[Recenzja] Willie Dixon - "I Am the Blues" (1970)



Klasycy bluesa #1: Willie Dixon

Blues to korzenie, reszta muzyki to owoce. To słynne powiedzenie Williego Dixona, z którym może trudno zgodzić się bezkrytycznie, jednak sporo w nim racji. W końcu to z bluesa wywodzi się większość współczesnej muzyki, od jazzu, przez rock, funk czy soul, po wszystkie ich pochodne. Czym jednak kierował się Dixon tytułując swój samodzielny debiut słowami "I Am the Blues"? Czy chciał jedynie podkreślić, jak bliska jest mu bluesowa stylistyka, czy może dać do zrozumienia, że bez niego nie byłaby ona taka sama? Jeśli to drugie, to jako autor niezliczonych standardów miał do tego całkowite prawo. To jego kompozycje pracowały na spopularyzowanie bluesa, a do dziś chętnie po nie sięgają nie tylko bluesowi twórcy.

Willie Dixon urodził się w 1915 roku w stanie Mississippi, gdzie od początku musiał mieć do czynienia z bluesem oraz innymi formami afroamerykańskiej muzyki. Już jako nastolatek śpiewał w zespołach gospel. W latach 30., podobnie jak wielu innych Afroamerykanów, opuścił Południe i w poszukiwaniu pracy udał się do błyskawicznie rozwijającego się pod względem przemysłowym Chicago. Początkowo poza pracą zajmował się głównie boksem. W 1937 roku zdobył nawet tytuł mistrza wagi ciężkiej. Jednak cały czas rozwijał swój muzyczny talent - zaczął grać na kontrabasie i komponować własne utwory. W kolejnej dekadzie całkowicie już poświęcił się bluesowi. Był to czas ewolucji tego gatunku. Duże, hałaśliwe miasto nie sprzyjało graniu jego akustycznej odmiany. Muzycy z Chicago postanowili zelektryfikować swoje instrumenty, tworząc nowy styl, nazywany bluesem chicagowskim lub elektrycznym. Dixona, wraz z Muddym Watersem, uważa się za najbardziej wpływowego bluesmana z okresu po II wojnie światowej. 

Największy przełom w karierze muzyka nastąpił w 1951 roku, gdy rozpoczął pracę w słynnej bluesowej wytwórni Chess Records. Jako producent, aranżer, kompozytor oraz muzyk sesyjny był zaangażowany w powstawanie znacznej części wydawanych przez nią płyt. Pod własnym nazwiskiem wydał kilka singli, a wspólnie z Memphis Slimem sygnował trzy płyty długogrające. Jednak dopiero w 1970 roku ukazał się długograj podpisany wyłącznie jego nazwiskiem. Trafił na niego wybór kompozycji Dixona, które oryginalnie wykonywali inni uznani bluesmani, jak Howlin' Wolf ("Back Door Man", "Spoonful", "I Ain't Superstitious", "The Little Red Rooster"), Muddy Waters ("You Shook Me", "I'm Your Hoochie Coochie Man", "The Same Thing"), Otis Rush ("I Can't Quit You, Baby") czy Willie Mabon ("The Seventh Son").

Te dziewięć utworów to absolutna klasyka i to nie nie tylko bluesa. W późniejszych latach chętnie sięgały po nie popularni wykonawcy rockowi, jak chociażby The Allman Brothers Band, Canned Heat, Cream, The Doors, Eric Clapton, Gary Moore, Grateful Dead, Jeff Beck Group, Jimi Hendrix, John Mayall, Led Zeppelin, Paul Butterfield, The Rolling Stones, Ten Years After, The Yardbirds, a nawet Megadeth czy Motörhead. Skoro więc wszyscy wykonywali te kompozycje, czemu nie miałby zaprezentować ich sam twórca? Dixon zaangażował do współpracy takich instrumentalistów, jak pianiści Lafayette Leake i Sunnyland Slim, gitarzysta Johnny Shines, bębniarz Clifton James oraz grający na harmonijce Walter Horton. Rezultat tej sesji pozostaje wierny tradycji chicagowskiego bluesa. Nie ma tu zatem ani rockowego ciężaru, ani rozbudowanych popisów instrumentalnych ale całość została wykonana bardzo energetycznie i z prawdziwie bluesowym luzem, co gwarantuje naprawdę świetny klimat grania w zadymionym klubie w jednej z robotniczych dzielnic Chicago.

"I Am the Blues" może być świetnym wprowadzeniem do chicagowskiego bluesa. To archetyp takiego grania i zdecydowanie jedna z najlepszych płyt w tym gatunku, jakie kiedykolwiek słyszałem. Willie Dixon zebrał tutaj większość swoich najsłynniejszych i najważniejszych kompozycji (do kompletu zabrakło chyba tylko "Evil", "I Just Want to Make Love to You", "I'm Ready", "Insane Asylum" i "You Need Love"), będących absolutną klasyką gatunku. Każdy wielbiciel klasycznego rocka z pewnością dobrze zna ich urockowione przeróbki, warto więc przekonać się, jak brzmią w autentycznym wykonaniu ich twórcy.

