[Recenzja] Van der Graaf Generator - "H to He, Who Am the Only One" (1970)

Niedługo po wydaniu "The Least We Can Do Is Wave to Each Other" muzycy Van der Graaf Generator ponownie weszli do studia, by zarejestrować materiał na kolejny album. Sesja nagraniowa trwała od czerwca do listopada 1970 roku, z dłuższą przerwą na letnie koncerty. Kwintet wziął wówczas udział w kilku europejskich festiwalach, dzieląc scenę m.in. z Pink Floyd, Black Sabbath, Deep Purple czy Fairport Convention. Do studia muzycy wrócili natomiast już jako kwartet, gdyż niespodziewaną decyzję o odejściu podjął Nic Potter. Na jego miejsce miał wejść Dave Anderson, były muzyk Amon Düül II i Hawkwind, ale podczas wspólnej próby nie udało mu się zgrać z zespołem. Ostatecznie brakujące partie gitary basowej wykonał Hugh Banton. Od tamtej pory odpowiadał on także za linie basu na koncertach, które wykonywał za pomocą klawiszy.
"H to He, Who Am the Only One", inaczej niż jego poprzednik, kompletnie przepadł w notowaniach. Być może potencjalnych nabywców odstraszył dziwaczny tytuł ("H to He" odnosi się do reakcji egzotermicznej zachodzącej w Słońcu i innych gwiazdach) oraz jeszcze bardziej porąbana okładka autorstwa Paula Whiteheada, który właśnie rozpoczął stałą współpracę z Charisma Records. Niezależnie od tego, jest to album jeszcze bardziej dojrzały i dopracowany od poprzedniego. Postęp słychać zwłaszcza w coraz lepszych kompozycjach. Świetnie na otwarcie sprawdza się przebojowy "Killer", oparty na bardzo nośnym klawiszowym motywie. Nie jest to jednak zwyczajna piosenka - utwór trwa osiem minut, a melodyjne fragmenty zostają w nim skontrastowane m.in. z ostrymi, niemal freejazzowymi wejściami saksofonu Davida Jacksona. "House with No Door" to dla odmiany delikatna ballada, oparta głównie na akompaniamencie pianina, z solówką na flecie. Całkiem zgrabne to nagranie, ale trochę zbyt mało się tu dzieje, jak na długość prawie siedmiu minut.
Subtelny nastrój podtrzymuje z początku "The Emperor in His War Room", oparty na delikatnych partiach fletu, organów i gitary akustycznej oraz bardzo ładnej melodii. Następują tu jednak odpowiednio podbudowane wzrosty dynamiki, z nadającą odpowiedniej energii sekcją rytmiczną oraz zadziorniejszym riffem organów, później przejętym przez saksofon. Punktem kulminacyjnym jest natomiast rockowe przyśpieszenie, z gościnnym udziałem Roberta Frippa z King Crimson, grającego tu natychmiast rozpoznawalną solówkę gitarową. Nie można nie wspomnieć o świetnej interpretacji wokalnej Petera Hammilla, nieco teatralnej w typowy dla niego sposób, jednaj bez popadania w przesadę kosztem atrakcyjnej melodii. To jeden z moich ulubionych utworów w dorobku. Van der Graaf Generator, a zarazem początek najlepszej części albumu.
Grupa w pełni pokazuje na co ją stać także w dwóch najdłuższych i najbardziej złożonych utworach, wypełniających drugą stronę winyla: jedenastominutowym "Lost" oraz trzynastominutowym "Pioneers Over c". Ten poerwszy to przede wszystkim interesująco przeplatające się partie instrumentów klawiszowych Bantona i saksofonów Davida Jacksona, a także kolejna bardzo charakterystyczna, tym razem mocno już udramatyzowana partia wokalna Hammilla. Natomiast finałowe nagranie świetnie łączący dynamiczne, rockowe momenty, z folkowo-jazzującymi zwolnieniami. W przeciwieństwie do innych utworów na płycie, które rejestrowano wręcz na żywo z późniejszymi dogrywkami, tutaj konieczne było nagrywanie poszczególnych sekcji osobno i dopiero potem sklejono je w całość. Ze względu na problematyczną strukturę, zespół nie grał tego utworu na żywo, z wyjątkiem trasy z lat 1977-78, podczas której prezentowano go w mocno przearanżowanej wersji.
"H to He, Who Am the Only One" wprawdzie nie jest idealny - głównie przez przydługawy "House with No Door" - ale to i tak pierwszy naprawdę wielki album w dyskografii Van der Graaf Generator. Nawet gdyby grupa już nic więcej nie nagrała, miałaby zapewnione miejsce wśród najciekawszych przedstawicieli progresywnego rocka.
