19 października 2015

[Recenzja] The Who - "Tommy" (1969)



"Tommy" to jedna z pierwszych i najbardziej znanych "oper rockowych" - specyficznego rodzaju albumu koncepcyjnego, na którym wszystkie utwory nie tylko mają wspólną tematykę, ale opowiadają jedną historię. Notabene, "Tommy" był pierwszym wydawnictwem określonym tym mianem. W rzeczywistości był jednak trzecią "operą rockową", po "The Story of Simon Simopath" Nirvany (brytyjskiej grupy wykonującej rock psychodeliczny) z 1967 roku, oraz późniejszej o rok "S.F. Sorrow" The Pretty Things. Pierwszeństwo pierwszeństwem, ale to własnie dzieło The Who było pierwszym w pełni dojrzałym przykładem takiej formy muzycznego wyrazu.

Sama historia nie należy może do najbardziej porywających. Tytułowy Tommy to chłopak, który w dzieciństwie był świadkiem jak jego ojciec, wcześniej uważany za zaginionego podczas wojny, wraca do domu i zabija kochanka swojej żony; w wyniku wstrząsu psychicznego, Tommy traci wzrok, słuch i mowę ("1921"). W zamian jednak rozwinął zmysł dotyku, który z czasem pomógł mu zostać mistrzem flippera ("Pinball Wizard"). Wkrótce stał się idolem ("Sensation"), wręcz kimś w rodzaju przywódcy religijnego ("I'm Free"), jednak szybko został porzucony przez swoich wyznawców ("We're Not Gonna Take It"). To oczywiście znaczne uproszczenie fabuły, rozłożonej na 24 utwory wypełniające to dwupłytowe wydawnictwo. Głównym kompozytorem i autorem tekstów jest Pete Townshend, który już od pewnego czasu próbował tworzyć większe formy muzyczne, jednak nigdy wcześniej nie miały one aż takiego rozmachu (vide "A Quick One, While He's Away", "Rael"). Jedynie cztery utwory zostały napisane przez kogoś innego - dwa przez Johna Entwistle'a ("Cousin Kevin", "Fiddle About"), jeden przez Keitha Moona ("Tommy's Holiday Camp"), a ponadto znalazł się tutaj jeden cover ("The Hawker" Sonny'ego Boya Williamsona II). Warto na chwilę zatrzymać się przy utworach Entwistle'a, ponieważ poruszają one wyjątkowo trudną i odważną tematykę, jak na ówczesną muzykę rozrywkową, a mianowicie maltretowanie i wykorzystywanie seksualne.

Osobiście nigdy nie przywiązywałem większej wagi do tekstów, o wiele bardziej istotna jest dla mnie sama muzyka. A pod tym względem "Tommy" również okazał się przełomowy. Dzięki powtarzalności kilku tematów całość brzmi niezwykle spójnie, jak jeden długi utwór. A jednocześnie nie można zarzucić mu braku zróżnicowania. Są tutaj i fragmenty cichsze, zdominowane przez brzmienia akustyczne (np. "It's a Boy", "Tommy Can You Hear Me?", "Sensation"), i bardziej dynamiczne (np. "1921", "Amazing Journey", "The Hawker"), a zdarza się też, że zespół proponuje coś mniej konwencjonalnego (dwa instrumentalne utwory o psychodelicznym nastroju - "Sparks" oraz ponad dziewięciominutowy "Underture"). Nie ma sensu omawiać dokładniej wszystkich fragmentów po kolei, właśnie ze względu na "całościowy" charakter albumu. Kilka kompozycji zasługuje jednak na szczególne wyróżnienie. Przede wszystkim singlowy przebój "Pinball Wizard", w którym ciekawie połączono brzmienia akustyczne z hardrockowym czadem, a ponadto wyróżniający się bardzo chwytliwą melodią. Pod tym ostatnim względem niewiele ustępują mu hardrockowy "Go to the Mirror!" i lżejszy brzmieniowo, ale równie dynamiczny "I'm Free". Interesującym utworem jest także "We're Not Gonna Take It", sam w sobie tworzący małą suitę. Ta sześciominutowa kompozycja składa się z trzech wyraźnie odrębnych, ale tworzących spójną całość, części. Stanowi też idealne zwieńczenie albumu, jako że powraca w niej kilka przewodnich tematów muzycznych.