Ocena: 9/10



Willie Dixon - "I Am the Blues" (1970)

1. Back Door Man; 2. I Can't Quit You, Baby; 3. The Seventh Son; 4. Spoonful; 5. I Ain't Superstitious; 6. You Shook Me; 7. (I'm Your) Hoochie Coochie Man; 8. The Little Red Rooster; 9. The Same Thing

Skład: Willie Dixon - wokal i gitara basowa; Johnny Shines - gitara; Clifton James - perkusja; Lafayette Leake - pianino; Sunnyland Slim - pianino; Walter Horton - harmonijka
Producent: Abner Spector


Komentarze

  1. Spoonful w tej wersji jest uzależniający

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo przyjemnie się tego słucha. Czy możesz polecić inne albumy tego wykonawcy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Dixonem są dwa problemy. Po pierwsze, tworzył głównie w czasach, gdy wydawało się single, a nie albumy. Po drugie, on był przede wszystkim kompozytorem i sesyjnym basistą, solistą tylko bywał.

      Dlatego, poza powyższym albumem, najlepiej sięgnąć po składankę, a konkretnie po "The Chess Box". Tam są chyba wszystkie jego najważniejsze kompozycje, niektóre w autorskich wersjach, inne nie, ale to są te najbardziej kanoniczne wykonania, na których potem opierali się inni.

      Usuń
    2. Dziękuję za odpowiedź. Kupiłem sobie właśnie płytę winylową "I Am the Blues" - brzmi świetnie. Czy polecisz coś jeszcze z chicagowskiego bluesa? Oczywiście prócz białego, w stylu Paula Butterfielda?

      Usuń
    3. Howlin' Wolf - Moanin' in the Moonlight (1959)
      Junior Wells' Chicago Blues Band - Hoodoo Man Blues (1965)
      Muddy Waters - Fathers and Sons (1969)

      I jeszcze coś pomiędzy tym prawdziwym bluesem chicagowskim, a białym:

      Howlin' Wolf - The Howlin' Wolf Album (1969)
      Howlin' Wolf - The London Howlin' Wolf Sessions (1971)
      Muddy Waters - Electric Mud (1968)

      Usuń
    4. To bardzo dobre pozycje. Gdy usłyszałem powyżej recenzowaną, nie sądziłem że wkrótce pojawi się record, który to przebije. Junior Wells' Chicago Blues Band - Hoodoo Man Blues rozwalił system. Również Howlin' Wolf - The London Howlin' Wolf Sessions jest niesamowity. Muddy Waters - Electric Mud - świetne granie, choć intensywne może za bardzo. Dobrze mi sie tego słuchało gdy poszedłem biegać, ale w domu już mniej. Bas jednak jest tam bardzo okazały. Kolejna pozycja Muddy Waters - Fathers and Sons. Tutaj muszę wrócić i jeszcze raz przesłuchać, bo zapowiadało się nieźle, ale niestety zmuszony byłem przerwać po 3 utworze i tak naprawdę nie wiem co mnie czeka. Howlin' Wolf - Moanin' in the Moonlight - chyba zbyt surowo dla mnie. Zapytam, czy słuchałeś może zapisu z koncertu Muddy Waterasa na Jazz jamboree w 1976? Mnie się bardzo podoba, ale próżno szukać recenzji.

      Usuń
    5. Nie, nie słuchałem. Z koncertówek tego bluesmana sięgnąłem tylko po słynny „Muddy Waters at Newport 1960”, który pewnie wypada znać, ale na mnie zrobił mniejsze wrażenie, niż albumy wyżej wymienione.

      Usuń
    6. Mam ostatnio dużo czasu, by nadrobić wiele muzycznych zaległości i muszę przyznać że blues z Chicago wypełnia mi ten wolny czas w sposób szczególnie przyjemny. Wpadła mi w ręce ostatnio niesamowita kompilacja "Chicago the Blues Today". Artyści nie tylko potwierdzają swą klasę, ale wychodzą nawet poza swe najlepsze studyjne dzieła. Szczególnie fascynuje mnie Junior Wells, ale również Otis Spann. Naprawdę bardzo fajnie wypada jego blues w wykonaniu fortepianowym. Te płyty które mi tu podałeś, oraz recenzowana nabierają dla mnie coraz większego znaczenia. Chyba zacznę odkrywać więcej.

      Usuń
  3. "Nie, nie słuchałem. Z koncertówek tego bluesmana sięgnąłem tylko po słynny „Muddy Waters at Newport 1960”, który pewnie wypada znać, ale na mnie zrobił mniejsze wrażenie, niż albumy wyżej wymienione." Przyznam że tego legendarnego występu jeszcze nie słyszałem, ale posiadam za to "Muddy Waters The Montreux Years" . Bardzo mi się podoba - w najbliższym czasie zestawię więc z „Muddy Waters at Newport 1960”.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)