Ocena: 9/10
Zaktualizowano: 05.2024
Van der Graaf Generator - "H to He, Who Am the Only One" (1970)
1. Killer; 2. House with No Door; 3. The Emperor in His War Room; 4. Lost; 5. Pioneers Over c
Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino (2); Hugh Banton - instr. klawiszowe, gitara basowa (2,5), dodatkowy wokal; David Jackson - saksofon altowy, saksofon barytonowy, saksofon tenorowy, flet, dodatkowy wokal; Nic Potter - gitara basowa (1,3,4); Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Robert Fripp - gitara (3)
Producent: John Anthony
Zaktualizowano: 05.2024
Van der Graaf Generator - "H to He, Who Am the Only One" (1970)
1. Killer; 2. House with No Door; 3. The Emperor in His War Room; 4. Lost; 5. Pioneers Over c
Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino (2); Hugh Banton - instr. klawiszowe, gitara basowa (2,5), dodatkowy wokal; David Jackson - saksofon altowy, saksofon barytonowy, saksofon tenorowy, flet, dodatkowy wokal; Nic Potter - gitara basowa (1,3,4); Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Robert Fripp - gitara (3)
Producent: John Anthony
Co jest? Taki album i nikt nie ma nic do powiedzenia?!
OdpowiedzUsuńZdaje się, autorze, że nazwoływałeś sobie przez lata, na bloga fanów dziesiątej ligi hard rocka i retro heavy metalu z lasu i jak teraz Tobie się zmieniło, a oni zostali, jacy byli, piszesz recenzje naprawdę dobrych płyt (ostatnio sporo ich tutaj!) prawie do nikogo. Bo jakoś nie sądzę, żeby przysłowiowy Kamil Student Budownictwa, bujający się do Metalliki i Guns'n'Roses zaczął nagle słuchać Van Der Graaf Generator, albo jazzu...
Ja wpadam tutaj dosyć często i czytam większość recenzji. Jeśli natomiast chodzi o mój gust muzyczny lubię zarówno bardzo ambitną muzykę, ale również słucham mało ambitnej muzyki (np punk rock albo nu metal, które nie są w ogóle ambitnymi gatunkami). Ja wyznaje taką zasadę, że mało ambitne rzeczy też potrafią cieszyć.
UsuńNo to napisz swój komentarz do tej płyty a nie komentuj tego co może słuchać przysłowiowy Kamil Student Budownictwa. Strasznie wkurza mnie jak ktoś kto słucha ambitniejszej odmiany rocka uważa się za kogoś lepszego od tego kto buja się do Metalliki czy Gunsów. Muzyka ma wzbudzać emocje, i czy jest to Guns`n` Roses czy Gentle Giants to nie powinno się tego segregować na lepszych i gorszych fanów rocka. Ja też lubię czasem posłuchać Gunsów i innych lekkich kapel co nie przeszkadza mi po sięgnięcie do prog rocka czy jazz rocka. I tutaj nie zgodzę się z kolegą bo ten blog znacznie przyczynił się do tego że ludzie otworzyli się na inne rockowe style.
UsuńCóż można dodać do tak dobrej i konkretnej recenzji? ;) Może warto jeszcze wspomnieć, że to koncept album, traktujący o różnych rodzajach samotności.
OdpowiedzUsuńWyśmienita płyta, porównywalna z największymi dziełami Pink Floyd, King Crimson, Gentle Giant, Genesis i Yes.
Ta płyta to mój pierwszy kontakt z muzyką VdGG. Po wielu przesłuchaniach uznaje ze płyta ma ciekawy klimat. Podoba mi się teatralny spiew Hamilla. Okazuje się też że można grać progrocka bez gitar elektrycznych- wyjątkiem jest tu fragment gdzie zagral Fripp, zresztą slabo jak na niego. Proste piosenkowe motywy przeplatają się z ciekawymi improwizacjami, zmiany tempa i nastroju- to lubię w progrocku. Daleko im.do maestrii King Crimson czy Yes ale jest to muzyka ciekawa i godna polecenia.
OdpowiedzUsuńMnie bardzo przekonuje to, co zagrał tutaj Fripp, bo przede wszystkim dobrze wczuł się w klimat utworu - a to lepsze od jakiś wymyślnych popisów - jednocześnie pozostając od razu rozpoznawalnym. Muzycy VdGG to byli bardzo dobrzy instrumentaliści, tylko jest to granie bardziej abstrakcyjne i mniej subtelne niż taki Yes stąd może to wrażenie mniejszej maestri.
UsuńZ całym szacunkiem do Generatora- nie potrafiliby zagrać jak Yes na płycie Close To The Edge ani Crimson na Lark's. U Generatora wybijają się partie saksofonu, reszta gra przeciętnie, również motywy melodyczne zwłaszcza podczas partii wokalnych są dość proste. Jednak całość tworzy bardzo ciekawy klimat. Dlatego wracam do tej płyty.
