[Recenzja] Genesis - "Abacab" (1981)



Coś niedobrego stało się z zespołem, który jeszcze na wydanym w poprzednim roku "Duke" pokazał, że można grać bardziej komercyjnie i zarazem z klasą. "Abacab" utrzymany jest w tej samej stylistyce, pod względem brzmienia też jakoś istotnie nie odstaje od swojego poprzednika. Ale całość nie jest już tak dobrze wyważona między popową przebojowością, a niebanalnym podejściem do kompozycji i wykonania. Tym razem zespół postanowił pograć jeszcze prościej, jeszcze bardziej przebojowo. I pod względem komercyjnym się to opłaciło. W Wielkiej Brytanii album powtórzył sukces swojego poprzednika, dochodząc na szczyt notowania. W Stanach było jeszcze lepiej, bo po raz pierwszy w swojej historii zespół przebił się do pierwszej dziesiątki listy Billboardu - ściślej mówiąc, dochodząc do 7. miejsca. Ale pod względem artystycznym nie jest to udane dzieło.

Zespół, najwyraźniej zachęcony sukcesami singli "Follow You Follow Me" i "Turn It On Again", proponuje coraz więcej banalnych piosenek, czego przykładem singlowe "No Reply at All" (wzbogacony sekcją dętą pożyczoną od Earth, Wind & Fire), "Keep It Dark" i "Man on the Corner". Ten ostatni to nawet przyjemna, choć zbyt prosta i jednostajna ballada, która bardziej by pasowała na solowy album Phila Collinsa. Na singlu wydany został także kawałek tytułowy - melodycznie całkiem udany, ale zepsuty topornymi partiami gitary i kiczowatymi wstawkami syntezatora. Wersja albumowa jest znacznie dłuższa i zawiera rozbudowaną część instrumentalną, w której jednak nie dzieje się nic szczególnie wartego uwagi. Dużo tutaj zupełnie nijakich wypełniaczy w rodzaju rozwleczonego "Me and Sarah Jane",  "Like It or Not" czy "Another Record". A prawdziwym koszmarem jest wygłup o tytule "Who Dunnit?". Na albumie znalazła się tez próba nagrania czegoś bardziej ambitnego. Trwający siedem i pół minuty "Dodo / Lurker" sprawia jednak wrażenie, jakby zespół grał na przemian kilka różnych utworów, co nie wychodzi zbyt przekonująco.

"Abacab" nie ma do zaoferowania nic, poza paroma radiowymi przebojami (nie najwyższych lotów), które można znaleźć też na różnych składankach. Całość brzmi tak, jakby została błyskawicznie skomponowana i zarejestrowana, w celu jak najszybszego zdyskontowania wielkich sukcesów. Zabrakło tu jednak tego, co dało tak dobry efekt na "Duke" - wyważenia pomiędzy komercyjnymi zapędami, a artystycznymi ambicjami, a także dbałości o to, żeby utwory oferowały coś więcej, niż tylko łatwe do zapamiętania melodie. W rezultacie powstał najsłabszy album Genesis od czasu debiutu (choć ten przynajmniej nie brzmiał archaicznie już w chwili wydania - jednak z czasem stal się reliktem swojej epoki). I tym razem nie można zrzucić winy na producenta z zewnątrz - muzycy sami wystąpili w tej roli, z pełną świadomością kierując się w stronę piosenkowego banału.

Ocena: 4/10



Genesis - "Abacab" (1981)

1. Abacab; 2. No Reply at All; 3. Me and Sarah Jane; 4. Keep It Dark; 5. Dodo / Lurker; 6. Who Dunnit?; 7. Man on the Corner; 8. Like It or Not; 9. Another Record

Skład: Phil Collins - wokal, perkusja i instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, Mike Rutherford - bass, gitara
Gościnnie: EWF Horns - instr. dęte (2); Thomas Washington - aranżacja instr. dętych (2)
Producent: Genesis


Komentarze

  1. Ja im daje MINUS 10 za ten gniot

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy nie rozumiałem krytycznych opinii o tej płycie. Najlepiej byłoby dla niektórych żeby nagrywać wciąż Lamb Lies bis. To świetny, bardzo melodyjny i nowoczesny album. Może tylko trochę nierówny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wręcz przeciwnie - najlepiej, gdy twórcy się rozwijają, czerpią z aktualnych trendów, ale niech wybierają te ciekawe (jak King Crimson czy Peter Gabriel w latach 80.), zamiast jedynie się merkantylizować (jak właśnie Genesis albo Jethro Tull czy Pink Floyd). Zresztą nawet w tej poprockowej estetyce można robić coś ciekawszego np. pod względem produkcyjnym, jak np. Yes na "90125". Albo pisać mniej banalne piosenki, jak sam Genesis na stronie A eponimicznego albumu.

      Usuń
    2. Mówiąc po wojskowemu, zgadzamy się pod względem strategicznym - różnimy pod względem operacyjnym. Na pewno żaden z nas nie przekona drugiego, zresztą to nie o to chodzi. W każdym razie ja uważam swoją ocenę za bardzo przemyślaną.

      Usuń
    3. Jasne, przekonywanie się do zmiany subiektywnych opinii nie ma żadnego sensu (co innego, gdyby któryś z nas mijał się z faktami). Chciałem tylko zauważyć, że przypisałeś mi podejście całkowicie sprzeczne z moją filozofią, na które zresztą nic w recenzji nie wskazuje.

      Usuń
    4. Ach, nie. Nie zarzucam Ci pochopnej oceny. Raczej chciałem podkreślić przywiązanie do własnej.

      Usuń
    5. Znaczy mnie chodziło o ten fragment, że najlepiej, gdyby cały czas grali to samo. Właśnie taką postawę wykonawców często w recenzjach krytykuję, a doceniam tych, którzy nie boją się stylistycznych wolt. Tylko że nie każda zmiana wychodzi na dobre, zwłaszcza gdy nie stoją za nią powody artystyczne, a jedynie chęć zdobycia / utrzymania popularności.

      Usuń
    6. Motywacje artystyczne nie muszą być w sprzeczności z motywacjami komercyjnymi.

      Usuń
    7. Teoretycznie nie muszą, w praktyce zwykle są. Na pewno w tym przypadku - to jest wyraźny regres pod względem brzmienia, aranżacji czy rytmiki, sztampowe formy piosenkowe całkiem wyparły utwory o mniej przewidywalnej budowie, a w zamian nie dano nic, choć np. wzorem Gabriela mogli pójść w bardziej zaawansowaną produkcję.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)