26 września 2013

[Recenzja] Budgie - "Budgie" (1971)



Walijska grupa Budgie cieszy się w Polsce zadziwiającą popularnością. Dla wielu tutejszych słuchaczy jest to zespół z tej samej ligi, co Black Sabbath, Led Zeppelin i Deep Purple. Tymczasem na zachodzie Europy odnosił niewielkie sukcesy, zaś poza Europą był praktycznie nieznany. Krytycy podkreślali jego wtórność wobec wspomnianych wyżej wykonawców. Skąd więc ta wielka popularność w naszym kraju? Zaczęło się w latach 80., gdy dostęp do zagranicznych płyt wciąż był bardzo utrudniony, a szanse na koncerty tych najpopularniejszych wykonawców były niewielkie. Wielka trójka hard rocka konsekwentnie omijała kraje zza żelaznej kurtyny. Tymczasem zawitał tu Budgie, zyskując spore grono wielbicieli, w tym prezenterów radiowych, którzy pomogli w jego spopularyzowaniu. To wystarczyło. Oczywiście, z czasem zespół dorobił się kultowego statusu także za granicą. Pomogli w tym liczni metalowi wykonawcy, z Iron Maiden i Metallika na czele, wymieniający Budgie jako swoją inspirację.

W czasie nagrywania pierwszego albumu w skład zespołu wchodzili: śpiewający basista Burke Shelley, gitarzysta Tony Bourge i perkusista Ray Phillips. Producentem został Rodger Bain, który pełnił tę samą rolę na trzech pierwszych longplayach Black Sabbath. Eponimicznie zatytułowany debiut ukazał się w czerwcu 1971 roku - równo rok po tym, jak Deep Purple wydali "In Rock", prawie półtora po premierze "Black Sabbath" i ponad dwa lata po debiucie Led Zeppelin. Tymczasem zawarta tutaj muzyka nie odchodzi daleko od tego, co znalazło się na tamtych wydawnictwach. Utwory w rodzaju "Guts", "Rape of the Locks", "All Night Petrol" czy "Homicidal Suicidal" brzmią jak wypadkowa stylów tych grup. Takiego "Nude Disintegrating Parachutist Woman" trudno nie skojarzyć z "Dazed and Confused". W tamtym czasie grupie trochę brakowało pomysłu na oryginalny styl. Przebłyski własnej tożsamości można znaleźć w łagodniejszych momentach - na początku "The Author", a także miniaturkach "Everything in My Hand" i "You and I" (zespół umieszczał takie przerywniki również na kolejnych albumach, czyniąc z tego pewną tradycję). Jednak takie oblicze grupy wypada, moim zdaniem, zbyt smętnie i sentymentalnie. Pozostałe kawałki, choć niezbyt oryginalne, zawierają przynajmniej spora dawkę rockowego czadu i zwracają uwagę całkiem dobrą grą muzyków. Dobrą robotę wykonał Bain, który dobrze ustawił proporcje pomiędzy poszczególnymi instrumentami. Gitara nie dominuje brzmienia, lecz zostawia sporo przestrzeni na sekcji rytmicznej, dzięki czemu wszyscy muzycy są tak samo ważni, a ich współpraca jest chyba najlepszym elementem tego albumu. Warto też zwrócić uwagę, że zespół posiadał rozpoznawalnego wokalistę. Choć zniewieściałego głosu Shelleya raczej nie zaliczyłbym do atutów zespołu.

Brak własnego stylu, nieciekawe próby urozmaicenia i nienajlepszy, choć rozpoznawalny wokalista to największe problemy debiutanckiego albumu Budgie. Kompozycje są raczej przeciętne, niezbyt charakterystyczne. Na plus zaliczyć mogę natomiast brzmienie, a także grę i współpracę muzyków. Te zalety sprawiają, że albumu słucham, mimo wszystko, ze sporą przyjemnością. Nie jest to oczywiście poziom najlepszych wydawnictw Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple. Jednak ze wszystkich, zbyt licznych epigonów tych grup, Budgie należy do najbardziej akceptowalnych (przynajmniej na wczesnych albumach). Polecać nie będę, bo ci słuchacze, którzy bardzo lubią klasyczny hard rock, z pewnością już znają. A wszyscy pozostali i tak nie znajdą tu nic dla siebie. 

Ocena: 7/10



Budgie - "Budgie" (1971)

1. Guts; 2. Everything in My Heart; 3. The Author; 4. Nude Disintegrating Parachutist Woman; 5. Rape of the Locks; 6. All Night Petrol; 7. You and I; 8. Homicidal Suicidal

Skład: Burke Shelley - wokal, bass, melotron; Tony Bourge - gitara; Ray Phillips - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rodger Bain


2 komentarze:

  1. Dobrze, że pierwsze zdanie zacząłeś od "złośliwi", bo z tym, że niby Budgie są nieznani i niepopularni poza Polską, to jakiś dziwny stereotyp. Wiadomo, że nie są tak sławni jak Sabbath czy Purple, ale daję sobie uciąć cokolwiek, że każdy, kto lubi dobre rockowe granie zna tę fantastyczną kapelę.
    Mają swój, rozpoznawalny od pierwszych nut, styl i wiele świetnych utworów. A już na żywo to w ogóle bajka! Czekam na recencję "In For The Kill" z moim ulubionym "Zoom Club".

    OdpowiedzUsuń
  2. Krytycy-debile. Dla mnie ta płyta przebija wiele dokonań Zeppelinów (tylko "I" i "IV" cenię wyżej) i jest najlepszą w dorobku Budgie. Trochę jednak szkoda, że jedni byli uwielbiani, a drudzy w pewnym sensie ignorowani - bo talentu muzykom tego zespołu wcale nie brakowało. Zabrakło szczęścia, a może za duża konkurencja?

    Budgie bliżej było do Black Sabbath niż Led Zeppelin, nie tylko ten sam producent podobnie ciężkie riffy. W zasadzie na tej płycie nie ma żadnego średniaka, ale i czegoś naprawdę wybitnego, całość trzyma bardzo dobry lub świetny poziom. Dodatkowo duża rola gitary basowej i często złożone, rozbudowane kompozycje z rewelacyjnymi popisami gitarowymi.

    Wielu woli (i tak bardzo dobry) "Never Turn Your Back on a Friend", a mi dużo bardziej spasował debiut. Nie tylko porządniejsze brzmienie, ale i lepiej przemyślane kompozycje.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.