UsuńPrzede wszystkim błędem jest zakładanie na podstawie tego, jak zespół gra w swojej własnej, odrębnej konwencji, że nie poradziłby sobie w innej konwencji. Co innego, gdyby w tej drugiej też coś próbował nagrać, ale bez tego brak podstaw do takiego twierdzenia. VdGG miał bardzo dobrych instrumentalistów, nie tylko Jacksona, który potrafił grać na dwóch saksofonach jednocześnie. Hugh Banton to klasycznie wykształcony klawiszowiec, który wypracował sobie własny styl gry, oparty raczej na języku charakterystycznym dla muzyki współczesnej niż wcześniejszych epok, ciekawie eksperymentujący z brzmieniem organów. Tym różni się od Ricka Wakemana, który raczej próbował imitować orkiestry lub mniejsze zespoły barokowe, klasycystyczne czy romantyczne; klawiszowiec Yes nie miał tyle wyobraźni co Banton. Guy Evans gra natomiast na płytach VdGG wiele skomplikowanych rytmów. Edward Macan w swojej książce "Progresywny urock" postawił go obok Billa Bruforda i Carla Palmera, twierdząc że to trzej najlepsi perkusiści w progu. Jest jeszcze oczywiście Peter Hammill, absolutnie niepowtarzalny wokalista.
UsuńPorównywanie Van der Graaf Generator z Yes czy King Crimson - a tym bardziej twierdzenie na tej postawie, że muzycy tej pierwszej grupy nie umieliby czegoś zagrać - uważam za bezsensowne, ponieważ zespół chciał co innego osiągnąć, korzystając z innych inspiracji (głównie współczesna muzyka poważna i free jazz, a nie muzyka klasyczna wcześniejszych epok i jazz fusion), odmiennych środków artystycznych, przy pomocy znacznie różniącego się instrumentarium.
Dodać można jeszcze, że każda z tych wyżej wymienionych grup wypracowała swój własny styl i przez to są rozpoznawalni. Kiedy słucha się Diary of an Empty Day, czy też Rondo grupy The Nice, to od razu nasuwa się styl ELP. To właśnie wyróżnia te dawne grupy art rockowe. Rick Wakeman też ma swój styl, który w moim odczuciu jest dość nużący, zwłaszcza jeśli zna się jego solowe albumy np. Journey to the Centre of the Earth.
OdpowiedzUsuńBardzo mu się powtarzają te syntezatorowe solówki. Oczywiście jest to tylko moje odczucie. Podałem tylko te dwa przykłady instrumentalistow bo jest ich naturalnie wiecej, ale nie chcę się rozpisywać.
Każdy z nich czerpał z innych źródeł, ale żaden z nich nie próbował kopiować drugiego.
Najważniejsze jest poznawanie nowych rzeczy. Gdybym chciał pozostać przy swoich grupach to dalej w kółko słuchałbym Yes, ELP, Genesis, Procol Harum i Pink Floyd.
A przecież jest jeszcze tyle do poznania.
Oczywiście, każdy zespół z tzw. wielkiej szóstki oraz te dwa, które są nie mniej wielkie, mają swój własny sposób na granie. Dlatego, co już nie raz pisałem, trzeba znać całą ósemkę, żeby mieć pojęcie o głównym nurcie proga. Cała reszta jest opcjonalna, nie ma tam nic unikalnego. Chodzi, oczywiście o te zespoły:
UsuńEmerson, Lake & Palmer
Genesis
Gentle Giant
Jethro Tull
King Crimson
Pink Floyd
Van der Graaf Generator
Yes
Ale to tylko główny nurt. Poza nim były inne odmiany rocka progresywnego, których przedstawiciele grają jeszcze inaczej, zarówno porównując ich z progowym mainstreamem, jak i między sobą. Mam tu na myśli scenę Canterbury, krautrock, avant-prog czy zeuhl.
Ja tylko dodam, jako człek już dość wiekowy, że twórczości tego zespołu jak i solowym dokonaniom lidera, była poświęcona tzw. Wkładka w czasopiśmie TR w roku 1996. Jeśli oczywiście ten tytuł miał na myśli właściciel strony, pisząc o najpopularniejszym muzycznym czasopiśmie, ignorującym Van der Graafa... :-) Posiadam egzemplarz, jako niepoprawny zbieracz makulatury wszelakiej.
UsuńMówisz o "Tylko Rocku”, a ja o ”Teraz Rocku", który kupowałem przez dobrych parę lat i nie pamiętam materiałów o tym zespole. Ale nawet jeśli traktować je jako jedno pismo, no to od 1996 roku minęło 27 lat, a wkładki nie powtórzono i innych większych tekstów chyba też nie było, więc tak, zespół jest ignorowany przez redakcję.
Usuń