melodii, tylko na każdą z nich przypada masturbacyjna solówka Rocka Wakemana lub Keitha Emersona, którzy lubowali się w takich pretensjonalnych i kiczowatych popisach. Oba te zespoły, podobnie jak i Oldfield, mają jednak także sporo krótszych i bardzo dobrych melodycznie utworów, w których nie ma żadnych dłużyzn.

      Z drugiej strony jest taki zespół, jak Gentle Giant, który nigdy nie nagrał kompozycji dłuższej niż 9 minut. A w każdym ich utworze (z pierwszych siedmiu, ośmiu albumów) jest więcej pomysłów, niż w całych dyskografiach neo-progowców. W dodatku właściwie wszystkie utwory GG zachwycają rewelacyjnymi, niebanalnymi melodiami.

      A pomiędzy GG a Yes i ELP jest masa innych zespołów, z których każdy grał zupełnie inaczej, a jedyne co je wszystkie łączyło, to innowacyjne podejście. Dlatego kompletnie nie ma sensu jakiekolwiek uogólnianie w przypadku rocka progresywnego.

      Usuń
    9. (Ricka Wakemana, oczywiście)

      Usuń
  3. Panowie, Marillion w latach 80 i tak był odważną propozycją. Co, oczywiście, nie zmienia faktu, że nie wygenerował niczego wybitnego. Otworzył za to drogę różnym epigonom progrocka. Była to droga donikąd. Pamiętam, jak wkurzały mnie postaci typu Fish i Clive Nolan, wynoszone na piedestały przez weissów i beksińskich... I, Boziu, jak ja nienawidziłem Collage i Ayreon!)
    Piękne, mimo wszystko wspomnienia.
    Byłem na pierwszym koncercie Camela w Polsce, daaawno temu. Usnąłem, kiedy grali "Ice". Ale wykonanie " Never Let Go" z tamtego wieczora pamiętam do dziś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy odważną, to bym polemizował ;) Przecież oni w latach 80. grali właściwie to samo co Genesis w tym okresie, ale o ile ci drudzy stawiali na konkretne, krótkie przeboje, tak Marillion przesadnie rozwlekali swoje kawałki, tworząc w ten sposób iluzję, że to jest bardziej ambitna muzyka. A nie jest.

      Usuń
    2. Lata 80' są przez fanów klasycznego rocka straszliwie demonizowane co wynika, przykro to mówić, tylko i wyłącznie z niewiedzy. Wyobrażenie, że w latach 80' albo grano punka na dwóch akordach w garażu, albo syntezatorowy pop nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To była znakomita dekada, pełna porywającej, całkiem oryginalnej, niezwykle różnorodnej muzyki - rockowej, jazzowej, elektronicznej i w ogóle jakiej kto zapragnie -, tyle tylko, że do niej trzeba dotrzeć bo nie została wyłożona na talerzu jak klasyczne King Crimson czy Led Zeppelin. Jeżeli ktoś uważa Marillion z Fishem za "odważną propozycję" polecam posłuchać sobie którejkolwiek z następujących płyt [wybrałem tylko 1983, czyli rok debiutu Marillionu]:

      Cocteau Twins - Head Over Heels (1983)
      Codona - Codona 3 (1983)
      Anthony Davis - Variations in Dream-Time (1983)
      Danielle Dax - Pop-Eyes (1983)
      Brian Eno - Apollo: Atmospheres & Soundtracks (1983)
      Eskaton - Fiction (1983)


      Usuń
    3. Jeszcze o tym Marillionie nieszczęsnym... Zawsze dziwiło mnie, że właśnie ta grupa odniosła pewien sukces. Jeśli brać od uwagę neoprogrockowców początku lat 80, to na pewno były zespoły o niebo lepsze - Pallas czy (o wiele bardziej oryginalny) Twelfth Night. Ale nie - Marillion zamącił najmocniej. Co ciekawe, Steve Rothery nigdy nie ukrywał swojego podziwu dla Latimera. Nick Barrett z nieszczęsnego Pendragona także. Nie zdziwiłbym się, gdyby miłośnikiem Latimera był również gitarzysta ohydnej grupy IQ. No cóż, inspiracja zacna, wykonanie nie bardzo.