Mimo wszystko, ciężko zgodzić mi się z opiniami, że "Tommy" to arcydzieło. Podstawowe pytanie, jakie należałoby zadać, to czy przypadkiem nie mamy tutaj do czynienia ze znacznym przerostem formy nad treścią? Przecież zawartą tutaj fabułę dałoby się zmieścić w jednym utworze - najwyżej wypełniającym jedną stronę płyty winylowej. Rozszerzenie tej historii do 75 minut jest jednak nieco sztuczne i pompatyczne. Album broni się jednak warstwą muzyczną, do której trudno się przyczepić. Może i nie wszystkie utwory prezentują równie wysoki poziom, ale razem tworzą udaną całość.

Ocena: 8/10



The Who - "Tommy" (1969)

LP1: 1. Overture; 2. It's a Boy; 3. 1921; 4. Amazing Journey; 5. Sparks; 6. The Hawker; 7. Christmas; 8. Cousin Kevin; 9. The Acid Queen; 10. Underture
LP2: 1. Do You Think It's Alright?; 2. Fiddle About; 3. Pinball Wizard; 4. There's a Doctor; 5. Go to the Mirror!; 6. Tommy Can You Hear Me?; 7. Smash the Mirror; 8. Sensation; 9. Miracle Cure; 10. Sally Simpson; 11. I'm Free; 12. Welcome; 13. Tommy's Holiday Camp; 14. We're Not Gonna Take It

Skład: Pete Townshend - wokal (LP1: 1-3,7-9, LP2: 1,3-6,8,9,12-14), gitara, instr. klawiszowe; Roger Daltrey - wokal (LP1: 3,4,6,7, LP2: 1,3-7,9-12,14), harmonijka; John Entwistle - bass, wokal (LP1: 8, LP2: 2,4,6,9,12,14), instr. dęte; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Kit Lambert


7 komentarzy:

  1. Tak wysoka ocena dla tak miałkiej muzyki? No ciekawe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej nieaktualna. Na RYM mam 7/10, a może jeszcze spadnie, jak dojdę do poprawek The Who. Tu nawet nie miałkość jest problemem, ale robienie dużej, pseudo-operowej formy, będącej w rzeczywistości zbiorem prostych piosenek rockowych. Strasznie pretensjonalne.

      Usuń
    2. Właśnie, tak myślałem że jest to niepoprawiona recenzja. Ja tam oceniłem na 6/10, i do tego płyta trochę męczy ale myślę że to trafna ocena.

      Usuń
    3. Widzę, że wszystkim Who sprzed Odds & Sods spadły oceny, czyżbyś uważał, że nawet z "Who's Next" się za bardzo rozpędziłeś i wystawiłeś za wysoką ocenę?

      Usuń
    4. Znowu muszę Cię ciągnąć za język

      Z Tommym się zgodzę, bo zawsze nazwanie czegoś albumem koncepcyjnym zostawia furtkę do nagrania dętej płyty i łatwo przesadzić z niewspółmiernym do stylu wykonaniem, ale skąd obniżki wszystkich innych płyt? Przecież nie była to muzyka ani wtórna, ani źle wykonana

      Usuń
    5. Ale jakaś bardzo oryginalna i bardzo dobrze wykonana też nie. Niby zespół jest rozpoznawalny - jak usłyszysz w radiu jakiś nieznany wcześniej kawałek, to raczej będziesz wiedział, że to The Who - ale tak naprawdę gra bardzo archetypowego rocka, nie wyróżniającego się niczym na tle innych wykonawców. Rozpoznawalność zresztą zawdzięcza zresztą głównie wokaliście (wcale nie jakiemuś rewelacyjnymi), bo w samej muzyce nie ma nic unikalnego. Trudno też uznać go za prekursora czegokolwiek. A jeśli już robił coś wpływowego, to był jednym z wielu robiących to w danym okresie i nie robił tego najlepiej. Gitarzysta jest raczej przeciętny. Perkusista bardziej się skupiał na zwracaniu na siebie uwagi, niż na graniu - dobrze, że chociaż udawało mu się trzymać rytm. Basista faktycznie wyróżnia się bardzo na plus, ale gdyby miał grać jakiś bardziej złożony rodzaj muzyki, to już by tak nie błyszczał.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".