      Usuń
  4. Chciałbym zobaczyć tą burzę w komentarzach gdyby kiedykolwiek się tu pojawiła recenzja Marillion (raczej tak nie będzie), haha :D

    No a Camel klasa, "The Snow Goose" to moja ulubiona prog rockowa płyta - z gatunku, z którym zawsze miałem problemy. :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kusisz, ale na razie mam dość negatywnych recenzji. Najgorsze w ich pisaniu jest to, że trzeba sobie przypomnieć taki album.

      Usuń
    2. Za to jest wtedy większa różnorodność ocen :)

      Usuń
  5. Z tego, co zauważyłem, to bardzo cenione są też późne płyty Camel, może za dojrzałość, refleksyjny nastrój, tak jak stare, dobre wino. Koncept –album poświęcony zmarłemu ojcu, czyli Harbour of Tears czy wypełnione długimi utworami orientalne Rajaz i bardzo dojrzałe (a jednocześnie z puszczeniem tytułowego oka) A Nod and a Wink.

    Stationary Traveller to znowu osobna bajka i jeden bardzo nielicznych przypadków, gdzie grupa z lat 70. wyszła artystycznie obronną ręką w latach 80., i przy okazji nagrała kilka klasyków na czele z utworem tytułowym z rewelacyjną solówką Latimera.

    OdpowiedzUsuń
  6. Camel w moim odczuciu wykonuje taką malarską odmianę proga. To znaczy wykorzystując dostępna paletę barw maluje dźwiękami. Wiem,nie ja to wymyśliłem, ale czytałem wiele tego typu opinii.Camel może nie jest szczególnie nowatorski,w sensie takim jak inni progresywni wykonawcy,nie wykorzystuje jakichś nietypowych rozwiązań.Ale...
    Właśnie, jest pewne ale,powód dla którego należy mu się miejsce wśród tych zespołów. Bo Camel bazując na brzmieniu gitary Latimera opowiada historie. Jak napisałem wcześniej maluje muzyką. Tworzy pejzaże. Jego twórczość zaś w dużej mierze to koncept-albumy.Spina je jakiś wspólny temat,wspólna myśl muzyczna, która powoduje że odbierać należy je jako całości. Oczywiście nie wszystkie,ale sporą część. Bo na przykład opisywany tu debiut jeszcze się do tej kategorii nie zalicza.Za umieszczeniem go w poczet progresywnych przemawia też fakt że posiada on utwory,które w jakiś sposób są rozbudowane i uciekają przed określeniem zwykłej piosenki.Chociaż zaznaczam pisać dobre,krótkie utwory,o strukturze piosenkowej też trzeba umieć. A nadać im własne, charakterystyczne brzmienie to jeszcze większa sztuka.I dlatego nie mam problemu z tym by na przykład album Stationary Traveller do tejże sztuki zaliczyć. Bo jeśli większość albumów neoprogresywnych bazuje na przesadnym patosie i zwykłej, cukierkowatej ckliwosci tak Camel gra po prostu pięknie. I jest to piękno w najszlachetniejszej,najczystszej postaci.A że ci którzy kopiuja Camel nie zrozumieli o co tak naprawdę chodzi w tej muzyce to już inna kwestia.Bo zespół ten jest jak wino.Im starszy tym lepszy.Co szczególnie słychać na albumie Rajaz.Pewne dźwięki, pewne pomysły starzeją się i zostają w epoce w której zakielkowaly,ale prawdziwe piękno jest ponadczasowe.
    Może to jest właśnie tajemnica Camela.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)